niedziela, 28 kwietnia 2013

Wracam do fotografowania!

Od prawie roku nie fotografowałem, tzn. nie robiłem tego Wisnerem (5x7 cala), a od września 2012 także xpanem, czyli - w zasadzie nie fotografowałem. Pstrzykałem tylko cyfrą, czyli iPhone'm - tego nie liczę. 
Co się stało, że wróciłem? Tak do końca - to nie wiem. Moge mówić tylko o tym, co działo się w moim życiu w ostatnich dniach. W piątek byłem w Kole na obradach jury konkursu „Portret”, gdzie odbyłem interesującą pogawędkę z Jurkiem Piątkiem, który niestrudzenie propaguje kielecką szkołę fotografii, wydając za własne pieniądze nierentowne książki jej poświęcone (także ze swoją twórczością). To pierwszy impuls.
Wymieniliśmy sobie z Andrzejem Jerzym Lechem parę mejli (Andrzej nawet w trakcie tej ożywionej wymiany korespondencji mejlowej niespodziewanie zadzwonił, „żeby usłyszeć Twój głos”), to był potężny impuls drugi.
Po raz n-ty obejrzałem sobie 2-tomową „History of photobook” Martina Parra, który jest  przeglądem dziejów fotografii poprzez pryzmat jego wspaniałej kolekcji albumów fotograficznych. To impuls trzeci.
Wiosna, czyli porządki, czyli remonty mieszkań, które przeprowadzają żony płci żeńskiej, bo tylko one widzą, że w domu trzeba coś pomalować, odnowić, zmienić w wystroju. No i tak się u mnie stało: drewniane ściany dzięki farbie akrylowej stały się jasnosiwe i pozbawione wcześniej wiszących tam obrazów, zdjęć i bibelotów. Słowem: powstała w naszym domu nowa powierzchnia wystawiennicza, gotowa i wołająca o zagospodarowanie. Przytargałem z ciemni przeszkadzające mi tam oprawione fotografie z cyklu „Topografia ciszy” i przyczepiłem (najlepiej jak umiałem) do ścian w korytarzach. Spodobało mi się i przypomniało, że umiem, że jestem wspaniałym fotografem. To impuls czwarty.
W sobotę pojechałem na zdjęcia - postanowiłem rozpocząć realizację nowego cyklu. Wspominałem już kiedyś o nim, nazwałem go „Mała Wielkopolska” i będzie dokumentem, zapisem wyglądu małych miasteczek (poniżej powiatu), ich specyficznej atmosfery i pewnej - mimo naciskającej nowoczesności - stałości. Chcę, przynajmniej tak długo jak wystarczy mi błon kolorowych, cykl realizować kolorowo i czarno-biało. Kupiłem nawet zestaw chemii, do C-41. Zobaczymy jak mi to pójdzie.
W sobotę byłem w Żydowie pod Gnieznem, gdzie od dawna podobała mi się zabudowa zwarta, „prawie jak w mieście”, z domem z dziwnym zabudowanym wejściem schodami na piętro z boku. Potem pojechałem do Niechanowa, gdzie nic nie zrobiłem, ale być może tam wrócę, bo zainteresował mnie tam mały otoczony starym murkiem cmentarz przy kościele, na którym wszystkie nagrobki zwrócone są „twarzami” ku kościołowi, a więc „plecami” ku ulicy. Potem pojechałem do Witkowa, gdzie w poszukiwaniu kadrów długo jeździłem wzdłuż i wszerz, ale właściwie nic nie znalazłem. W końcu, z poczucia obowiązku zrobiłem dwa ujęcia - starego ceglanego pięknego kiedyś, a dziś bezużytecznego, jak widać domu oraz kiczowatego ogródka z namalowanymi krasnalami, jelonkami i innymi „pięknościami” ze stawkiem z kolorowymi rybkami, które o dziwo przeżyły srogą i długą zimę. Właściciel opowiedział mi jaksię  to robi (wystarczy odgarniać śnieg z lodu, żeby światło dochodziło, żadnych napowietrzających dziur robić nie trzeba) i tak w ogóle, pozwolił mi sfotografować swoje dzieło, a nawet stanął i zapozował dla wersji kolorowej zdjęcia. Obiecałem, że mu fotkę podrzucę. 
Ruszyć na nowo w plener po przerwie nie jest łatwo, ale odświeżyło mnie to bardzo, zwłaszcza „na duchu moralnym i fizycznym”, jak mawiał pewien radny wrzesiński z żółtymi papierami. Po raz kolejny dowiedziałem się jak ważna jest dla mnie fotografia, jej uprawianie. Nawet krzątanie się przy Niej...
Jak tylko coś wywołam, na pewno wrzucę na bloga.  

poniedziałek, 8 kwietnia 2013

Moja odpowiedź na krytykę KF ze strony Krzysztofa Jureckiego


Krzysztof Szymoniak w swojej najnowszej książce pt. „Fotografioły 2. Okołofotograficzne ćwiczenia umysłowe”, Prymasowskie Wydawnictwo „Gaudentinum”, Gniezno 2013 - zamieścił m.in. rozmowę z Krzysztofem Jureckim. Ma ona świetny, bo adekwatny, tytuł: „Rzadko się mylę” (sic!).


