wtorek, 22 czerwca 2021


Sławek Skrobała i Joasia Grzelka, stali bywalcy wernisaży Kolekcji w piątek 18 czerwca 2021, fot. Waldemar Śliwczyński

Czarownice na „Stosie” Rigamontich, czyli Kolekcja Wrzesińska po raz 12.

W 1720 na wrzesińskim rynku spalono na stosie 4 kobiety – dwie oskarżono o uprawianie czarów (IPN nie potwierdza, ale też nie zaprzecza, czy oskarżenie było prawdziwe), a dwie inne o rzucanie fałszywych oskarżeń w innej sprawie. Żeby nie podwajać kosztów wszystkie czarownice (wśród nich były dwie córki kata z Gniezna) sfajczono za jednym zamachem. Dla ścisłości historycznej dodajmy, że proboszcz miejscowej fary za to, że dopuścił do egzekucji, dostał ostrą zjebkę od swoich zwierzchników z kurii gnieźnieńskiej i jako pokutę nakazano mu wystawienie w miejscu stosu figury Matki Boskiej (dzisiaj, jak zauważyłem mówi się – Matki Bożej) i obsadzenie jej czterema drzewami, no bo nieszczęsnych czarownic tyle właśnie było . Zarówno figura, jak i drzewa przetrwały do początku XX wieku, co można sprawdzić na starych pocztówkach rynku. Tak, czy siak, było to prawdopodobnie jedno z ostatnich spaleń na stosie w Polsce i chluby Wrześni nie przynosi.

Do tego wydarzenia z historii odwołali się kolejni autorzy Kolekcji Wrzesińskiej – Magdalena i Maksymilian Rigamonti. Postanowili bowiem odnaleźć w dzisiejszej Wrześni cztery kobiety, które robią rzeczy, za które mogłyby trafić na stos, gdyby pozwolić tępym tłumom na podejmowanie decyzji w sprawie życia i śmierci. Jedna z nich, to lekarka z doktoratem medycyny klasycznej, która leczy metodą homeopatyczną oraz pisze powieści, druga, rozwódka, naucza przedmiotu o życiu w rodzinie, a także prowadzi teatr eksperymentalny, trzecia stoi na czele mieszkańców Kawęczyna, który cierpi okrutne męki z powodu smrodu z pobliskich ferm norek hodowlanych, natomiast czwarta to młoda aktywistka feministyczna, obrończyni osób LGBT+ oraz praw zgwałconych kobiet. Ich opowieści o sobie to główna i najważniejsza część projektu. To dzieło Magdy, która potrafiła skłonić dzisiejsze czarownice do szczerych wyznań, nawet bardzo osobistych, czy wrzęcz intymnych. To świetnie napisane bardzo „mocne” teksty, skłaniające do rewizji poglądów na różne sprawy. 

Mam pewien problem z fotografiami Maksymiliana. O czym one są? O miasteczku, jakich wiele? O mieszkańcach, jakich wielu w każdym miejscu? O czasie pandemii (nawet manekiny mają maseczki...)? A może ich zadaniem jest oddanie klimatu miejsca, w którym trzysta lat temu palono kobiety? Kilka kadrów jest świetnie „zobaczonych” (np. „płaczący” element instalacyjny na murze, czy „Drzewo  nr 4” nad Wrześnicą), uwagę zwraca też kilka zestawień fotografii i tekstu, np. mężczyzna wrzucający węgiel do piwnicy z informacją o stosie, czy fotografii z fotografią – serce na nakrętki przed ratuszem + nagrobek w kształcie serca z cmentarza. Być może to zasługa fotoedytorki Ewy Meissner, a być może Honzy Zamojskiego, twórcy projektu graficznego. Książkę uzupełniają zdjęcia kilku wrześnian z protestu kobiet 25 września 2020. Na wrzesińskim rynku znów pojawił się ogień, ale tym razem zniczy. Autorami tych fotografii są: Paulina Grobelna, Jakub Goc, Piotr Nowak, Justyna Pawlak, Patrycja Roszak, Michał Sobczak, Maciej Sznek, Natalia Świerczyńska, Tomasz Wiatr oraz Małgorzata Wyderkiewicz. Był to bardzo dobry pomysł. Powstała tzw. klamra, która spięła trzysta lat walki o prawa kobiet we Wrześni. Walki, która nadal trwa.


