Po rozmowie na Skype z Andrzejem Jerzym Lechem (który ma sporo wiedzy też o drukowaniu cyfrowym), a także po głębokim namyśle i po ponownym obejrzeniu mojej analogowej kolekcji fotografii (zdjęcia własne i cudze, z kraju i zagranicy) - już wiem: jestem w błogosławionym stanie. Jestem i pozostanę przy procesie klasycznym! Negatyw, ciemnia, odbitki, suszenie, oprawianie - wszystko własnymi rączkami; moje zdjęcia mają być moje w pełni, energia, którą w nie wkładam musi udzielić się innym.
Gdybym wydruki powierzał urządzeniu, a może nie daj boże jakiemuś anonimowemu laborantowi, to przecież odbitka nie byłaby moim dzieckiem! Byłaby w najlepszym przypadku mniej lub bardziej podobnym pasierbem. Oryginałem w pełni tego słowa znaczeniu jest tylko odbitka autorska, która „zawiera” nie tylko pomysł i optymalne naświetlenie, ale również - pracę. Dość żmudną, a czasem niezdrową i pełną niedoskonałości (które trzeba ze wszystkich sił minimalizować!), ale za to dającą nieopisaną rozkosz, kiedy coś wyjdzie tak jak chcemy. Nie, tego nie dam się pozbawić.
Nie kupuję drukarki.
Poza tym, dzięki temu, że w zasadzie prawie cały fotograficzny świat jest już cyfrowy, ceny vintage print idą w górę! Będę bogaty, a jak nie ja to moi spadkobiercy, hi, hi. Chyba, że to co robię jest zupełnie bezwartościowe...
Koniec pisania - idę do ciemni, na 20-leciu „Pałuk” w Żninie wykonałem wczoraj portret zbiorowy całej redakcji, która po brzegi wypełniła scenę domu kultury... Moja klasyczna odbitka (negatyw 5x7 cala) będzie prezentem dla zaprzyjaźnionej redakcji...
niedziela, 20 lutego 2011
niedziela, 13 lutego 2011
Kupuję drukarkę - czy to koniec mojej fotografii?
Stało się, postanowiłem już. Kupuję epsona 3880 - będzie zalany tuszami do fotek czarno-białych, będzie tylko do mojej dyspozycji. Ta drukarka, jak wszyscy mówią, jest bardzo dobra i jest formatu A2, więc będę mógł drukować foty formatu 40x50 cm... wystarczy mi.
Nie znaczy to, że kończę z fotografią analogową. Wydruki to tylko wersja dla ubogich... dla tych, których nie stać na kupno moich barytów!
He, he... żartowałem. moich fotek i tak nikt nie kupuje. Bo też nawet ich do kupna nie oferuję. Bo nawet o tym nie myślę. To na pewno zmieni się za sto lat i moi zstępni (piękne słowo!) zarobią na moich fotkach wielkie pieniądze, ale póki co chcę mieć w miarę szybko przyjemność z oglądania na papierze moich zdjęć, a do tego potrzebna jest mi dobra drukarka.
Nadal będę uwieczniał świat na tradycyjnych negatywach, a następnie skanował je na skanerze bębnowym, czyścił z paprochów (poetycko zwanych czasem - syfami), a następnie przenosił na papier. Na końcu przy pomocy epsona będę drukował moje piękne obrazy na Hahnemuhle lub na innym cudownym nośniku.
Nadal też będę robił tradycyjne kopie na tradycyjnym papierze fotograficznym. Wydruki to łatwizna w porównaniu z ciemnią, chociaż - jak mówią znawcy - tak się tylko wydaje. To też jest trudne i, tak jak proces ciemniowy, wymaga swojej - standaryzacji. Zobaczymy.
Boje się, że po zakupie drukarki przyjdzie czas na kamerę cyfrową, bo prędzej czy później pomyślę: a po co negatyw?
W fotografii (a może nie tylko w niej?) technika i technologia ma znaczenie - liczy się nie tylko co, ale i jak? Ma to wpływ także na końcowy efekt.
Nie znaczy to, że kończę z fotografią analogową. Wydruki to tylko wersja dla ubogich... dla tych, których nie stać na kupno moich barytów!
He, he... żartowałem. moich fotek i tak nikt nie kupuje. Bo też nawet ich do kupna nie oferuję. Bo nawet o tym nie myślę. To na pewno zmieni się za sto lat i moi zstępni (piękne słowo!) zarobią na moich fotkach wielkie pieniądze, ale póki co chcę mieć w miarę szybko przyjemność z oglądania na papierze moich zdjęć, a do tego potrzebna jest mi dobra drukarka.
