Nad odpowiedzią na to pytanie zacząłem zastanawiać się niedawno, ponieważ ostatnio do redakcji KF wydawcy nadesłali do recenzji kilka książek poradnikowych, z którymi mam kłopot, nie wiem, co z nimi począć. Wszystkie napisali jacyś „światowej sławy” fotografowie, których nie znam oraz inni „eksperci”. Jeden radzi jak „poprawnie” sfotografować dzieci, podróż nad Lazurowe Wybrzeże, inny chmury i drzewa, a już „prawdziwi” zawodowcy zdradzają sekrety zdejmowania aktów z kobiet (rzadziej - z mężczyzn). Każdej poradzie towarzyszą oczywiście jako ilustracje dzieła Mistrza lub rysunek instruktażowy - typu jak w studio ustawić tło, lampę i kamerę, aby wyszło pięknie.
Patrzę na te książki, nawet czytam fragmenty i myślę sobie - komu to wszystko potrzebne? Czy nauczy się z nich czegoś beztalencie? No bo jak ktoś ma talent, to przecież sobie poradzi bez tych wszystkich podpowiedzi, natomiast jak bozia talentu nie dała, to szkoda czasu na mozolne przerabianie materiału! Po co komu „podnoszenie poziomu”? Czy „średniego poziomu amatorstwa w Polsce”? Czemu to ma służyć? Studiowanie tych wszystkich poradników nie pomoże nikomu. No i pieniędzy żal - lepiej wydać książkę prezentującą interesującą twórczość niż porady, to o wiele bardziej inspirujące!
poniedziałek, 28 marca 2011
wtorek, 15 marca 2011
Nowy numer KF - maj/czerwiec
Po burzliwej naradzie postanowiliśmy, że następny numer „Kwartalnika Fotografia” ukaże się na przełomie maja i czerwca. Będzie zawierał m.in. świeżutkie omówienia Fotofestiwalu w Łodzi, Miesiąca Fotografii w Krakowie oraz innych polskich i zagranicznych wydarzeń. Będzie też jak zwykle, kilka prezentacji i omówień twórczości świetnych fotografów.
poniedziałek, 7 marca 2011
Ani złotówki na „Kwartalnik Fotografia” od Ministerstwa
Na liście czasopism dofinansowanych w 2011 przez Ministerstwo Kultury nie ma KF-u. Wyniki są takie:
pozytywnie rozpatrzono wnioski 47 czasopism, negatywnie 89 (uzyskały za mało punktów, KF np. uzbierał tych punktów 70, a potrzeba było 77), a z powodu błędów formalnych odrzucono 16 próśb. Jestem w tej chwili mocno wzburzony, dlatego mocno pilnuję się, żeby nie palnąć czegoś za co będę musiał tłumaczyć się przed sądem powszechnym. Mamy teraz takie czasy, że wszyscy stali się bardzo obrażalscy...
Pierwszym impulsem, jest machnięcie ręką i stwierdzenie - zamykam KF! Nie jest potrzebny, przynajmniej tak uważają ministerialni eksperci. No trudno, pewnie mają rację. Jedenasty rok istnienia, setki tysięcy wpompowane w tytuł i co, tyle pracy - autorów, mojej córki, mojej. Na złotówki tej pracy się nie przełoży. Ile lat jeszcze potrzeba, żeby w końcu powiedzieć - dość? Co jeszcze musi się zdarzyć, żeby tak postanowić?
Zupełnie poważnie - nie wiem jeszcze co będzie...
pozytywnie rozpatrzono wnioski 47 czasopism, negatywnie 89 (uzyskały za mało punktów, KF np. uzbierał tych punktów 70, a potrzeba było 77), a z powodu błędów formalnych odrzucono 16 próśb. Jestem w tej chwili mocno wzburzony, dlatego mocno pilnuję się, żeby nie palnąć czegoś za co będę musiał tłumaczyć się przed sądem powszechnym. Mamy teraz takie czasy, że wszyscy stali się bardzo obrażalscy...