Strona tytułowa książki Krzysztofa Szymoniaka, rozmowę z K. Jureckim poprzedza rozmowa z Anią Ignasińską-Zjeżdżałką, żoną Ireneusza Zjeżdżałki

Rozmowa poświęcona jest zarówno osobie Krzysztofa Jureckiego, jak i jego niemalże 30-letniej działalności krytycznej i kuratorskiej w obszarze fotografii. Dowiadujemy się też - co jest dla mnie odkryciem - że Krzysztof zaczynał od fotografowania, że nadal fotografuje i że być może kiedyś porzuci pisanie o fotografii i poświęci się wyłącznie fotografowaniu i wystawianiu swojej fotografii. To dla mnie spore zaskoczenie...
Nie zaskoczyło mnie za to to, co Jurecki raczył powiedzieć na temat redagowanego przeze mnie „Kwartalnika Fotografia”:

„(...) Z bólem, ale zdecydowanie w roku 2010 wycofałem się z grona współpracowników „Kwartalnika Fotografia”, ponieważ poziom zdjęć i tekstów tam zamieszczanych stał się na tyle niezadawalający, że postanowiłem to uczynić. Jeśli magazyn ten lansuje takiego fotografa jak na przykład Charles Fréger czy Tomasz Gudzowaty, to moim zdaniem jest to niepotrzebne (...)”.

„(...) Cóż, żyjemy w świecie pluralistycznym, a ja muszę przyjąć do wiadomości fakt, że moje idee bywają osamotnione, albo nawet przegrają w konfrontacji z twórczością pozbawioną wartości. Widać to na przykład na gruncie „Kwartalnika Fotografia”, który był zupełnie innym pismem, gdy redagował je Ireneusz Zjeżdżałka, a zupełnie innym jest obecnie, kiedy objął to Waldemar Śliwczyński. Jakiś czas temu pojawił się numer, który mógł być poświęcony wartościom i temu, co wiemy i mówimy na temat śmierci (nr 35/2010), zresztą ze słowem „śmierć” na okładce. Dl amnie był to jednak zbiór tekstów i obrazów na temat trupa. Jest tam nawet wywiad z technikiem, który uczestniczy przy sekcji zwłok. Po co? A przecież można było pokazać w tym numerze wybitne prace Grzegorza Przyborka „Thanatos”. Artysta zmierzył się z niezwykle trudnym problemem: jak wygląda śmierć? (...)”. 

Słowem: za Eryka to były czasy...

Nie będę polemizował z Krzysztofem Jureckim na temat mojego prowadzenia KF-u, nie będę niczym Jerzy Dudek w bramce Liverpoolu bronił rzutów karnych, jakie arbiter-Jurecki mi zafundował. Może zresztą strzelił nie do obrony, w samo „okienko”? Jedyne, co zrobię, to opowiem własną wersję owego odchodzenia z bólem z KF Krzysztofa Jureckiego. 

Otóż, nie wnikając w szczegóły (bo i tak dzisiaj już ich nie pamiętam), było tak, że Krzysztof proponował zawsze wiele materiałów, ale wówczas gdy mnie one nie pasowały do całości numeru, jaki chciałem stworzyć, musiały czekać na odpowiedni moment. Proponowałem w zamian napisanie czegoś, co chciałem mieć w numerze, ale Krzysztofowi nie zawsze było po drodze z moimi pomysłami. Problemem Jureckiego jest apodyktyczność i protekcjonalny ton. On lubi ferować wyroki artystyczne, one są niepodważalne i niedyskusyjne. Jest tak, a tak, bo ja, Krzysztof Jurecki tak mówię. Bo ja wiem. Z tego powodu wszelkie uwagi i korekty redaktorskie, które pojawiają się przy redagowaniu jego tekstów napotykają z jego strony na wielki opór. Dlatego też zabrał swoje zabawki z piaskownicy KF. Dzisiaj mogę już powiedzieć - nie płakałem...

Czytając rozmowę Szymoniaka z Jureckim można dostrzec pewien rys osobowości Jureckiego - wielkie ego. Ja jako pierwszy napisałem o..., ja wylansowałem tego, czy tamtą... Zrobiłem to i tamto... Myślę, choć to tylko hipoteza, że dlatego tak rozpływa się nad Erykiem-redaktorem (w kontrze do Śliwczyńskiego, ale to szczegół...), że Eryk po prostu mu ulegał i puszczał to, czego Jurecki sobie życzył. Jurecki miał na początku duży wpływ na Eryka myślenie o fotografii i o tym jak powinno się robić pismo fotograficzne. 

