piątek, 13 września 2013

Zapraszam do Wąsowa na „Topografię niepamięci”


Miło mi poinformować, że w Pałacu Wąsowo (powiat Nowy Tomyśl w Wielkopolsce) od niedzieli do końca listopada czynna będzie moja wystawa „Topografia niepamięci”. Tworzą ją zdjęcia mojego autorstwa z kolekcji Muzeum Narodowego w Poznaniu, oddziału w Śmiełowie (Muzeum Mickiewicza). To właśnie w tym Muzeum wystawa miała swoją premierę w 2009 roku. Potem pracowałem nad rozwojem cyklu jeszcze trzy lata, żeby ostatecznie zakończyć projekt albumem „Topografia ciszy”. Można więc powiedzieć, że fotografie z kolekcji śmiełowskiej to część większej całości. 
Serdecznie zapraszam do Wąsowa. Sam też się tam wybiorę, jak tylko wrócę z urlopu. Prawdopodobnie dowiozę 8 oprawionych fotografii w większych formatach, aby wzbogacić wystawę.

czwartek, 12 września 2013

Bogusław Nieznalski na ulicy

Wojtek Wilczyk ma rację... W komentarzu pod poprzednim wpisem zauważył, że się ostatnio „opier...” na tym blogu. Niestety tempo, w jakim żyję i obfitość zdarzeń, jakie mnie jakoś dotyczą, raz bardziej, raz mniej, wszystko to daje mi usprawiedliwienie dla, oględnie mówiąc, kiepskiej aktywności na tym blogu.
Może to śmieszne, ale najmniej czasu mam na urlopie. Bo właśnie jestem w Gdańsku! Od paru dni. W cudownym mieście, w hotelu Lido Dom na Plaży w Brzeźnie, a od plaży dzieli mnie chodnik i ścieżka rowerowa. Niestety, od dwóch dni nie da się korzystać z morza i plaży, bo pada, a właściwie leje („dobrze, że nie sra” - dodałby Eryk). Dlatego wczoraj pojechaliśmy tramwajem do centrum, do Starego Miasta. Na jednej z ulic, niestety nie zanotowałem na której, natknęliśmy się na świetną wystawę fotografii (są też sekwencje wideo) przygotowaną przez Europejskie Centrum Solidarności, a zatytułowaną „Strajki 1988. W przededniu wielkiej zmiany”, złożoną głównie z fotografii Bogusława Nieznalskiego. 