Pierwszym impulsem, jest machnięcie ręką i stwierdzenie - zamykam KF! Nie jest potrzebny, przynajmniej tak uważają ministerialni eksperci. No trudno, pewnie mają rację. Jedenasty rok istnienia, setki tysięcy wpompowane w tytuł i co, tyle pracy - autorów, mojej córki, mojej. Na złotówki tej pracy się nie przełoży. Ile lat jeszcze potrzeba, żeby w końcu powiedzieć - dość? Co jeszcze musi się zdarzyć, żeby tak postanowić?
Zupełnie poważnie - nie wiem jeszcze co będzie...
niedziela, 20 lutego 2011
Zostałem zapłodniony - ciekawe co urodzę...
Po rozmowie na Skype z Andrzejem Jerzym Lechem (który ma sporo wiedzy też o drukowaniu cyfrowym), a także po głębokim namyśle i po ponownym obejrzeniu mojej analogowej kolekcji fotografii (zdjęcia własne i cudze, z kraju i zagranicy) - już wiem: jestem w błogosławionym stanie. Jestem i pozostanę przy procesie klasycznym! Negatyw, ciemnia, odbitki, suszenie, oprawianie - wszystko własnymi rączkami; moje zdjęcia mają być moje w pełni, energia, którą w nie wkładam musi udzielić się innym.
Gdybym wydruki powierzał urządzeniu, a może nie daj boże jakiemuś anonimowemu laborantowi, to przecież odbitka nie byłaby moim dzieckiem! Byłaby w najlepszym przypadku mniej lub bardziej podobnym pasierbem. Oryginałem w pełni tego słowa znaczeniu jest tylko odbitka autorska, która „zawiera” nie tylko pomysł i optymalne naświetlenie, ale również - pracę. Dość żmudną, a czasem niezdrową i pełną niedoskonałości (które trzeba ze wszystkich sił minimalizować!), ale za to dającą nieopisaną rozkosz, kiedy coś wyjdzie tak jak chcemy. Nie, tego nie dam się pozbawić.
Nie kupuję drukarki.
Poza tym, dzięki temu, że w zasadzie prawie cały fotograficzny świat jest już cyfrowy, ceny vintage print idą w górę! Będę bogaty, a jak nie ja to moi spadkobiercy, hi, hi. Chyba, że to co robię jest zupełnie bezwartościowe...
Koniec pisania - idę do ciemni, na 20-leciu „Pałuk” w Żninie wykonałem wczoraj portret zbiorowy całej redakcji, która po brzegi wypełniła scenę domu kultury... Moja klasyczna odbitka (negatyw 5x7 cala) będzie prezentem dla zaprzyjaźnionej redakcji...
Gdybym wydruki powierzał urządzeniu, a może nie daj boże jakiemuś anonimowemu laborantowi, to przecież odbitka nie byłaby moim dzieckiem! Byłaby w najlepszym przypadku mniej lub bardziej podobnym pasierbem. Oryginałem w pełni tego słowa znaczeniu jest tylko odbitka autorska, która „zawiera” nie tylko pomysł i optymalne naświetlenie, ale również - pracę. Dość żmudną, a czasem niezdrową i pełną niedoskonałości (które trzeba ze wszystkich sił minimalizować!), ale za to dającą nieopisaną rozkosz, kiedy coś wyjdzie tak jak chcemy. Nie, tego nie dam się pozbawić.
Nie kupuję drukarki.
Poza tym, dzięki temu, że w zasadzie prawie cały fotograficzny świat jest już cyfrowy, ceny vintage print idą w górę! Będę bogaty, a jak nie ja to moi spadkobiercy, hi, hi. Chyba, że to co robię jest zupełnie bezwartościowe...
Koniec pisania - idę do ciemni, na 20-leciu „Pałuk” w Żninie wykonałem wczoraj portret zbiorowy całej redakcji, która po brzegi wypełniła scenę domu kultury... Moja klasyczna odbitka (negatyw 5x7 cala) będzie prezentem dla zaprzyjaźnionej redakcji...
niedziela, 13 lutego 2011
Kupuję drukarkę - czy to koniec mojej fotografii?