Jeszcze jeden cytat: 
„(...) Na marginesie tylko dodam, że Bogdan Konopka w prywatnych wypowiedziach niesłusznie deprecjonuje fotografie Ireneusza Zjeżdżałki. Twierdził wręcz, że Eryk powtarzał metodę po nim i po Andrzeju Lechu. Ale jeżeli wczytamy się w Eryka teorię miejsca i nieinscenizacji tego miejsca, to między fotografiami Konopki i Lecha a fotografiami Zjeżdżałki zachodzi od razu widoczna różnica. A zachodzi ona choćby dlatego, że ani Lech, ani Konopka nigdy takiej teorii nie sformułowali. Natomiast Eryk wierzył, że każde miejsce może skumulować w sobie energię i my tę energię potem za pomocą odpowiednio zaprojektowanej fotografii (ale bez jakiejkolwiek inscenizacji, nawet bez lampy błyskowej) możemy odzyskać i przenieść na obraz fotograficzny”.

Nie wiem, śmiać się czy płakać? A czym niby różni się ta „teoria Żjeżdżałki” od tego, co od trzydziestu z górą lat mówi się i pisze w kręgu tzw. szkoły jeleniogórskiej czy „teorii” fotogenii?! Konopka, czy Lech inscenizują i używają lamp błyskowych?! Z całym szacunkiem dla Eryka i pamięci o Nim, i szacunku dla Jego dokonań, ale teoretykiem fotografii to on nie był. Umiał pięknie opowiadać o energii, uczuciach zaklętych w niektórych miejscach, które aż proszą się o sfotografowanie, o warstwach przeszłości, które osadzają się tu i tam i że powinnością fotografa jest rejestracja takich miejsc, które są blisko twojej kamery, itd. To tylko zgrabna kompilacja tego co usłyszał i wyczytał u Lecha, Konopki, Zawadzkiego, Andrzejewskiej, Nowackiego i innych ze środowiska, które go ukształtowało. Nie umniejszam Eryka, ale po prostu wkurza mnie Twoja, Krzysztof naiwność. 

Zresztą, nie mogę się też zgodzić z Twoją koncepcją wartości fotografii. Używasz tej koncepcji do oceniania twórczości fotografów. Kryterium, nie mówię, że jedynym, ale bardzo ważnym jest dla Ciebie świadomość twórcy, czyli inaczej mówiąc - samoświadomość artysty. Masz oczywiście pełne prawo do takiego poglądu, ale na miłość boską, to nie jest jedyna możliwa teoria wartości fotografii. Czy Atget miał świadomość tego co robi? Są co do tego poważne wątpliwości. Czy dzieło samo w sobie już się nie liczy, już nie wystarcza? Czy konieczna jest instrukcja obsługi, broszura informacyjna, która odkrywa świadomość artysty, aby odbiorca mógł docenić wartość fotografii? Może dlatego właśnie fotografia polska, nad czym tak ubolewasz, jest tak mało znana w świecie, bo jest po prostu niezrozumiała bez instrukcji obsługi? Może po prostu zagraniczny odbiorca ma gdzieś te wzniosłe i pseudouczone mądrości zwane przez Ciebie „świadomością artysty”? 
Fotografia jest sztuką wizualną, czyż nie? „Dziecięca choroba naukowości” - to już było i oby nie wróciło.

niedziela, 24 marca 2013

Biografia Jobsa Isaacsona i co dalej?