Wystawa uświadomiła mi, że mam to szczęście żyć w ciekawych czasach, że na początku rosłem w atmosferze powojennej, że Niemcy to skurwiele były, ale daliśmy im radę, potem zaznałem PRL-owskiego raju z „przyjaźnią” do nowego okupanta, poznałem wolność made in '80, aż wreszcie nastał 1989 i całkiem nowe czasy... Strajki 1988 to już było zupełnie inaczej niż 8 lat wcześniej. Wtedy był strach, obawa, w 1988 i 1989 - a oddają to dobrze fotografie Nieznalskiego - pojawił się humor, system, który był wrogiem był już tylko śmieszny. Przynajmniej dla stoczniowców, bo dla mnie wówczas - a pracowałem wtedy jako dyrektor w Miejsko-Gminnym Ośrodku Kultury w Miłosławiu koło Wrześni - system był mocny. Tak to jest, kiedy się jest daleko od oka cyklonu, kiedy nie ma się wiadomości z pierwszej ręki. W 1980 zakładałem NZS na moim kierunku, czyli na kulturoznawstwie na UAM (byłem też już wtedy na II roku filozofii, też na UAM) i od tamtego czasu czułem się „elementem antysocjalistycznym”. A jednak zmiana 1989 zaskoczyła mnie, tak na dobrą sprawę nadal nie wiem, dlaczego komuna upadła, nadal nie wiem, czy była to „konieczność dziejowa, czy wyreżyserowany spektakl?” Odpowiedź na to pytanie należy do historyków, oczywiście do tych, którzy nastaną za kilkadziesiąt lat, kiedy naukowcy nabiorą niezbędnego dystansu czasowego. Dzisiaj - każdy ma swoją odpowiedź. 
Wracając do wystawy Nieznalskiego, to zrobiła na mnie duże wrażenie. Z paru powodów: (1) przypomniała mi młodość, tamte czasy i tamte emocje, (2) bo ucieszyło mnie to, że powstaje wspaniały kompleks budynków, które złożą się na Europejskie Centrum Solidarności, bo to oznacza, że wszyscy Polacy dziękujemy temu miastu, za to co zrobiło dla nas, że nauczyło nas walczyć i zwyciężać. (3) cieszy mnie też to, że stać nas jako państwo na to, że to będzie dobra architektura, że powstanie miejsce, które będzie (powinno) przyciągało turystów z całego świata, że w końcu rozumiemy, że trzeba się promować poprzez nasze niesamowite dokonania - w 1980 Solidarność to było 10 milionów ludzi! To był spontaniczny, oddolny ruch społeczny, który zmienił historię kontynentu. Kurwa mać, dzisiaj o tym zapominamy! Bo dzisiaj Solidarność jest czymś innym. Bo czasy są inne. Ale z tej pierwszej Solidarności powinniśmy być dumni, bo to my ją stworzyliśmy.
Jedna rzecz mnie uderzyła podczas oglądania wystawy - nikt z szefów strajku w Stoczni Gdańskiej 1988, oprócz Wałęsy, nie został politykiem, nie zrobił kariery. To nazwiska dzisiaj nic nie mówiące. Jedynie w tle, jako „doradcy” pojawiają się na zdjęciach Nieznalskiego: Kaczyńscy, Mazowiecki, Borusewicz. Jedynie Jacek Merkel, spieniężył etos, założył później firmę „4 Media”, która okazała się giełdowym, sztucznie dmuchanym balonem, który ostatecznie sflaczał i przestał istnieć, chociaż jej szef wyciągnął z tego interesu niezłe pieniądze... Dzisiaj o nim cicho, może sączy Mohito, czy inną Pinakoladę gdzieś tam? Nie wiem. Pozostali - nie dorobili się na strajku.
Dosyć wspomnień i dywagacji. Wystawa Bogusława Nieznalskiego jest świetnie zrealizowana. Pod każdym względem. Jej kształt plastyczny nawiązuje do projektu architektonicznego ECS, co jest plusem całej wystawy.
Szkoda, że wtedy, gdy byłem naczelnym KF, nigdy nie napisaliśmy o Bogusławie Nieznalskim. Tego już nie naprawię.
Wzruszyłem się też przy Polskiej Poczcie, oddziale nr 1. 



Niemcy rozstrzelali 35 obrońców Poczty. Trudno to zrozumieć, skąd na początku wojny tyle barbarzyństwa Niemców, w końcu nie-głupiego narodu? Dlaczego tak potraktowali zwykłych, niegroźnych polskich urzędników pocztowych, pocztylionów i innych asystentów pocztowych? To trudno zrozumieć. Obrońców Westerplatte potraktowali podobnie. Za co nas aż tak bardzo nienawidzili?! Czy nie za szybko i nie za łatwo im wybaczyliśmy? Bo dojczmarki przywozili i zostawiali? Nie wiem.
Z drugiej strony patrząc, podoba mi się w Trójmieście, że nie pomija się tu swojej niemieckiej przeszłości. Jest wiele ulic, pomników, nazw miejsc, budynków, obelisków i innych upamiętnień tego, że jeszcze niedawno tu były Niemcy. We Wrocławiu, o ile wiem, ale może się mylę, jest inaczej. 
Co do rowerowego Gdańska, to tylko pozazdrościć. Mądre władze tu mają: ścieżek coraz więcej. Myślę, że jest tu więcej ścieżek niż w Amsterdamie, więcej kilometrów. Danek, szwagier z Koszalina, powiedział mi, że podobno jest jakiś europejski projekt, żeby można było rowerami przejechać z Gdańska do Niemiec. Kurde, jak byłoby pięknie, żeby kraje w Europie były połączone nie tylko autostradami, ale też bikostradami! 