Nadal będę uwieczniał świat na tradycyjnych negatywach, a następnie skanował je na skanerze bębnowym, czyścił z paprochów (poetycko zwanych czasem - syfami), a następnie przenosił na papier. Na końcu przy pomocy epsona będę drukował moje piękne obrazy na Hahnemuhle lub na innym cudownym nośniku.
Nadal też będę robił tradycyjne kopie na tradycyjnym papierze fotograficznym. Wydruki to łatwizna w porównaniu z ciemnią, chociaż - jak mówią znawcy - tak się tylko wydaje. To też jest trudne i, tak jak proces ciemniowy, wymaga swojej - standaryzacji. Zobaczymy.
Boje się, że po zakupie drukarki przyjdzie czas na kamerę cyfrową, bo prędzej czy później pomyślę: a po co negatyw?
W fotografii (a może nie tylko w niej?) technika i technologia ma znaczenie - liczy się nie tylko co, ale i jak? Ma to wpływ także na końcowy efekt.
czwartek, 10 lutego 2011
Co słychać w sprawie o zapłatę za druk „Biuletynu Fotograficznego”?
Jak zapewne Czytelnicy mojego bloga wiedzą, od wielu, wielu miesięcy toczę z p. B. Słotą ze „Świata Obrazu” z Krakowa bój o zapłatę za druk „Biuletynu Fotograficznego Świat Obrazu”. Bój toczył się przede wszystkim w sądzie gospodarczym w Poznaniu. W pierwszej instancji przegrałem, ale na szczęście apelację wygrałem, a to kończy definitywnie proces. Na mocy prawomocnego już wyroku p. Słota jest mi aktualnie winna trochę ponad 20.000 zł, choć odsetki cały czas rosną...
P. B. Słota zaproponowała mi spłatę w ratach, na co przystałem, pod jednym warunkiem: że jednocześnie wycofa sprawę cywilną przeciwko mnie o rzekome naruszenie jej dóbr osobistych moim wpisem na tym blogu. Tego warunku nie przyjęła, więc - nolens volens - walczymy dalej. Egzekucję długu powierzyłem komornikowi.
To tyle na temat tej przykrej sprawy.
Są jednak na szczęście przyjemniejsze sprawy, a mianowicie FOTOGRAFIA! Obecnie kontynuuję cykl „Topografia niepamięci”, czyli dokumentalny zapis dzisiejszego stanu dawnych siedzib ziemiańskich w Wielkopolsce, tym razem robię to z inspiracji i na zlecenie Muzeum Ziemiaństwa w Dobrzycy. Dla tej samej instytucji mam również stworzyć autorską wizję fotografii grobowców dawnych ziemian oraz kalendarz na 2012 pokazujący piękno parku w Dobrzycy. Prawdopodobnie zapiszę się w dziejach Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, ponieważ z okazji 400-lecia tej uczelni mam uwiecznić pracowników i studentów w miejscach, w których pracują i uczą się. To jeszcze nie jest pewne, ale propozycja przyszła z ich strony. Bardzo bym chciał, żeby to wypaliło... W końcu, to moja uczelnia, która ukształtowała moją umysłowość.
Wystawa i książka Andrzeja Jerzego Lecha - zostały przesunięte na jesień 2011, w maju Andrzej ma w Łodzi retrospektywę... Następnym - po Konopce i Lechu - fotografem, który stworzy swoją wizję Wrześni będzie Mariusz Forecki. W przyszłym tygodniu ma przyjechać do naszego miasta na rekonesans. Ma bardzo ciekawą koncepcję, ale... to na razie tajemnica! Bardzo się cieszę, że tym razem będzie to fotoreporter. Kolekcja Wrzesińska powinna być różnorodna.