730 stron, małe litery, mało ilustracji - tak wygląda biografia Steve'a Jobsa pióra Waltera Isaacsona. Mnie udało się ją przeczytać w całości, choć na dwie raty - początki, tak około 200 stron wchłonąłem dobry rok temu, natomiast resztę - w ostatnich dniach. Polecam każdemu tę lekturę, niezależnie od tego co myśli o świętej wojnie między macuserami a zwolennikami windowsów. Zresztą lektura poucza, że oba światy - także w wymiarze Steve - Bill - miały i mają wiele wspólnego. Wartością książki jest ona sama - w naszym kraju takich biografii raczej się nie pisze. Nawet sama Joanna Siedlecka nie porywa się na pisanie o żyjących, pewnie dlatego ma i „lepiej” i „gorzej”. Isaacson co prawda pisał o Stevie na jego zlecenie, ukończył pisanie jeszcze przed śmiercią Jobsa (październik 2011), ale Jobs zdążył książkę przeczytać i nie wniósł żadnych poprawek, chociaż nie w każdym fragmencie jest w książce postacią pozytywną. Jobs wiedział, kogo najmuje do napisania swojej biografii (znał jego wcześniejsze dokonania, np. biografie Franklina czy Einsteina) i nie oczekiwał laurki, już na wstępie powiedział mu: pisz prawdę. Wiedział, że jest śmiertelnie chory i dlatego chciał ludzkości zostawić nie tylko swoje przełomowe produkty - przyjazne komputery Mac, iPoda, iTunes, iPhone'a, iPada, iCloud - ale też swoje przesłanie i zasady, którymi kierował się w życiu: nie dawaj ludziom lipy, rób wszystko jak najlepiej, zmieniaj świat, wytwarzaj najlepsze rzeczy na jakie Cię stać, a nie gadaj o tym, że najważniejsze są pieniądze. 
Z tej książki każdy może wyciągnąć różne rzeczy, ja dla siebie też coś wyciągnąłem. Nie mam 18 lat, żeby chcieć „być jak Steve Jobs”, czy chcieć budować potęgę Kropki na obraz i podobieństwo Apple. Nie zmienię też swojej osobowości, jestem jaki jestem i taki już - niestety i stety - pozostanę. Nie wszystko mi się w nim podobało (jemu chyba też), więc ustalmy - facet był wyjątkowy i warto go poznać, ale niekoniecznie po to, aby przed nim klękać. Od pięciu lat używam maka, mam iPhona (iPada jeszcze nie, ale niebawem pewnie kupię, żeby wiedzieć jak go wykorzystać w moim biznesie wydawniczym), używam iCloud, więc wiem o co chodzi w „świecie” applowskim i jestem jego wyznawcą, ale nie ślepym. Apple wskazuje świetny kierunek, ale nie zaspokaja wszystkich potrzeb współczesnego człowieka, zresztą Jobs zdawał sobie z tego sprawę, dlatego korzystam też z usług i produktów innych firm z Doliny Krzemowej - na przykład Adobe i Google, w dużo mniejszym zakresie z Facebooka, żeby wymienić największych graczy. No i mam Cyfrę+ (która połączyła się z N-ką), z TVN, gdzie ponoć właściciele - co widać - to wielbiciele Maców.
Kiedy skończyłem czytać Isaacsona (a w trakcie musiałem przerwać, aby „łyknąć” książkę Bogdana Rymanowskiego „Ubek”, też polecam, bo autor przyjechał do Wrześni - http://wrzesnia.info.pl/tematyczne/kultura/item/2316), odczułem pustkę, którą chciałem czym prędzej wypełnić następną lekturą, na razie trwają gorączkowe poszukiwania odpowiedniej. Ale o to nie jest łatwo. Próbowałem z kilkoma z szeroko pojętej fotografii, ale po kilkunastu, ewentualnie kilkudziesięciu stronach dawałem sobie spokój - nuda, pseudo nauka, zero pasji. Tytułów nie podaję. 
No dobra - nie smędzę dalej. W zeszłym tygodniu miałem urodziny. Pracownicy kupili mi taką koszulkę:



Fot. Tomek Koprucki, 21.03.2013 w gabinecie WŚ

Piękna, prawda? Mam psa tej rasy - berneński pies pasterski - o imieniu Kropek, dlatego wszystko pasuje. 

Tradycyjnie - chociaż mój osobisty blog tylko częściowo związany jest z „Kwartalnikiem Fotografia” - parę słów o piśmie. Otóż, tak jak informował Wstępniak ostatniego numeru (39) rozstałem się z KF jako naczelny, ale nadal jestem wydawcą. Dostaliśmy dofinansowanie z MKiDN na 2013, ale dlatego, że dali nam mniej niż chcieliśmy, to musimy uaktualnić wniosek o info co zrobimy za to, co nam dają. A oni musza to zaakceptować, przed przekazaniem forsy. I tym teraz się zajmujemy - uaktualnieniem wniosku. Nowy numer ukaże się w czerwcu. Wtedy dowiecie się, kto jest moim następcą. 

A teraz wrócę do mojej osobistej twórczości fotograficznej. Wiem o tym od dawna, że twórczość naczelnego KF jest interesująca (w sensie - warto się tym zainteresować, a nie w sensie - jest coś warta) tylko dlatego, że autor jest naczelnym pisma fotograficznego. Kto by nie był naczelnym, to musi sobie zdawać sprawę z tego, że albo jest fotografem, albo redaktorem, nie będzie dobry i w tym, i w tym. Albo inaczej - jeśli nawet jesteś świetnym fotografem i świetnym redaktorem pisma fotograficznego, to zawsze znajdzie się ktoś, co powie (to, co też myślisz i cały czas się tego obawiasz): twoja fotografia podoba się tylko dlatego, że jesteś redaktorem. Dlatego lepszym redaktorem będzie nie-fotograf. Jest też alternatywa: zmienny redaktor prowadzący...
Na szczęście, nie mój problem, ja już nie merytoryczny, ja tylko wydawca.