18.06.2021, od prawej w pierwszym rzędzie: burmistrz Tomasz Kałużny, Ewa Meissner, Honza Zamojski, Karol Szymkowiak, Magdalena Rigamonti, Maksymilian Rigamonti (w kapeluszu), 
fot. Władysław Nielipiński
  
Wystawa na rynku we Wrześni będzie zapewne czynna do końca wakacji, a książkę pt. Stos można kupić w Muzeum Regionalnym we Wrześni. Kosztuje 60 zł, a dostępne są wersja polska i angielska. 

sobota, 24 kwietnia 2021

Polecam nową książkę o fotografii – prosto z UAM



Parę dni temu kurier dostarczył mi nową książkę. Sprawiła mi ona ogromną radość i to nie tylko z powodu okładki, na której wykorzystano moje fotografie z „Ciszy”, ale przede wszystkim dlatego, że napisałem do niej jeden z rozdziałów. Jest to szczegółowy opis (w układzie określonym przez redaktorów – prof. Mariannę Michałowską oraz prof. Macieja Szymanowicza) sześciu projektów typograficznych, jakie do tej pory zrealizowałem: Croix panoramique (zakończony w 2004), Cisza (2008), Topografia ciszy (2012), 808,2 km (2015), Zapomniane dziedzictwo (2018), Litwo, ojczyzno moja (2018). Tekst opatrzony jest 19 fotografiami. 
Oto spis treści książki:



Dopiero zacząłem czytać, więc nie mogę jeszcze podzielić się swoimi merytorycznymi uwagami na temat tekstów, ale już nazwiska autorów i tytuły artykułów, przyznacie, brzmią bardzo interesująco.
Książkę można kupić w księgarni internetowej PWN-u – https://ksiegarnia.pwn.pl/Procesy-sedymentacje-topografie,886850698,p.html za 52,44 zł.
Napiszę więcej po lekturze książki.


poniedziałek, 1 lutego 2021

Bogdan Konopka, Fotograf, ale nie tylko – zaproszenie na wystawę



Nareszcie można urządzać wystawy, wernisaże, spotkania! W przyszły czwartek, czyli 11 lutego o 17.00 w holu Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej i Centrum Animacji Kultury w Poznaniu przy ulicy Prusa 3 rozpocznie się wernisaż wystawy, jaką na prośbę Władka Nielipińskiego, przygotowałem na Festiwal im. I. Zjeżdżałki, ale w związku z pandemią, nie można było jej pokazać na żywo.
Mogliśmy co prawda zrobić z niej wydarzenie online, ale nie chcieliśmy tego. Przede wszystkim ze względu na fotografię Bogdana Konopki, którą trzeba koniecznie oglądać w oryginale, a nie na najlepszym nawet ekranie. Poza tym, chcę na wernisażu powiedzieć o Bogdanie kilka ważnych dla mnie rzeczy.
Cieszę się na ten pokaz, bo nigdy jeszcze nie widziałem oprawionych i powieszonych na ścianie  tych właśnie fotografii, tych ulubionych. Będzie ich ponad trzydzieści, w większości pochodzą z „De rerum natura” oraz z „Subiektywu”, czyli Kolekcji Wrzesińskiej nr 1, ale będzie też cykl z Chin i jeden bardzo fajny portret. Zapowiada się uczta dla oczu.


Bogdan Konopka, Subiektyw, 2010



Bogdan Konopka, Subiektyw, 2010



Bogdan Konopka, Subiektyw, 2010




Fot. Waldemar Śliwczyński, Pyzdry 1999
(Bogdan Konopka podczas fotografowania do cyklu „Rekonesans”)




 

niedziela, 9 sierpnia 2020

Fotofestiwal 2020, cz. I

Z kolekcji Hunta


Nie byłem na Fotofestiwalu już parę lat, z tym większą ciekawością, ale i też z większymi oczekiwaniami, wybrałem się do Łodzi dzisiaj (niedziela. 9.08.). To pierwsza część tegorocznej edycji festiwalu, druga ma być w październiku, o ile oczywiście sytuacja pandemiczna pozwoli. Jest  nietypowo, bo obowiązują rygory antywirusowe, ludzi dużo mniej niż zwykle, ale i tak interesująco. Jak zwykle.