Nadal czekamy na rozstrzygnięcie konkursu na finansowe wsparcie ministerialne czasopism, ciekawe czy i ile w tym roku nam dadzą na KF... Od wielu miesięcy rozmyślam nad tzw. „koncepcją pisma”. Ola zwozi mi od czasu do czasu różne zagraniczne wydawnictwa, czasem bardzo awangardowe. Zauważyłem, że aktualnie bardzo popularne są czasopisma, które obywają się bez słów, jest w nich tylko sam obraz, a jedynymi słowami są tylko podpisy pod zdjęciami (tytuły, jeśli fotografie mają tytuły) oraz nazwisko autora. Taka perspektywa jest pociągająca, bo przecież sięgamy po pisma fotograficzne, lub szerzej - po pisma traktujące o sztukach wizualnych - przede wszystkim po to, aby zapoznać się z tym, co się dzieje, co robią inni. Bardziej niż czytać, chcemy oglądać. Czyż nie? Ale z drugiej strony, takie czysto obrazkowe pisma (pomińmy wątek, że to uwstecznienie ludzkości!), przekartkowujemy w ciągu 10-15 minut i odkładamy na półkę. Często zresztą jest tak, że - jeśli coś wpadnie nam w oko - chcemy wiedzieć więcej o: autorze, o jego poglądach na fotografię, na życie, o tym jak doszło do powstania danego cyklu, jak dana twórczość sytuuje się na mapie współczesnej fotografii, a nawet o technice wykonania, jeśli jest jest ona wartością samą w sobie. Itd. Słowo zatem, tekst krytyczny - nie tylko, że nie szkodzą fotografii, to jej odbiór mogą uczynić pełniejszym. Z tego właśnie powodu, tak długo jak będę naczelnym KF, pismo to nie zrezygnuje nigdy ze słowa, ważne tylko, żeby to było słowo sensowne z jednej strony, a z drugiej - aby pismo nie było przegadane, aby teksty nie zdominowały fotografii. Myślę, że w tej chwili jest w miarę dobrze, tzn. zachowujemy prawidłowe proporcje między jednym i drugim.
A tak na marginesie - jak Państwo znajdujecie nowość w KF, a mianowicie obecność tematu przewodniego, czyli Śmierci? Czy Waszym zdaniem to dobry kierunek, aby każdy numer miał jakiś temat dominujący realizowany na wiele sposobów, składający się z kilku artykułów? Nieważne teraz jaki miałby to być temat. Wiem, że nie może być tak, że cały numer poświęcony jest tylko jednemu tematowi, bo wówczas tracimy Czytelników, którym akurat ten temat „nie pasuje”. Prosimy o opinie, są one dla nas bardzo ważne.
P. B. Słota zaproponowała mi spłatę w ratach, na co przystałem, pod jednym warunkiem: że jednocześnie wycofa sprawę cywilną przeciwko mnie o rzekome naruszenie jej dóbr osobistych moim wpisem na tym blogu. Tego warunku nie przyjęła, więc - nolens volens - walczymy dalej. Egzekucję długu powierzyłem komornikowi.
To tyle na temat tej przykrej sprawy.
Są jednak na szczęście przyjemniejsze sprawy, a mianowicie FOTOGRAFIA! Obecnie kontynuuję cykl „Topografia niepamięci”, czyli dokumentalny zapis dzisiejszego stanu dawnych siedzib ziemiańskich w Wielkopolsce, tym razem robię to z inspiracji i na zlecenie Muzeum Ziemiaństwa w Dobrzycy. Dla tej samej instytucji mam również stworzyć autorską wizję fotografii grobowców dawnych ziemian oraz kalendarz na 2012 pokazujący piękno parku w Dobrzycy. Prawdopodobnie zapiszę się w dziejach Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, ponieważ z okazji 400-lecia tej uczelni mam uwiecznić pracowników i studentów w miejscach, w których pracują i uczą się. To jeszcze nie jest pewne, ale propozycja przyszła z ich strony. Bardzo bym chciał, żeby to wypaliło... W końcu, to moja uczelnia, która ukształtowała moją umysłowość.
Wystawa i książka Andrzeja Jerzego Lecha - zostały przesunięte na jesień 2011, w maju Andrzej ma w Łodzi retrospektywę... Następnym - po Konopce i Lechu - fotografem, który stworzy swoją wizję Wrześni będzie Mariusz Forecki. W przyszłym tygodniu ma przyjechać do naszego miasta na rekonesans. Ma bardzo ciekawą koncepcję, ale... to na razie tajemnica! Bardzo się cieszę, że tym razem będzie to fotoreporter. Kolekcja Wrzesińska powinna być różnorodna.