sobota, 6 lipca 2013

5. rocznica śmierci Eryka, wystawa/spotkanie



Ireneusz (Eryk) Zjeżdżałka, Autoportret (ok. 1999) 

25 lipca (czwartek) br. o godz. 18.00 w Muzeum Regionalnym we Wrześni otworzymy wystawę fotografii „Portrety” autorstwa Ireneusza Zjeżdżałki. Taki właśnie pomysł na uczczenie pamięci Męża miała Ania Zjeżdżałka. Przeglądając zdjęcia, jakie pozostały po Eryku, zauważyła, że jest wiele portretów, „których nikt nie widział”, przynajmniej na wystawie, przynajmniej od dawna. Spotkaliśmy się - w kawalerce Eryka przy Słowackiego, które było jednocześnie pracownią, gdzie w łazience była jego ciemnia (nie byłem tam parę lat, a wszystko wygląda tak, jakby Eryk wyszedł tylko na chwilę) - i wybraliśmy fotografie na wystawę. 


Ryszard Zjeżdżałka - ojciec Eryka, choreograf, dyrektor artystyczny kilku zespołów folklorystycznych

Pokażemy tylko oryginały. Kilka w oprawie w passepartout Eryka, co ma takie znaczenie, że tam są odręczne autorskie opisy fotografii (to są wczesne fotografie Eryka, a ten sposób sygnowania przejął od tzw. szkoły jeleniogórskiej). Kilka oprawiamy od nowa, bo pierwotnie były wysyłane na konkursy, także międzynarodowe, bez passepartout. 


Ania Żjeżdżałka, późniejsza żona Eryka

Siostra Ani Zjeżdżałki, późniejsza szwagierka Eryka

Bogdan Konopka przed Muzeum Regionalnym we Wrześni po wernisażu „Reconnesance”, bardzo ważna osoba dla Eryka, dla ukształtowania się jego fotograficznego światopoglądu. 


Na pewno wystawa zaskoczy, chociaż nie to jest najważniejsze. Ania znalazła np. cykl autoportretów Eryka... zaskakujące, w jakich fotograficznych rewirach, krążyły jego myśli... I taka jest właśnie główna myśl wystawy: pokazać Eryka szukającego, próbującego różnych rzeczy, Eryka fotografującego przyjaciół, po to żeby sprawdzić się, żeby sprawić przyjemność przyjaciołom, Eryka kochającego... 
Aleksander Czekmieniew, ukraiński fotoreporter, którego poznaliśmy jesienią, w 2000 w Vevey w Szwajcarii, gdzie Bogdan Konopka odbierał Europejską Nagrodę Fotografii i gdzie na jego zaproszenie pojechaliśmy (Eryk, Nowacki, Jola, moja żona i ja). Później zaprosiliśmy Saszę do Wrześni, gdzie urządziliśmy mu wystawę podczas „Prowincjonaliów Filmowych”. Rok później Janusz Nowacki zrobił Czekmieniewowi wystawę w PF. Sasza bardzo zapraszał do Kijowa, nawet powiększył o jeden pokój swoją kwartirę, bo obiecałem, że przyjedziemy z Jolą, ale zawsze coś nam przeszkadzało, żeby pojechać. Jakieś dwa lata temu Sasza odwiedził Poznań na Fotodokumencie Moniki Piotrowskiej. Spotkaliśmy się, a jego żona Natasza była jeszcze piękniejsza... On jest świetnym fotoreporterem.