Jutro wybieram się z aparatem (panoramicznym) na Tonsil - rozwalają halę „jedynkę” najbardziej charakterystyczną. Dokumentuję rozpad zakładu od paru lat, dlatego sfotografowanie zupełnej „końcówki” poczytuję sobie za swój obowiązek. Smutny obowiązek, taki bez przyjemności, raczej za odrobienie pańszczyzny. Najgorsze jest to, że nie wiem po co to robię. Co stanie się z tymi fotografiami? Pewnie nic, będę je miał w swoim archiwum, tak jak poeta piszący do szuflady. Fotografowanie dokumentalne staje się problematyczne (nie tylko takie), teraz realizuje się „projekty”, dostaje „granty”, czyli robi się coś na zlecenie, coś co się wymyśliło i pięknie opisało, językiem zgodnym z nowomową unijną, koniecznie uwzględniającą „priorytety”, „zadania” i inne urzędnicze wytyczne. „Dla siebie”, z własnej potrzeby już się nie robi, bo nie warto, bo nikt już na to pieniędzy nie da. Zmienił się model funkcjonowania fotografa, artysty, dokumentalisty. Wieloletnie „zbieranie grzybów” nie ma sensu, budżet trzeba zamknąć w starym roku. 
Ciekawe co pozostanie po obecnych czasach w polskiej fotografii - tylko opłacone z góry „projekty”? Koniecznie młodych, bo przecież na nich trzeba stawiać, bo przyszłością są młodzi. 

środa, 27 lutego 2013

Muzyka a fotografia - jest związek jednego z drugim?

Muzyka jest dla mnie bardzo ważna, co najmniej tak samo jak fotografia. Właściwie słucham jej (muzyki!), kiedy tylko mogę, jest ze mną wtedy, gdy to możliwe. 

Ostatnio „wszedłem” w spotity.pl - polecam. W tym serwisie, podobnym i zintegrowanym z iTunes, jest prawie wszystko (za mało, ufam, że na razie) Niemena, bo są tylko same wczesne i popularne bzdury, a nie to, co naprawdę jest Niemenem, ale na początek jest i tak nieźle, bo i Grechuta i Manaaam są obficie... Innych polskich wykonawców nie sprawdzałem.

Parę dni wcześniej wpadło mi do głowy pytanie jaka jest zależność między muzyką a fotografią? Zapytałem - czy taka zależność w ogóle istnieje? Czy to, czego słuchasz ma wpływ na to co i jak fotografujesz? Nie mając gotowej żadnej hipotezy - co i jak wpływa? - podzieliłem się swoją myślą z Wojtkiem Wilczykiem, który w lutym był jeden dzień we Wrześni. - Jakiej muzyki słucha Wojtek Zawadzki? - zapytał. - Country i bluesa - odpowiedziałem, zgodnie ze swoją wiedzą - Wojtek gra bluesa na gitarze i śpiewa - dodałem. Ale przecież nie wiem, czy te gatunki są jego ulubionymi i w ogóle nie mam żadnych upoważnień, aby wypowiadać się w imieniu Zawadzkiego. - A jakiej muzyki słuchasz Ty? - zapytałem. - Klasykę i punka - odpowiedział. Zapytał mnie też czego słucha Bogdan Konopka i Andrzej Jerzy Lech. - Nie wiem - odpowiedziałem. Bo nie wiem. 

To, czego słuchamy określa naszą osobowość, duchowość, wrażliwość. Jestem tego pewien. I dlatego jestem pewien, że wyniki naukowych badań (czyli rzetelnych, beznamiętnych, obiektywnych, a nie publicystycznych, zmierzających do potwierdzenia z góry ustalonej dowolnej tezy) mogłyby być ciekawe. Może nie ma żadnego związku między tym, czego słuchamy a tym, co i jak fotografujemy - i to jest twierdzenie, więc jak każde twierdzenie empiryczne, wymaga potwierdzenia empirycznego - albo ten związek istnieje. Ale jeśli istnieje, to nie wystarczy powiedzieć, że istnieje. Prawdziwie naukowe twierdzenie (mające wartość naukową, a nie publicystyczną!) musi mówić o tym na czym polega ta zależność. Jeśli tego nie ma, to jakby w ogóle go nie było. 

Uprawiam twórczość fotograficzną. Słucham też muzyki. Zastanawiam się, czy jest jakiś związek między tym, co mnie wzrusza w muzyce, a tym, co robię w fotografii. Nie wiem. Lubię różną muzykę, oglądać lubię różną fotografię, a uprawiam jeszcze inną. Może nie mnie szukać związków jednego z drugim wtedy, gdy chodzi o mnie? 