Nadal czekamy na rozstrzygnięcie konkursu na finansowe wsparcie ministerialne czasopism, ciekawe czy i ile w tym roku nam dadzą na KF... Od wielu miesięcy rozmyślam nad tzw. „koncepcją pisma”. Ola zwozi mi od czasu do czasu różne zagraniczne wydawnictwa, czasem bardzo awangardowe. Zauważyłem, że aktualnie bardzo popularne są czasopisma, które obywają się bez słów, jest w nich tylko sam obraz, a jedynymi słowami są tylko podpisy pod zdjęciami (tytuły, jeśli fotografie mają tytuły) oraz nazwisko autora. Taka perspektywa jest pociągająca, bo przecież sięgamy po pisma fotograficzne, lub szerzej - po pisma traktujące o sztukach wizualnych - przede wszystkim po to, aby zapoznać się z tym, co się dzieje, co robią inni. Bardziej niż czytać, chcemy oglądać. Czyż nie? Ale z drugiej strony, takie czysto obrazkowe pisma (pomińmy wątek, że to uwstecznienie ludzkości!), przekartkowujemy w ciągu 10-15 minut i odkładamy na półkę. Często zresztą jest tak, że - jeśli coś wpadnie nam w oko - chcemy wiedzieć więcej o: autorze, o jego poglądach na fotografię, na życie, o tym jak doszło do powstania danego cyklu, jak dana twórczość sytuuje się na mapie współczesnej fotografii, a nawet o technice wykonania, jeśli jest jest ona wartością samą w sobie. Itd. Słowo zatem, tekst krytyczny - nie tylko, że nie szkodzą fotografii, to jej odbiór mogą uczynić pełniejszym. Z tego właśnie powodu, tak długo jak będę naczelnym KF, pismo to nie zrezygnuje nigdy ze słowa, ważne tylko, żeby to było słowo sensowne z jednej strony, a z drugiej - aby pismo nie było przegadane, aby teksty nie zdominowały fotografii. Myślę, że w tej chwili jest w miarę dobrze, tzn. zachowujemy prawidłowe proporcje między jednym i drugim.
A tak na marginesie - jak Państwo znajdujecie nowość w KF, a mianowicie obecność tematu przewodniego, czyli Śmierci? Czy Waszym zdaniem to dobry kierunek, aby każdy numer miał jakiś temat dominujący realizowany na wiele sposobów, składający się z kilku artykułów? Nieważne teraz jaki miałby to być temat. Wiem, że nie może być tak, że cały numer poświęcony jest tylko jednemu tematowi, bo wówczas tracimy Czytelników, którym akurat ten temat „nie pasuje”. Prosimy o opinie, są one dla nas bardzo ważne.
niedziela, 9 stycznia 2011
Oglądanie albumów fotograficznych... bezcenne! KF-u też
Pod choinką w tym roku znalazłem The Photobook: A History, Martina Parra i Gerry Badgera. To wspaniałe dwutomowe wydawnictwo Phaidona prezentuje albumy fotograficzne z kolekcji Parra - od najwcześniejszych, jeszcze XIX-wiecznych, po albumy wydane po 2000 roku. Lektura to przepyszna i inspirująca, zwłaszcza dla kogoś takiego, jak ja, czyli dla wydawcy.
Wertując kartki tego monumentalnego dzieła stwierdzam z pełnym przekonaniem, że kiedyś przykładano większą wagę do formy prezentacji fotografii w druku. Co zadziwiające - ówcześni twórczy i projektanci książek nie mieli takich możliwości technicznych jakie mamy teraz. A jednak, potrafili wyczarowywać prawdziwe cudeńka. Być może wiązało się to z wolniejszym tempem życia, być może z większym szacunkiem dla Czytelnika i fotografa, a być może powód był trywialnie prosty - przy małej podaży książek ilustrowanych istniał ogromny popyt na tego typu towary, więc starano się je dostarczyć wygłodniałej publiczności w jak najpiękniejszej postaci. No tak, powie ktoś - ale łatwiej i taniej było wyprodukować coś mniej wyszukanego, a nabywca i tak by się znalazł. Nie wiem, jak to wtedy było. Wiem jedynie, że wówczas nawet zwykłe stodoły, czy głupie grzebienie posiadały piękną formę. Były to po prostu piękne czasy...
A 35 numer „Kwartalnika Fotografia” już w sprzedaży, trafił tam jeszcze w starym roku, żeby znaleźć się na inwenturze „za stary rok” sprzedawców, bo tylko czasopisma i książki z zerową stawką VAT, które dystrybutorzy otrzymali w starym roku można w „okresie przejściowym”, czyli w styczniu i lutym 2011, sprzedawać nadal z zerową stawką VAT. Jak wszyscy wiemy, od 1 stycznia 2011 na książki i czasopisma specjalistyczne nałożono VAT. 1 marca zatem nie będzie już w sprzedaży „Kwartalnika”, musi być wycofany z półek księgarń. Unia tak kazała polskiemu rządowi. I tyle.