W tym roku tematem przewodnim są kolekcjonerzy fotografii i ich kolekcje. Nie widziałem wszystkiego, a tylko wystawy główne w Łódź Art Center (chyba nadal to miejsce tak się nazywa) przy Tymienieckiego oraz jedną wystawę towarzyszącą – w pobliskiej Willi Grohmanna, czyli w Muzeum Książki Artystycznej; na więcej sił nie starczyło, upał i maseczki nie pozwoliły na więcej. Nie zamierzam pisać dziennikarskiego sprawozdania z tego, co widziałem, a jedynie podzielić się z Czytelnikami tego bloga moimi refleksjami i odczuciami. 

Chyba największe wrażenie zrobiła na mnie wystawa inicjatywy Fortepan z Węgier, czyli archiwum fotografii anonimowych, negatywów wyrzuconych na śmietniki, nieznanych autorów, a także  zdjęć podarowanych przez różnych ludzi. Dwóch kolegów ze studiów, podejrzewam, że mniej więcej w moim wielu, postanowiło kolekcjonować fotografię niechcianą, niedocenianą, skanować i archiwizować (opisywać, tagować) to wszystko, co wpadnie im w ręce. Wpierw dostrzegli wielką wartość, zwłaszcza dokumentalną takiej fotografii, często bardzo amatorskiej, kiepskiej technicznie i kompozycyjnie – a później zaobserwowali, że miewa ona w swojej masie także wartość historyczną, a nawet artystyczną. Mieli rację! Dzięki nim możemy dziś oglądać bardzo różne zestawy fotografii, czasem bardzo zaskakujące, np. z „misiem” zatytułowane: „Koszmar Bożego Narodzenia”, czy np. odzwierciadlające marzycielski mit Ameryki – zdjęcia z Coca Colą czy drogą nr 66. 

cdn.

poniedziałek, 2 marca 2020

Zapraszam do Wrocławia na moją wystawę



Muzeum Pana Tadeusza zaprasza na wystawę fotografii autorstwa Waldemara Śliwczyńskiego, przedstawiających dwory, pałace i zameczki z wielkopolskiego szlaku Adama Mickiewicza. 
Dwory i dworki polskie, pałace i zameczki – wszystkie te miejsca do których dzisiaj sięga wyobraźnia wędrowca. Ludzkie gniazda w wersji luksusowej. Te, które weszły do kanonu ziemiańskiego życia, powstawały najczęściej około połowy XVIII wieku, następnie przerabiane i modernizowane dotrwały, mimo wojennych kataklizmów, do dzisiaj.
Dwory wielkopolskie tak niepodobne, a jednak przywodzące na myśl dwory litewskiego ziemiaństwa, gościły młodego, sławnego, polskiego poetę Adama Mickiewicza od sierpnia 1831 do marca 1832 roku. Wielkopolski szlak Mickiewicza wiódł od dworów i dworków do pałaców – kędyż on nie przejeżdżał! Czasem aż trudno uwierzyć, że w tak krótkim czasie zdołał przemierzyć Wielkopolskę wzdłuż i wszerz, a co ważniejsze, zatrzymać się choć na kilkanaście godzin w tylu miejscowościach.
To w gościnnych wielkopolskich dworach doznał po raz ostatni smaku ojczystych potraw i napełnił wzrok swojskimi krajobrazami, zanurzył się w szlacheckiej, polskiej tradycji. Ta odświeżająca pamięć kąpiel w polskości, pozwoliła na napisanie „Pana Tadeusza”.
Tyle napisało Muzeum, od siebie dodam, że będę oprowadzał po wystawie i opowiadał o fotografiach, o ich powstawaniu – w piątek, 13 marca, o godz. 16.00. Jeśli będziecie w pobliżu (Wrocław, Rynek 6), to oczywiście zapraszam, będzie mi miło.