Jaką muzykę lubię: taką, gdzie twórca jest szalony, zatraca się, ale też jest w tym jakaś dyscyplina, jakiś plan. Ważna jest harmonia, dziwne brzmienia, wolność, brak konwencji, ale też kompozycja, konstrukcja całości, wirtuozeria, melodia, super głos, energia, puls, zaskoczenie, czasem potrzebuję romantyki, innym razem brudu, prostego „napierdalania”. Tekst - czasem jest ważny, a czasem przeszkadza. Dlatego hip hopu nie lubię (raczej), bo nie chce mi się cały czas natężać uwagi, żeby zrozumieć (w sensie akustycznym, logopedycznym), co „śpiewają”. To wysiłek, a ja od muzyki oczekuję bardziej muzyki niż tekstu. Jak chcę przekazu, to czytam gazety, czasopisma lub książki... Muzyka ma mi dać siłę, energię.

Myślę, że gdyby zrobić test na odbiorcach mojej fotografii - Ciszy, czy Topografii ciszy - i zapytać, jakiej muzyki słucha Waldemar Śliwczyński?, to większość odpowiedziałaby: klasykę. Bethovena czy innego Haendla. Bo ta moja fotografia faktycznie może kojarzyć się z czymś starym, a więc zacnym i... bezpiecznym. Nic bardziej mylnego! 

Uwielbiam Milesa Davisa, Zbigniewa Seiferta, Marcusa Millera, Annę Marię Jopek, Julię Marcel, Grzegorza Turnaua, Marka Grechutę (zwłaszcza za Szaloną Lokomotywę, Magię obłoków i inne), Klausa Schulze, Pink Floyd, BB Kinga, Marię Peszek, Namysłowskiego, Urbaniaka, Kaczmarka, Ścierańskich, Prońko, Kaczmarskiego, Maanam za pierwsze lata, Budkę Suflera za „Pieśń niepokorną”, ale nie za tango, Niemena z pominięciem wczesnych gówien, od których on sam się w okresie dojrzałym odżegnywał, i z pominięciem utworów późnych z terrą defloratą na czele, SBB za wszystko, Patha Metheny'ego, Glena Millera, Stinga, Herbie Hanckocka, Santanę, Wheater Report, Breakoutów, Możdżer, i wielu, wielu innych... Wymienienie wszystkich nie jest możliwe. 

Od dzieci dostaliśmy w zeszłym roku pod choinkę gramofon. Teraz słuchamy sobie czasem z Jolą stare winyle... Czasem sobie popłaczemy nad naszą młodością, bo już nie wróci, a jednocześnie jesteśmy zdziwieni, że niektóre płyty nie zestarzały się zupełnie, brzmieniowo, instrumentalnie, tekstowo... 

A co do informacji bieżących... Nicolas Grospierre zakończył swoją pracę do Kolekcji Wrzesińskiej. Przygotowujemy książkę (wstęp Adama Mazura) i wystawę - premiera druga połowa maja 2013, Rynek we Wrześni.

KF - czekamy nadal na umowę z MKiDN o dofinansowaniu, podpiszemy, odeślemy, jak forsa wpłynie, to wtedy dopiero będziemy wiedzieli na czym stoimy.

Waldemar Śliwczyński nie zrobił od paru miesięcy żadnej fotografii - zima i zimno nie daje mu zachęty, inspiracji - to jest wersja oficjalna. Prawdziwa jest taka, że waha się, rozpatruje, „rozkminia” różne pomysły na fotografowanie, słowem: nie wie co i jak. Nie wie na co się zdecydować. Ale - jak donoszą europejskie agencje prasowe na podstawie źródeł „zbliżonych do” i jak przewidują eksperci - na co by się nie zdecydował, i tak będzie to cykl wielki. Warto już dziś zamówić subskrypcję. 

środa, 6 lutego 2013

KF uratowany - dostaliśmy dofinansowanie na 2013

Z wielką przyjemnością i radością informuję, że „Kwartalnik Fotografia” otrzymał 60 tys. złotych dofinansowania z Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego! Oznacza to, że w bieżącym roku wyjdzie co najmniej numer 40 i 41.
W tej chwili nie potrafię powiedzieć, kiedy pojawi się numer 40, ani tym bardziej 41, ale na pewno będzie. Cieszę się bardzo i dziękuję wszystkim ekspertom, którzy oceniali nasz wniosek. Wiem tylko tyle, że uzyskaliśmy 79 punktów, ale nie wiem co to oznacza - dużo czy mało. Nieważne. Ważne, że mamy zagwarantowane te pieniądze...

poniedziałek, 4 lutego 2013

Hrabina Mycielska napisała wiersz o „Topografii ciszy”

Moją książkę „Topografię ciszy” wysłałem między innymi też do prof. dr hab. Romana Mycielskiego (r. 1933, byłego szefa katedry mikrobiologii UW w W-wie), hrabiego, potomka właścicieli Wrześni, autora wspomnień, „Dom na Opieszynie”.