Znowu złożyliśmy, jeszcze w listopadzie, wniosek o dofinansowanie wydawania KF w 2011. Nie wiemy jeszcze, czy nam coś skapnie, czy nie, ale najpierw musimy rozliczyć dotację, jaką otrzymaliśmy na 2010. A nie będzie łatwo rozliczyć, ponieważ zasady, według których to się odbywa są dla wydawców bardzo surowe. Wydaje się, że powinno być tak: pokażcie rachunki, czy wydaliście forsę na to, na co wam daliśmy. To niestety nie wystarczy. Urzędnicy są tacy „szprytni”, że po pierwsze - to, co dali to kwoty brutto, więc trzeba im oddać VAT; po drugie - trzeba im oddać odsetki bankowe, jakie urosły na specjalnym koncie (kazali założyć), gdzie wolno było trzymać forsę z dotacji; po trzecie - aby rozliczyć dotację trzeba jeszcze wyspowiadać się co do grosza z innych wydatków związanych z „realizacją zadania”, bowiem oni dali, tak jest w naszym przypadku, 18,7% całości, jakie we wniosku deklarowaliśmy, że wydamy, więc oni muszą to sprawdzić. Jeśli np. byliśmy oszczędni (biedny musi być oszczędny) i wydaliśmy mniej, bo np. udało nam się pozyskać jakiś materiał za darmo lub np. mniej wydaliśmy na promocję pisma, to wówczas oni nam wszystko podsumują i powiedzą - oddajcie nam część dotacji, bo całość zadania była tańsza... Nieważne, że wydaliśmy pieniądze zgodnie z przeznaczeniem, całość była tańsza, więc sorry - oddawać. Ważne są procenty. One są święte i nietykalne...
A ile z tym wszystkim jest papierkowej roboty... i na etapie wniosku i na etapie rozliczenia... odechciewa się wszystkiego. Wydawnictwo Kropka to malutkie wydawnictwo, które nie ma ludzi tylko do tego celu, wszystko na dobrą sprawę robimy sami, czyli Ola i ja, z pomocą mojej żony i księgowych. Ale często też nie wiemy co wpisać w jakąś rubryczkę, czy w jakiś wymyślny formularz. Mówię Wam, Kochani Czytelnicy, wszystkiego się odechciewa...
Wertując kartki tego monumentalnego dzieła stwierdzam z pełnym przekonaniem, że kiedyś przykładano większą wagę do formy prezentacji fotografii w druku. Co zadziwiające - ówcześni twórczy i projektanci książek nie mieli takich możliwości technicznych jakie mamy teraz. A jednak, potrafili wyczarowywać prawdziwe cudeńka. Być może wiązało się to z wolniejszym tempem życia, być może z większym szacunkiem dla Czytelnika i fotografa, a być może powód był trywialnie prosty - przy małej podaży książek ilustrowanych istniał ogromny popyt na tego typu towary, więc starano się je dostarczyć wygłodniałej publiczności w jak najpiękniejszej postaci. No tak, powie ktoś - ale łatwiej i taniej było wyprodukować coś mniej wyszukanego, a nabywca i tak by się znalazł. Nie wiem, jak to wtedy było. Wiem jedynie, że wówczas nawet zwykłe stodoły, czy głupie grzebienie posiadały piękną formę. Były to po prostu piękne czasy...
A 35 numer „Kwartalnika Fotografia” już w sprzedaży, trafił tam jeszcze w starym roku, żeby znaleźć się na inwenturze „za stary rok” sprzedawców, bo tylko czasopisma i książki z zerową stawką VAT, które dystrybutorzy otrzymali w starym roku można w „okresie przejściowym”, czyli w styczniu i lutym 2011, sprzedawać nadal z zerową stawką VAT. Jak wszyscy wiemy, od 1 stycznia 2011 na książki i czasopisma specjalistyczne nałożono VAT. 1 marca zatem nie będzie już w sprzedaży „Kwartalnika”, musi być wycofany z półek księgarń. Unia tak kazała polskiemu rządowi. I tyle.