Miałem to szczęście i tę przyjemność widywać portrety Eryka wtedy, gdy powstawały, ale  nie widziałem ich wszystkich, chociaż razem tworzyliśmy Grupę Twórczą Wrześnica, chociaż przyjaźniliśmy się i pokazywaliśmy sobie, co zrobiliśmy. Każdy miał swój „margines”, gdzie trzymał różne rzeczy. Ważne i nieważne. Udane i nieudane (chociaż czasem po latach człowiek zmienia zdanie, czy faktycznie nieudane jest udane i odwrotnie). Ale teraz, patrząc na to, co Ania wyselekcjonowała, widzę, że o wielu nie wiedziałem, albo zapomniałem. 

Andrzej Jerzy Lech - co najmniej tak samo ważny jak Bogdan Konopka fotograf dla Eryka

To nie będzie wystawa, która podsumuje Eryka-portrecistę, zrobił znacznie więcej (na wystawie nie ma np. portretów znanych poznaniaków, jakie wykonał dla Wydawnictwa Miejskiego z Poznania, czy „Portretów wrześnian” z końca lat 90. XX wieku, które miały ukazać się nakładem Wydawnictwa Kropka w postaci książki, ale ze względu na kiepską jakość druku, całość książki powędrowała na makulaturę) ale pokażemy, że i to robił. 

Nie chcę, aby to była tylko moja (i Ani) wystawa, dlatego zaprosiliśmy wrzesińskich przyjaciół Eryka do współtworzenia wystawy. Będzie i Mychol i Żołnierz i niewiadomo kto jeszcze, może np. Fotodialog. Ja serdecznie zapraszam.

A forsy z MKiDN na KF nadal brak


Pół roku minęło, a Ministerstwo nie przysłało nam nawet umowy do podpisania. Odezwało się parę tygodni temu, że coś jest nie tak z naszym wnioskiem i z załączonymi do niego papierami. Owo „coś nie tak” polega na tym, że nazwa wydawnictwa brzmi: „Wydawnictwo Kropka Jolanta i Waldemar Śliwczyńscy”, natomiast na wniosku podpisuje wszystko tylko Waldemar Śliwczyński. Na piśmie poinformowałem Ministerstwo, że jedynym właścicielem owego wydawnictwa jestem tylko ja - Waldemar Śliwczyński, dlatego wszystko podpisuję jednoosobowo, co udokumentowałem stosownym dokumentem, czyli wpisem do ewidencji działalności gospodarczej prowadzonej pod numerem 2399 przez burmistrza miasta i gminy Września. Podałem też - dla ewentualnego sprawdzenia - adres internetowy owego rejestru działalności gospodarczej na stronie gminy Września. 

Ale to wszystko cały czas za mało... Dzwoniliśmy, żeby dowiedzieć się, że „sprawa jest teraz w departamencie prawnym, który analizuje problem”. Czekamy. A czas leci...

Trochę rozumiem urzędników. Nasza nazwa może wprowadzać w błąd - w nazwie jest dwoje właścicieli, choć właściciel jest jeden. Z tego błędu jednak łatwo wyprowadzić - przedstawiając dokumenty, z których wynika, że jedynym właścicielem podmiotu gospodarczego, w którego NAZWIE są dwie osoby, jest jeden człowiek.

Pewnie powinienem zmienić nazwę, która jest pozostałością czasów, gdy Wydawnictwo Kropka miało dwoje właścicieli, ale przecież nie mogę tego zrobić teraz, kiedy ubiegam się o dotację na KF. To by dopiero było, gdyby podmiotem, który ubiegał się o dotację i ją dostał, był inny podmiot, który teraz chce podpisywać umowę! Bo nowa nazwa brzmiałaby np. tak: „Wydawnictwo Kropka Śliwczyński (lub nie daj boże - Śliwczyńscy)”. Co stałoby się wtedy? Prawnicy z Departamentu Prawnego mieliby powód, aby powiedzieć: zupełnie inny podmiot chce przystąpić do podpisania umowy niż ten, który występował o dotację. Tak nie można! I mieliby rację. 