Niedawno otrzymałem następujący list (cytuję bez pytania nadawcy o zezwolenie na publikację w nadziei, że mnie nie oskarży o naruszenie dóbr osobistych z powodu naruszenie tajemnicy korespondencji, co teraz jest takie powszechne):

„Warszawa, 20.1.2013
Szanowny Panie Waldemarze!
Raz jeszcze dziękuję za książkę i w pełni podtrzymuję zdanie o niej (wcześniej rozmawialiśmy długo telefonicznie - przyp. W.Ś.). Ale ja, w ramach konserwacji zabytkowych obiektów, widziałem dość zniszczonych pałaców i dworów.
Natomiast na mojej żonie album ten wywarł tak wstrząsające wrażenie, że natychmiast usiadła i napisała wiersz, co robi tylko w czasie przygnębienia lub jakiegoś smutnego szoku.
Nie znam się na poezji (tak jak na muzyce), ale mnie wiersz się podoba, więc wysyłam go na pamiątkę.
Pozdrowienia
Roman Mycielski”

Waldemarowi Śliwczyńskiemu

Topografia ciszy

Ująłeś moją rękę
I kazałeś bym drżała z chłodu
A spałam tak słodko,
Myślałam, że to nuty walca,
Że jedwab snuje się po salach,
Że śpiewają ptaki.
A to poranione szyby
Dźwięczą żałośnie,
Trąca je wiatr - pędzi - dokąd?
Nie ma już balustrady, spróchniałe
Wrota otworem stoją.
Tylko smutek snuje się po omszałych schodach
I z wiatrem wzbija się ku górze
Przez połamany dach, 
Tędy niegdyś wieczerzy dym wędrował.
Szaro, wszędzie szaro - czy słońce zgasło?
I smutek i wiatr i nagie drzewa
I ptak nie śpiewa.
Nigdzie źdźbła trawy zielonej,
Tafla jeziora też czarna, może jej już nie ma?
Tylko ja - cisza
Błąkam się dniem i nocą.
I w twojej też wizji zostałam,
Po coś mnie obudził - po co?


                    ***

To mój ból cię obudził


Bardzo piękne, prawda? Dla takich momentów, dla takich reakcji na to, co się zrobiło, warto żyć. „Topografia ciszy” - przypominam, to mój hołd dla ziemian.

Inna reakcja na książkę:

Wielce Szanowny i Drogi Panie,
Mamy Trzech Króli i słucham radia Merkury. Chcę podziękować za 
wszystko co Pan mówi o dworach i ziemiaństwie. Jestem bardzo ciekaw 
Pana albumu "Topografia ciszy", wychodzi  dużo albumów o małej ilości 
dworów zachowanych. Te albumy łudzą, że Polska to kraj pięknych dworów. Pana dzieło to pierwsze co "dokonano" w PRL i jest kontynuowane w II RP, wydanie na czasie i b. potrzebne, gratuluję.
Jestem wnukiem Józefa i Marii Chełkowskich ze Śmiełowa. Śmiełów w latach 1945 do 1970 popadał w ruinę, następnie uratowany dzięki pobytowi Mickiewicza u Gorzeńskich.
W roku 1924 Ignacy Paderewski odwiedził moich dziadków, to spotkanie 
obsługiwał fotograficznie Leonard Durczykiewicz. - Na pamiątkę brat 
mojej matki, młody Michał Chełkowski wręczył Mistrzowi album L.Durczykiewicza "Dwory wielkopolskie w Wielkim Księstwie Poznańskim"

Proszę przyjąć wyrazy szacunku,

Andrzej Heydel
Członek Polskiego Towarzystwa Ziemiańskiego - Poznań


Wielce Szanowny i Drogi Panie,

Przesyłkę otrzymałem w poniedziałek (14 I 13) w południe - wieczorem był opłatek
w Tow.Ziemiańskim i album przedstawiłem licznym zebranym. Zabrałem też reprint
L.Durczykiewicza. To albumy z dwóch biegunów a dotyczących tego samego ! -  Obie książki puściłem w obieg między zebranymi osobami oglądającymi z zainteresowaniem.
Jeszcze raz serdecznie dziękuję za prezent. Do albumu będę powracał. Zauważyłem Mikuszewo mojego wuja śp Zdzisława Baranowskiego, żonaty z siostrą mojej matki Zofią
Chełkowską. - Pewnie znajdę w albumie dalsze miejsca rodzinnie związane.