Znowu złożyliśmy, jeszcze w listopadzie, wniosek o dofinansowanie wydawania KF w 2011. Nie wiemy jeszcze, czy nam coś skapnie, czy nie, ale najpierw musimy rozliczyć dotację, jaką otrzymaliśmy na 2010. A nie będzie łatwo rozliczyć, ponieważ zasady, według których to się odbywa są dla wydawców bardzo surowe. Wydaje się, że powinno być tak: pokażcie rachunki, czy wydaliście forsę na to, na co wam daliśmy. To niestety nie wystarczy. Urzędnicy są tacy „szprytni”, że po pierwsze - to, co dali to kwoty brutto, więc trzeba im oddać VAT; po drugie - trzeba im oddać odsetki bankowe, jakie urosły na specjalnym koncie (kazali założyć), gdzie wolno było trzymać forsę z dotacji; po trzecie - aby rozliczyć dotację trzeba jeszcze wyspowiadać się co do grosza z innych wydatków związanych z „realizacją zadania”, bowiem oni dali, tak jest w naszym przypadku, 18,7% całości, jakie we wniosku deklarowaliśmy, że wydamy, więc oni muszą to sprawdzić. Jeśli np. byliśmy oszczędni (biedny musi być oszczędny) i wydaliśmy mniej, bo np. udało nam się pozyskać jakiś materiał za darmo lub np. mniej wydaliśmy na promocję pisma, to wówczas oni nam wszystko podsumują i powiedzą - oddajcie nam część dotacji, bo całość zadania była tańsza... Nieważne, że wydaliśmy pieniądze zgodnie z przeznaczeniem, całość była tańsza, więc sorry - oddawać. Ważne są procenty. One są święte i nietykalne...
A ile z tym wszystkim jest papierkowej roboty... i na etapie wniosku i na etapie rozliczenia... odechciewa się wszystkiego. Wydawnictwo Kropka to malutkie wydawnictwo, które nie ma ludzi tylko do tego celu, wszystko na dobrą sprawę robimy sami, czyli Ola i ja, z pomocą mojej żony i księgowych. Ale często też nie wiemy co wpisać w jakąś rubryczkę, czy w jakiś wymyślny formularz. Mówię Wam, Kochani Czytelnicy, wszystkiego się odechciewa...
wtorek, 7 grudnia 2010
Ostatnie dni przygotowań do składu następnego numeru KF (35)
Najnowszy numer „Kwartalnika Fotografia” będzie nieco inny niż dotychczasowe, a to przede wszystkim dzięki temu, że będzie miał pewien temat przewodni, realizowany kilkoma artykułami. Oprócz tego Czytelnik znajdzie w nim wszystkie znane już wcześniej rubryki stałe, takie jak prezentacje twórczości paru autorów, sprawozdania z festiwali fotograficznych, recenzje książek i albumów fotograficznych, a także Portfolio młodych i kronika wydarzeń. Nie zdradzę na razie co jest tematem przewodnim, bo ma to być niespodzianka pod choinkę - zapewniam, że będzie co oglądać i co czytać. Będzie też - na płycie DVD obszerna prezentacja „Kwartalnika Fotografia”, która oprócz podstawowych informacji o piśmie przypomni już ponad 10-letnią jego historię.
Jutro zaczynamy skład, a w empikach KF powinien pojawić się jeszcze przed świętami, w najgorszym razie między świętami a Nowym Rokiem. Pośpiech wynika m.in. z nowych przepisów o VAT, które od lutego kończą możliwość stosowania zerowej stawki VAT na czasopisma specjalistyczne. W związku z tym ze sprzedaży będą wycofywane w lutym wszystkie czasopisma z zerową stawką. Takie niestety są realia. Okres przejściowy kończy się, zdaje się, z końcem lutego i wtedy nr 35 zniknie z punktów sprzedaży. Nr 36 „Fotografii” powinien zatem ukazać się na początku marca... Kiedy my to wszystko zrobimy?
Jutro zaczynamy skład, a w empikach KF powinien pojawić się jeszcze przed świętami, w najgorszym razie między świętami a Nowym Rokiem. Pośpiech wynika m.in. z nowych przepisów o VAT, które od lutego kończą możliwość stosowania zerowej stawki VAT na czasopisma specjalistyczne. W związku z tym ze sprzedaży będą wycofywane w lutym wszystkie czasopisma z zerową stawką. Takie niestety są realia. Okres przejściowy kończy się, zdaje się, z końcem lutego i wtedy nr 35 zniknie z punktów sprzedaży. Nr 36 „Fotografii” powinien zatem ukazać się na początku marca... Kiedy my to wszystko zrobimy?
sobota, 27 listopada 2010
Andrzej odleciał
W czwartek rano na lotnisku Ławica w Poznaniu pożegnałem Andrzeja Jerzego Lecha. Był we Wrześni od chyba 6 października, dwukrotnie przedłużył pobyt o tydzień, więc ostatecznie nazbierało się tego czasu na fotografowanie Wrześni i jej mieszkańców ponad dwa miesiące. Liczę łącznie z prawie trzema tygodniami w maju.