Zobaczymy jak to się skończy.

W tej sytuacji, trudno cokolwiek robić, podejmować zobowiązania, dlatego robimy swoje, ale jesteśmy też trochę zdezorientowani. 

sobota, 8 czerwca 2013

Mam wyróżnienie! Bardzo się cieszę!

Uprzejmie donoszę, że moja książka „Topografia ciszy” z ubiegłego roku, otrzymała wyróżnienie na konkursie „Fotograficzna publikacja roku 2012” na Fotofestiwalu w Łodzi. Dzisiaj ogłoszono wyniki. 


Łódź. "Miejsce odległe" i "Brutal" zwycięzcami konkursu Fotograficzna Publikacja Roku

PAP

08.06.2013 , aktualizacja: 08.06.2013 19:35

A A A Drukuj
"Miejsce odległe" przygotowane przez kolektyw Sputnik Photos oraz "Brutal" Michała Łuczaka to książki, które zwyciężyły w dwóch kategoriach konkursu Fotograficzna Publikacja Roku, w których przyznawano nagrody im. Krzyśka Makowskiego. Wyniki ogłoszono podczas trwającego w Łodzi Fotofestiwalu.


Cały tekst: http://wyborcza.pl/1,91446,14063950,Lodz___Miejsce_odlegle__i__Brutal__zwyciezcami_konkursu.html#ixzz2VfU79Dwb


(...) Oprócz nagrody głównej w kategorii Książka Roku 2013 przyznano również trzy wyróżnienia. Pierwsze otrzymała "Topografia" Waldemara Śliwczyńskiego, drugie "Warszawa nowoczesna. Fotografie z lat trzydziestych XX wieku" Czesława Olszewskiego a trzecie wydana przez Fundację Archeologii Fotografii seria "Żywe Archiwa". Laureatów tej kategorii wybrano spośród 60 publikacji przesłanych na konkurs (...). 

Cały tekst: http://wyborcza.pl/1,91446,14063950,Lodz___Miejsce_odlegle__i__Brutal__zwyciezcami_konkursu.html#ixzz2VfRFr2kF.



Co tu gadać, co tu kryć - bardzo się cieszę! Przy okazji dziękuję - oprócz Jezusowi i matce Whitney Houston - Tomkowi Wojciechowskiemu za projekt graficzny, a także autorom tekstów - Wojtkowi Wilczykowi oraz Ewie Kostołowskiej. Ja zrobiłem tylko zdjęcia.




niedziela, 28 kwietnia 2013

Wracam do fotografowania!