niedziela, 29 grudnia 2019

Czas tęsknoty – za „Kwartalnikiem Fotografia”, Bogdanem, Wojtkiem, Ewą

Koniec roku. Kolejnego roku. Kolejny czas bilansu. Kolejne plany. A nawet jeśli nie plany, bo plany to konkrety, to chociaż chęci, ciągoty.
Ale zanim o przyszłości słów parę, wpierw parę słów o roku, który mija. Wielkim ciosem była dla mnie śmierć Bogdana Konopki, cały czas zmagam się z Jego odejściem. Trudno nawet o tym pisać, żeby wyrazić ból, żal i poczucie straty. Jak zwykle, kiedy umrze ktoś bliski, wydaje się to takie nierealne, nieprawdziwe. Cały czas słyszę jego głos, widzę jego zmęczone oczy, kiedy rozmawiamy. 
Mateusz Palka pisze książkę o Bogdanie, zaczął ją pisać jeszcze za życia Bogdana. Wiem, że dobrze to zrobi, bo tak jak ja i wielu innych, kochał fotografię Bogdana i bardzo go cenił. Jak się pisze sercem i rozumem, to musi powstać coś dobrego. Bogdan zasłużył na dobrą książkę o nim. Krzysztof Szymoniak we współpracy z autorem miał napisać książkę o twórczości pisarskiej, krytycznej Bogdana Konopki, gromadził już materiały, ale niespodziewana śmierć Bogdana wszystko popsuła, chociaż nie wiem wszystkiego, może te prace trwają nadal. Na pewno byłoby warto, żeby taka książka, antologia tekstów Bogdana Konopki powstała. Bogdan powiedział mi kiedyś, że każdy fotograf, który pisze o twórczości innych fotografów, tak naprawdę zawsze pisze o sobie, o swojej twórczości. I trudno się z nim nie zgodzić. Czytając jego teksty do „Kwartalnika Fotografia” zawsze pamiętałem o tym. Pisząc artykuły o innych podsuwał gotowe tropy interpretacyjne dla interpretacji tego, co sam robił. 
Śmierć Bogdana spowodowała też, że zupełnie nie mam już ochoty jechać do Paryża. Dopiero po jego śmierci uświadomiłem sobie, że przeż ostatnie 20 lat Paryż był dla mnie miejscem ważnym, interesującym, bo był tam Bogdan, też mój przewodnik po tym mieście, który mówił mi nie tylko o tym, gdzie warto pójść, żeby obejrzeć dobrą fotografię, ale też gdzie kupić dobre i niedrogie wino na kolację. On pozwalał mi oswajać Paryż. Niesamowicie było pobyć w jego mieszkaniu z jego książkami, nieprzebranym archiwum jego odbitek, w jego ciemni, na przykład z jego powiększalnikami, których raczej nie używał  (a ja go namawiałem, żeby powiększał swoje negatywy). Teraz już nie chcę jechać do Paryża – po co?

Teraz, kiedy znowu kończy się rok, myślę też sporo o Wojtku Zawadzkim i Ewie Andrzejewskiej, o ludziach tragicznych, których fotografię i oddanie fotografii tak zawsze kochałem i których miałem szczęście poznać. Bardzo mi ciężko, że tej trójki już nie ma. Klasycy. Ze „starej” ekipy pozostał mi już tylko Andrzej Jerzy Lech, z którym mam kontakt (internetowy) prawie codzienny oraz Janusz Nowacki, który – mam takie wrażenie – odsunął się ostatnio nie tylko ode mnie. Boleję nad tym, bo to człowiek wyjątkowy, dla mnie też. Jest oczywiście jeszcze sporo innych osób, fotografów, z którymi się przyjaźnię i którzy na szczęście żyją (jeszcze, tak jak ja!), ale tegoroczne odejście Bogdana było i jest na tyle silnym ciosem, że nadal je przeżywam. 
Kiedy myślę o Bogdanie, nieubłaganie pojawia się też „Kwartalnik Fotografia”, dla którego tak wiele zrobił. To jest niezaprzeczalne. Może „KF” wróci i chociaż w małej części, zwróci Bogdanowi Konopce dług, jaki wobec niego ma. Tak, proszę Szanownej Frekwencji – myślę o wskrzeszeniu tego pisma. Na razie niczego nie obiecuję, bo uzależnione jest to od wielu spraw ode mnie niezależnych, ale potwierdzam – myślę o tym. I chcę tego. Co o tym myślicie, Drodzy Czytelnicy tego bloga? Warto drugi raz wejść do tej samej rzeki? A może są chętni do współpracy? 





wtorek, 15 października 2019

Irek Linde nie żyje już od 15 lat – jadę Go wspominać i oddać mu hołd

Ireneusz Linde był jednym z moich fotograficznych nauczycieli. Mieszkał w Sierakowie koło Międzychodu. Był bardzo dobrym fotografem i jednocześnie skromnym gościem. W kwietniu 1989 zabrał mnie do niego Janusz Nowacki.