Andrzej wyjechał niezwykle wyczerpany, zwłaszcza psychicznie. Zdaję sobie sprawę - a on o tym mówił wiele razy - jak męczące musiało być dla niego prawie codzienne fotografowanie mniej lub bardziej licznych grup ludzkich. To wielka odpowiedzialność - przed „zdejmowanymi” osobami - żeby wszystko wyszło jak należy. Zdjęcie domu, czy zaułka zawsze można powtórzyć, a zdjęcia 420 biegaczy już nie.
Teraz czeka go nie mniej wyczerpujący etap - wywołanie dwustu negatywów! Każdy osobno, każdy w kuwecie w zupełnej ciemności przez 66 minut (samo wywoływanie, nie licząc przerywania i utrwalania, a potem płukania i suszenia). Jakby na to nie patrzeć wychodzi około 300 godzin „czystej gry”. A potem odbitki - każda wywołana, odbielona, tonowana w tonerze, a potem w herbacie „Ulung”, znowu płukana, wreszcie suszona na sznurku prawie do całkowitej suchości, aby ostatecznie trafić do prasy, która sprawi, że odbitka będzie całkowicie płaska. Benedyktyńska robota... No tak, my analogowi fotografowie tak już mamy...
A potem do pracy przystąpimy my, Wydawnictwo Kropka - mamy wydać książkę, która będzie zawierała najlepsze zdjęcia projektu, czyli... wszystkie fotografie, wszystkich grup. Nie można przecież sprawić zawodu komukolwiek. Książka ma być gotowa na maj 2011, kiedy we Wrześni odbędzie się wystawa Kolekcji Wrzesińskiej Lecha. Wtedy też w Galerii FF w Łodzi w czasie, kiedy będzie odbywał się kolejny Fotofestiwal, zostanie otwarta wystawa retrospektywna Andrzeja Jerzego Lecha. Kuratorem tego pokazu (140 fotografii!) jest Krzysztof Jurecki. Zapowiada się więc w maju mały festiwal Lecha. Rezerwujcie sobie czas!
Andrzej wyjechał niezwykle wyczerpany, zwłaszcza psychicznie. Zdaję sobie sprawę - a on o tym mówił wiele razy - jak męczące musiało być dla niego prawie codzienne fotografowanie mniej lub bardziej licznych grup ludzkich. To wielka odpowiedzialność - przed „zdejmowanymi” osobami - żeby wszystko wyszło jak należy. Zdjęcie domu, czy zaułka zawsze można powtórzyć, a zdjęcia 420 biegaczy już nie.
Teraz czeka go nie mniej wyczerpujący etap - wywołanie dwustu negatywów! Każdy osobno, każdy w kuwecie w zupełnej ciemności przez 66 minut (samo wywoływanie, nie licząc przerywania i utrwalania, a potem płukania i suszenia). Jakby na to nie patrzeć wychodzi około 300 godzin „czystej gry”. A potem odbitki - każda wywołana, odbielona, tonowana w tonerze, a potem w herbacie „Ulung”, znowu płukana, wreszcie suszona na sznurku prawie do całkowitej suchości, aby ostatecznie trafić do prasy, która sprawi, że odbitka będzie całkowicie płaska. Benedyktyńska robota... No tak, my analogowi fotografowie tak już mamy...
A potem do pracy przystąpimy my, Wydawnictwo Kropka - mamy wydać książkę, która będzie zawierała najlepsze zdjęcia projektu, czyli... wszystkie fotografie, wszystkich grup. Nie można przecież sprawić zawodu komukolwiek. Książka ma być gotowa na maj 2011, kiedy we Wrześni odbędzie się wystawa Kolekcji Wrzesińskiej Lecha. Wtedy też w Galerii FF w Łodzi w czasie, kiedy będzie odbywał się kolejny Fotofestiwal, zostanie otwarta wystawa retrospektywna Andrzeja Jerzego Lecha. Kuratorem tego pokazu (140 fotografii!) jest Krzysztof Jurecki. Zapowiada się więc w maju mały festiwal Lecha. Rezerwujcie sobie czas!
poniedziałek, 8 listopada 2010
Transfotografia w Gdańsku i Festiwal Fotodokumentu w Poznaniu
W piątek w Gdańsku wiele godzin spędziłem przeglądając wraz z autorami portfolia. Było to interesujące przeżycie, a w paru przypadkach spotkanie z bardzo interesującą twórczością i bardzo ciekawymi osobowościami. Cieszę się z tych spotkań. Mam nadzieję, że moje uwagi na coś im się przydadzą, chociaż w każdym przypadku zastrzegałem, że to tylko moje subiektywne widzenie ich twórczości i żeby za bardzo nie przejmowali się tym, co mówię.