Od prawie roku nie fotografowałem, tzn. nie robiłem tego Wisnerem (5x7 cala), a od września 2012 także xpanem, czyli - w zasadzie nie fotografowałem. Pstrzykałem tylko cyfrą, czyli iPhone'm - tego nie liczę. 
Co się stało, że wróciłem? Tak do końca - to nie wiem. Moge mówić tylko o tym, co działo się w moim życiu w ostatnich dniach. W piątek byłem w Kole na obradach jury konkursu „Portret”, gdzie odbyłem interesującą pogawędkę z Jurkiem Piątkiem, który niestrudzenie propaguje kielecką szkołę fotografii, wydając za własne pieniądze nierentowne książki jej poświęcone (także ze swoją twórczością). To pierwszy impuls.
Wymieniliśmy sobie z Andrzejem Jerzym Lechem parę mejli (Andrzej nawet w trakcie tej ożywionej wymiany korespondencji mejlowej niespodziewanie zadzwonił, „żeby usłyszeć Twój głos”), to był potężny impuls drugi.
Po raz n-ty obejrzałem sobie 2-tomową „History of photobook” Martina Parra, który jest  przeglądem dziejów fotografii poprzez pryzmat jego wspaniałej kolekcji albumów fotograficznych. To impuls trzeci.
Wiosna, czyli porządki, czyli remonty mieszkań, które przeprowadzają żony płci żeńskiej, bo tylko one widzą, że w domu trzeba coś pomalować, odnowić, zmienić w wystroju. No i tak się u mnie stało: drewniane ściany dzięki farbie akrylowej stały się jasnosiwe i pozbawione wcześniej wiszących tam obrazów, zdjęć i bibelotów. Słowem: powstała w naszym domu nowa powierzchnia wystawiennicza, gotowa i wołająca o zagospodarowanie. Przytargałem z ciemni przeszkadzające mi tam oprawione fotografie z cyklu „Topografia ciszy” i przyczepiłem (najlepiej jak umiałem) do ścian w korytarzach. Spodobało mi się i przypomniało, że umiem, że jestem wspaniałym fotografem. To impuls czwarty.
W sobotę pojechałem na zdjęcia - postanowiłem rozpocząć realizację nowego cyklu. Wspominałem już kiedyś o nim, nazwałem go „Mała Wielkopolska” i będzie dokumentem, zapisem wyglądu małych miasteczek (poniżej powiatu), ich specyficznej atmosfery i pewnej - mimo naciskającej nowoczesności - stałości. Chcę, przynajmniej tak długo jak wystarczy mi błon kolorowych, cykl realizować kolorowo i czarno-biało. Kupiłem nawet zestaw chemii, do C-41. Zobaczymy jak mi to pójdzie.
W sobotę byłem w Żydowie pod Gnieznem, gdzie od dawna podobała mi się zabudowa zwarta, „prawie jak w mieście”, z domem z dziwnym zabudowanym wejściem schodami na piętro z boku. Potem pojechałem do Niechanowa, gdzie nic nie zrobiłem, ale być może tam wrócę, bo zainteresował mnie tam mały otoczony starym murkiem cmentarz przy kościele, na którym wszystkie nagrobki zwrócone są „twarzami” ku kościołowi, a więc „plecami” ku ulicy. Potem pojechałem do Witkowa, gdzie w poszukiwaniu kadrów długo jeździłem wzdłuż i wszerz, ale właściwie nic nie znalazłem. W końcu, z poczucia obowiązku zrobiłem dwa ujęcia - starego ceglanego pięknego kiedyś, a dziś bezużytecznego, jak widać domu oraz kiczowatego ogródka z namalowanymi krasnalami, jelonkami i innymi „pięknościami” ze stawkiem z kolorowymi rybkami, które o dziwo przeżyły srogą i długą zimę. Właściciel opowiedział mi jaksię  to robi (wystarczy odgarniać śnieg z lodu, żeby światło dochodziło, żadnych napowietrzających dziur robić nie trzeba) i tak w ogóle, pozwolił mi sfotografować swoje dzieło, a nawet stanął i zapozował dla wersji kolorowej zdjęcia. Obiecałem, że mu fotkę podrzucę. 
Ruszyć na nowo w plener po przerwie nie jest łatwo, ale odświeżyło mnie to bardzo, zwłaszcza „na duchu moralnym i fizycznym”, jak mawiał pewien radny wrzesiński z żółtymi papierami. Po raz kolejny dowiedziałem się jak ważna jest dla mnie fotografia, jej uprawianie. Nawet krzątanie się przy Niej...
Jak tylko coś wywołam, na pewno wrzucę na bloga.  

poniedziałek, 8 kwietnia 2013

Moja odpowiedź na krytykę KF ze strony Krzysztofa Jureckiego


Krzysztof Szymoniak w swojej najnowszej książce pt. „Fotografioły 2. Okołofotograficzne ćwiczenia umysłowe”, Prymasowskie Wydawnictwo „Gaudentinum”, Gniezno 2013 - zamieścił m.in. rozmowę z Krzysztofem Jureckim. Ma ona świetny, bo adekwatny, tytuł: „Rzadko się mylę” (sic!).