Pozostaję z wyrazami szacunku,

Andrzej Heydel


Cieszę się, że środowiska byłych ziemian zauważyły mój album... Też dla nich go robiłem. 

wtorek, 18 grudnia 2012

Trwa wysyłka KF 39


Jednak zdążyliśmy przed świętami. Prenumeratorzy i ci, którzy zamówili najnowszy numer KF na www.fotografia.net.pl już go otrzymali, albo otrzymają jutro, pojutrze... natomiast nie wiem, czy Empik i inne miejsca tzw. wolnej sprzedaży zdążą przed wigilią umieścić nas na swoich półkach. To już zależy od ich operatywności.
KF nie jest pismem wyścigowym, niusowym, nic nie straci ze swej wartości, także po świętach, dlatego jeśli ktoś nie zdąży zaopatrzyć się w swoje ukochane pismo na święta, to będzie mógł się nim raczyć parę dni później. Ponoć tęsknota zaostrza apetyt.
Wiem, że trochę odwracam kota ogonem i powinienem raczej przeprosić za to, że tak długo grzebaliśmy się z tym numerem, bo przecież miał być w listopadzie. Wybaczcie, tak po prostu wyszło. Mam nadzieję, że treść wszystko Państwu wynagrodzi.

Teraz z innej beczki... Święta. Nie cierpię ich! Lubię tylko przygotowania - lubię sam coś upitrasić, żeby chociaż coś było dobre (to taka mała złośliwość do śmichu, zupełnie niezasłużona przez moje panie-domowniczki, które gotują bardzo dobrze), bo przecież faceci gotują najlepiej... No i lubię Wigilię: karpia, kapustę z grzybami, kompot z suszu, zupę rybną, opłatek, wino, herbatę i coś do picia... a potem prezenty, kolędy... Potem jest już niestety coraz gorzej, smażenie się w rodzinnym sosie... nie można robić niczego swojego, niczego z rzeczy, które się lubi, bo przecież trzeba „świętować”. Obżarstwo, opilstwo, gadulstwo, lenistwo, jedno wielkie poczucie winy. Dlatego od paru lat bardzo podoba mi się sformułowanie „spędzać święta”, bo przypomina stare wyrażenie „spędzić płód”. Tu i tu jest coś niechcianego.

Ale żeby nie było zbyt smutno:



Wymyśliłem hasło reklamowe: „Twój kot kupowałby Whisky!”

Dobre, prawda? Mnie się podoba i aż się dziwię, że nikt wcześniej tego nie wymyślił. A może wymyślił, a ja o tym nie wiem?

Wracając do fotografii, to dokonałem zakupu kolorowych błon 5x7 cala. W Polsce okazało się to niemożliwe, więc kupiłem w America, ale popatrzcie ile mnie to kosztowało. Normalnie szok!



Prawie 700 dolców, czyli ponad 2 tysiące złotych, za 50 błon...

Porażające są zwłaszcza koszty opłat i podatków. Dlaczego państwa są takie pazerne i pobierają tak wielki haracz za to, że Śliwczyński coś sobie kupił u kogoś tam?! 
Teraz nie mam już wymówki, każde moje zdjęcie musi być arcydziełem! Żeby się chociaż negatyw zwrócił! Zamierzam do jednej kasety wkładać z jednej strony negatyw kolorowy, a z drugiej negatyw czarno-biały, aby to samo ujęcie miało dwie wersje. Boję się tej konfrontacji, bo z jednej strony kocham fotografię czarno-białą, zarówno cały proces fotografowania, ręczną obróbkę w ciemni, jak i odbitki na wystawie oraz publikacje książkowe. Oglądanie takich obrazów sprawia mi wielką przyjemność. Ale z drugiej strony - lubię też Burtynsky'ego czy Nadeva Kandera i wielu innych, którzy pracują w kolorze. „Świat jest kolorowy, a nie czarno-biały” - powtarza mi często córka i bezustannie namawia mnie na kolor. A ja, powtórzę to znowu, boję się tego, bo nie mam specjalnego doświadczenia, a jak wiadomo, wszystko co nowe budzi lęk. Jeśli dwadzieścia lat myślałeś bardziej formą, kompozycją, walorem, fakturą, półcieniem, to nagłe przejście do myślenia plamami barwnymi nie jest łatwe. Kolor to nie tylko pokolorowanie fotografii czarno-białej, to inne widzenie. Wymagające treningu. A jak tu tylko ćwiczyć z kolorem, jeśli błony tyle kosztują?! Tu trzeba od razu tworzyć dzieła.
Na razie nie naświetliłem jeszcze ani jednego listka, w zasadzie odkładam w czasie kolorową inicjację, nawet jednej kasety nie załadowałem Portrą 160. Prawda jest też taka, że nie mam jeszcze żadnej kasety wolnej, we wszystkich mam nienaświetlony materiał czarno-biały. Może zamiast „spędzać” święta jednak coś naświetlę? Na pewno Czytelnicy tego bloga będą pierwszymi, którzy poznają efekty mojego działania w kolorze. Nie wiem kiedy to nastąpi.
Przy okazji pytanie - czy zdjęcia z „Topografii ciszy” byłyby lepsze, gdyby były kolorowe? Wiem, że trudno to sobie wyobrazić, ale spróbujcie. Dwa przykłady:


Boguszyn



Paruszewo