Niektóre rzeczy postaram się pokazać w KF-ie, ale teraz nie powiem jeszcze kogo, zresztą czekam na CD z niektórymi pracami. Jeszcze raz powtarzam: było to bardzo interesujące przeżycie, budujące dla mnie w tym sensie, że ponownie przekonałem się, że jest tak wielu młodych zdolnych. I ogromnie zaangażowanych, mających wręcz fioła na punkcie fotografii. Czerpiących wielką przyjemność. Wielu z nich ma przy tym rozległą wiedzę fotograficzną i znajomość twórczości wielu fotografów.
Cieszę się również z nowo poznanych „towarzyszy w fotografii”: Leszka J. Pękalskiego, Pawła Olearki, Michała Szlagi, Oli Księżopolskiej oraz Kuby oraz dwóch Francuzów z Lille, którzy pokazali fotografie z Islandii...
Po siedmiu godzinach, zmęczony, ale szczęśliwy wgramoliłem się do auta i przez noc pojechałem do domu. Nazajutrz, prawie od razu po przebudzeniu znowu auto i Poznań - dzień fotocastu na Fotodokumencie. Kolejne przeżycia, kolejne wzruszenia - znowu kontakt z dobrą fotografią, znowu spotkania i dyskusje - bierne (słuchanie dyskusji, jakie Witek Krassowski prowadził z autorami) i czynne (z Moniką Piotrowską, Mariuszem Foreckim i innymi). No i spotkanie po latach z Saszą Czekmieniewem...
Powrót do domu późnym wieczorkiem... sen.
A dzisiaj, w PF-ie pierwsza wystawa Witka Kanickiego jako kuratora. Magda Hueckel - zbieram siły, chcę jechać, ale czy sił wystarczy? Oprócz tego, ostatnie rozmowy z Dobrzycą o kalendarzu, ostatnie akceptacje i... druk. No i niekończące się rozmowy z kandydatami na radnych, burmistrzów, wójtów... nawet wypić nie ma kiedy... a tak już by się chciało, nie mówiąc o tych „innych sprawach”.
Niektóre rzeczy postaram się pokazać w KF-ie, ale teraz nie powiem jeszcze kogo, zresztą czekam na CD z niektórymi pracami. Jeszcze raz powtarzam: było to bardzo interesujące przeżycie, budujące dla mnie w tym sensie, że ponownie przekonałem się, że jest tak wielu młodych zdolnych. I ogromnie zaangażowanych, mających wręcz fioła na punkcie fotografii. Czerpiących wielką przyjemność. Wielu z nich ma przy tym rozległą wiedzę fotograficzną i znajomość twórczości wielu fotografów.
Cieszę się również z nowo poznanych „towarzyszy w fotografii”: Leszka J. Pękalskiego, Pawła Olearki, Michała Szlagi, Oli Księżopolskiej oraz Kuby oraz dwóch Francuzów z Lille, którzy pokazali fotografie z Islandii...
Po siedmiu godzinach, zmęczony, ale szczęśliwy wgramoliłem się do auta i przez noc pojechałem do domu. Nazajutrz, prawie od razu po przebudzeniu znowu auto i Poznań - dzień fotocastu na Fotodokumencie. Kolejne przeżycia, kolejne wzruszenia - znowu kontakt z dobrą fotografią, znowu spotkania i dyskusje - bierne (słuchanie dyskusji, jakie Witek Krassowski prowadził z autorami) i czynne (z Moniką Piotrowską, Mariuszem Foreckim i innymi). No i spotkanie po latach z Saszą Czekmieniewem...
Powrót do domu późnym wieczorkiem... sen.
A dzisiaj, w PF-ie pierwsza wystawa Witka Kanickiego jako kuratora. Magda Hueckel - zbieram siły, chcę jechać, ale czy sił wystarczy? Oprócz tego, ostatnie rozmowy z Dobrzycą o kalendarzu, ostatnie akceptacje i... druk. No i niekończące się rozmowy z kandydatami na radnych, burmistrzów, wójtów... nawet wypić nie ma kiedy... a tak już by się chciało, nie mówiąc o tych „innych sprawach”.
Subskrybuj:
Posty (Atom)