Strona tytułowa książki Krzysztofa Szymoniaka, rozmowę z K. Jureckim poprzedza rozmowa z Anią Ignasińską-Zjeżdżałką, żoną Ireneusza Zjeżdżałki

Rozmowa poświęcona jest zarówno osobie Krzysztofa Jureckiego, jak i jego niemalże 30-letniej działalności krytycznej i kuratorskiej w obszarze fotografii. Dowiadujemy się też - co jest dla mnie odkryciem - że Krzysztof zaczynał od fotografowania, że nadal fotografuje i że być może kiedyś porzuci pisanie o fotografii i poświęci się wyłącznie fotografowaniu i wystawianiu swojej fotografii. To dla mnie spore zaskoczenie...
Nie zaskoczyło mnie za to to, co Jurecki raczył powiedzieć na temat redagowanego przeze mnie „Kwartalnika Fotografia”:

(...) Z bólem, ale zdecydowanie w roku 2010 wycofałem się z grona współpracowników „Kwartalnika Fotografia”, ponieważ poziom zdjęć i tekstów tam zamieszczanych stał się na tyle niezadawalający, że postanowiłem to uczynić. Jeśli magazyn ten lansuje takiego fotografa jak na przykład Charles Fréger czy Tomasz Gudzowaty, to moim zdaniem jest to niepotrzebne (...)”.

(...) Cóż, żyjemy w świecie pluralistycznym, a ja muszę przyjąć do wiadomości fakt, że moje idee bywają osamotnione, albo nawet przegrają w konfrontacji z twórczością pozbawioną wartości. Widać to na przykład na gruncie „Kwartalnika Fotografia”, który był zupełnie innym pismem, gdy redagował je Ireneusz Zjeżdżałka, a zupełnie innym jest obecnie, kiedy objął to Waldemar Śliwczyński. Jakiś czas temu pojawił się numer, który mógł być poświęcony wartościom i temu, co wiemy i mówimy na temat śmierci (nr 35/2010), zresztą ze słowem „śmierć” na okładce. Dl amnie był to jednak zbiór tekstów i obrazów na temat trupa. Jest tam nawet wywiad z technikiem, który uczestniczy przy sekcji zwłok. Po co? A przecież można było pokazać w tym numerze wybitne prace Grzegorza Przyborka „Thanatos”. Artysta zmierzył się z niezwykle trudnym problemem: jak wygląda śmierć? (...)”. 

Słowem: za Eryka to były czasy...

Nie będę polemizował z Krzysztofem Jureckim na temat mojego prowadzenia KF-u, nie będę niczym Jerzy Dudek w bramce Liverpoolu bronił rzutów karnych, jakie arbiter-Jurecki mi zafundował. Może zresztą strzelił nie do obrony, w samo „okienko”? Jedyne, co zrobię, to opowiem własną wersję owego odchodzenia z bólem z KF Krzysztofa Jureckiego. 

Otóż, nie wnikając w szczegóły (bo i tak dzisiaj już ich nie pamiętam), było tak, że Krzysztof proponował zawsze wiele materiałów, ale wówczas gdy mnie one nie pasowały do całości numeru, jaki chciałem stworzyć, musiały czekać na odpowiedni moment. Proponowałem w zamian napisanie czegoś, co chciałem mieć w numerze, ale Krzysztofowi nie zawsze było po drodze z moimi pomysłami. Problemem Jureckiego jest apodyktyczność i protekcjonalny ton. On lubi ferować wyroki artystyczne, one są niepodważalne i niedyskusyjne. Jest tak, a tak, bo ja, Krzysztof Jurecki tak mówię. Bo ja wiem. Z tego powodu wszelkie uwagi i korekty redaktorskie, które pojawiają się przy redagowaniu jego tekstów napotykają z jego strony na wielki opór. Dlatego też zabrał swoje zabawki z piaskownicy KF. Dzisiaj mogę już powiedzieć - nie płakałem...