Ireneusz Linde na wieży wodociągowej w Chrzypsku Wielkim w kwietniu 1990, plener zorganizowany przez Janusza Nowackiego, wojewódzkiego instruktora fotografii
To Irek pokazał mi jak wywołuje się negatywy i jak robi się odbitki, jego pokaz mam stale przed oczami, w zasadzie niczego nie zmieniłem, robię tak jak on mi kazał, a jedyną zmianą jest to, że nie ma już Fotopanu HL i Hydrofenu. 
Wcześniej, w 1989, cały dzień łaziliśmy z aparatami po rezerwacie buków w okolicach Sierakowa, a Janusz pożyczył mi flektogona 20, który gwarantował „zdjęcia artystyczne”. No faktycznie, ten obiektyw dawał kopa, nawet wtedy, gdy wkręciło się go do Zenitha wypożyczonego z domu kultury. To wtedy zostałem zainfekowany fotografią.
Rok później byłem już na plenerze w Chrzypsku Wielkim, też dzięki Januszowi, i gdzie m.in. fotografowaliśmy z wieży wodociągowej i to po spożyciu. 
Po latach miałem przyjemność gościć Irka i jego fotografię we Wrześni, gdzie złożyłem Wrzesińskie Towarzystwo Fotograficzne. Urządziłem mu, na początku lat 90. wystawę w klubie Hades ZWG Tonsil, gdzie WTF miał wówczas siedzibę. Irek był na wernisażu, pamiętam dziś, że miał na sobie bardzo ładny sweter, chyba z owczej wełny, podobny do mojego. 
Potem widywaliśmy się sporadycznie, tylko u Janusza na wernisażach w pf-ie, był też na plenerze w Mikuszewie, chyba w 2002, ale widać było, że jest chory. Następny raz był najsmutniejszy – jego pogrzeb. W pierwszą rocznicę śmierci Irka, Elżbieta postanowiła wydać Irkowi książkę i naszemu wydawnictwu zaproponowała jej wydanie. Powierzyła nam – mnie i Joli, mojej żonie – to dzieło. Zostawiła nam wszystkie fotografie (oryginały) Irka, katalogi i teksty prasowe o jego twórczości, a naszym zadaniem stało się uporządkowanie wszystkiego i zrobienie z tego książki. Łatwo nie było. Przez wiele dni i tygodni mieszkaliśmy i żyliśmy z tymi materiałami, rozstawiliśmy je w całym domu i „studiowaliśmy”. Bardzo mocno zaangażowała się Jola, więc ona figuruje w stopce książki jako redaktor. Po wielu dniach doszliśmy do zgody, co wybrać i w jakiej kolejności pokazać. Elżbieta z drobnymi poprawkami zaakceptowała nasz wybór, więc książka mogła wreszcie ukazać się drukiem. Moim zdaniem, to interesująca pozycja, i do poczytania i do oglądania. Podczas jej powstawania z jednej strony wzruszało nas niezmiernie to, że Elżbieta poruszyła niebo i ziemię, aby zdobyć pieniądze na książkę, a z drugiej i to, że ich – Eli i Irka – wielka miłość trwa nadal. Pomyślałem sobie też o tym, że nie chcę Joli zostawiać z tym miłym, ale też i emocjonalnie trudnym, zadaniem pośmiertnego podsumowania działalności artystycznej męża. 
W piątek, 18. października jedziemy do Sierakowa wspominać w gronie kolegów Ireneusza Linde w 15. rocznicę śmierci, ciekawe jak to miejsce odbiorę po latach. W sobotę ma odbyć się plener, na który bardzo się cieszę, tym bardziej, że efekty mają być zaprezentowane w przyszłym roku na wystawie podczas kolejnego Festiwalu im. Ireneusza Zjeżdżałki. Organizatorem wszystkiego jest niezmordowany Władek Nielipiński.