Czytając rozmowę Szymoniaka z Jureckim można dostrzec pewien rys osobowości Jureckiego - wielkie ego. Ja jako pierwszy napisałem o..., ja wylansowałem tego, czy tamtą... Zrobiłem to i tamto... Myślę, choć to tylko hipoteza, że dlatego tak rozpływa się nad Erykiem-redaktorem (w kontrze do Śliwczyńskiego, ale to szczegół...), że Eryk po prostu mu ulegał i puszczał to, czego Jurecki sobie życzył. Jurecki miał na początku duży wpływ na Eryka myślenie o fotografii i o tym jak powinno się robić pismo fotograficzne. 

Jeszcze jeden cytat: 
(...) Na marginesie tylko dodam, że Bogdan Konopka w prywatnych wypowiedziach niesłusznie deprecjonuje fotografie Ireneusza Zjeżdżałki. Twierdził wręcz, że Eryk powtarzał metodę po nim i po Andrzeju Lechu. Ale jeżeli wczytamy się w Eryka teorię miejsca i nieinscenizacji tego miejsca, to między fotografiami Konopki i Lecha a fotografiami Zjeżdżałki zachodzi od razu widoczna różnica. A zachodzi ona choćby dlatego, że ani Lech, ani Konopka nigdy takiej teorii nie sformułowali. Natomiast Eryk wierzył, że każde miejsce może skumulować w sobie energię i my tę energię potem za pomocą odpowiednio zaprojektowanej fotografii (ale bez jakiejkolwiek inscenizacji, nawet bez lampy błyskowej) możemy odzyskać i przenieść na obraz fotograficzny”.

Nie wiem, śmiać się czy płakać? A czym niby różni się ta „teoria Żjeżdżałki” od tego, co od trzydziestu z górą lat mówi się i pisze w kręgu tzw. szkoły jeleniogórskiej czy „teorii” fotogenii?! Konopka, czy Lech inscenizują i używają lamp błyskowych?! Z całym szacunkiem dla Eryka i pamięci o Nim, i szacunku dla Jego dokonań, ale teoretykiem fotografii to on nie był. Umiał pięknie opowiadać o energii, uczuciach zaklętych w niektórych miejscach, które aż proszą się o sfotografowanie, o warstwach przeszłości, które osadzają się tu i tam i że powinnością fotografa jest rejestracja takich miejsc, które są blisko twojej kamery, itd. To tylko zgrabna kompilacja tego co usłyszał i wyczytał u Lecha, Konopki, Zawadzkiego, Andrzejewskiej, Nowackiego i innych ze środowiska, które go ukształtowało. Nie umniejszam Eryka, ale po prostu wkurza mnie Twoja, Krzysztof naiwność. 

Zresztą, nie mogę się też zgodzić z Twoją koncepcją wartości fotografii. Używasz tej koncepcji do oceniania twórczości fotografów. Kryterium, nie mówię, że jedynym, ale bardzo ważnym jest dla Ciebie świadomość twórcy, czyli inaczej mówiąc - samoświadomość artysty. Masz oczywiście pełne prawo do takiego poglądu, ale na miłość boską, to nie jest jedyna możliwa teoria wartości fotografii. Czy Atget miał świadomość tego co robi? Są co do tego poważne wątpliwości. Czy dzieło samo w sobie już się nie liczy, już nie wystarcza? Czy konieczna jest instrukcja obsługi, broszura informacyjna, która odkrywa świadomość artysty, aby odbiorca mógł docenić wartość fotografii? Może dlatego właśnie fotografia polska, nad czym tak ubolewasz, jest tak mało znana w świecie, bo jest po prostu niezrozumiała bez instrukcji obsługi? Może po prostu zagraniczny odbiorca ma gdzieś te wzniosłe i pseudouczone mądrości zwane przez Ciebie „świadomością artysty”? 
Fotografia jest sztuką wizualną, czyż nie? „Dziecięca choroba naukowości” - to już było i oby nie wróciło.