Stało się, postanowiłem już. Kupuję epsona 3880 - będzie zalany tuszami do fotek czarno-białych, będzie tylko do mojej dyspozycji. Ta drukarka, jak wszyscy mówią, jest bardzo dobra i jest formatu A2, więc będę mógł drukować foty formatu 40x50 cm... wystarczy mi.
Nie znaczy to, że kończę z fotografią analogową. Wydruki to tylko wersja dla ubogich... dla tych, których nie stać na kupno moich barytów!
He, he... żartowałem. moich fotek i tak nikt nie kupuje. Bo też nawet ich do kupna nie oferuję. Bo nawet o tym nie myślę. To na pewno zmieni się za sto lat i moi zstępni (piękne słowo!) zarobią na moich fotkach wielkie pieniądze, ale póki co chcę mieć w miarę szybko przyjemność z oglądania na papierze moich zdjęć, a do tego potrzebna jest mi dobra drukarka.
Nadal będę uwieczniał świat na tradycyjnych negatywach, a następnie skanował je na skanerze bębnowym, czyścił z paprochów (poetycko zwanych czasem - syfami), a następnie przenosił na papier. Na końcu przy pomocy epsona będę drukował moje piękne obrazy na Hahnemuhle lub na innym cudownym nośniku.
Nadal też będę robił tradycyjne kopie na tradycyjnym papierze fotograficznym. Wydruki to łatwizna w porównaniu z ciemnią, chociaż - jak mówią znawcy - tak się tylko wydaje. To też jest trudne i, tak jak proces ciemniowy, wymaga swojej - standaryzacji. Zobaczymy.
Boje się, że po zakupie drukarki przyjdzie czas na kamerę cyfrową, bo prędzej czy później pomyślę: a po co negatyw?
W fotografii (a może nie tylko w niej?) technika i technologia ma znaczenie - liczy się nie tylko co, ale i jak? Ma to wpływ także na końcowy efekt.
Nie znaczy to, że kończę z fotografią analogową. Wydruki to tylko wersja dla ubogich... dla tych, których nie stać na kupno moich barytów!
He, he... żartowałem. moich fotek i tak nikt nie kupuje. Bo też nawet ich do kupna nie oferuję. Bo nawet o tym nie myślę. To na pewno zmieni się za sto lat i moi zstępni (piękne słowo!) zarobią na moich fotkach wielkie pieniądze, ale póki co chcę mieć w miarę szybko przyjemność z oglądania na papierze moich zdjęć, a do tego potrzebna jest mi dobra drukarka.
Nadal będę uwieczniał świat na tradycyjnych negatywach, a następnie skanował je na skanerze bębnowym, czyścił z paprochów (poetycko zwanych czasem - syfami), a następnie przenosił na papier. Na końcu przy pomocy epsona będę drukował moje piękne obrazy na Hahnemuhle lub na innym cudownym nośniku.
Nadal też będę robił tradycyjne kopie na tradycyjnym papierze fotograficznym. Wydruki to łatwizna w porównaniu z ciemnią, chociaż - jak mówią znawcy - tak się tylko wydaje. To też jest trudne i, tak jak proces ciemniowy, wymaga swojej - standaryzacji. Zobaczymy.
Boje się, że po zakupie drukarki przyjdzie czas na kamerę cyfrową, bo prędzej czy później pomyślę: a po co negatyw?
W fotografii (a może nie tylko w niej?) technika i technologia ma znaczenie - liczy się nie tylko co, ale i jak? Ma to wpływ także na końcowy efekt.
czwartek, 10 lutego 2011
Co słychać w sprawie o zapłatę za druk „Biuletynu Fotograficznego”?
Jak zapewne Czytelnicy mojego bloga wiedzą, od wielu, wielu miesięcy toczę z p. B. Słotą ze „Świata Obrazu” z Krakowa bój o zapłatę za druk „Biuletynu Fotograficznego Świat Obrazu”. Bój toczył się przede wszystkim w sądzie gospodarczym w Poznaniu. W pierwszej instancji przegrałem, ale na szczęście apelację wygrałem, a to kończy definitywnie proces. Na mocy prawomocnego już wyroku p. Słota jest mi aktualnie winna trochę ponad 20.000 zł, choć odsetki cały czas rosną...
P. B. Słota zaproponowała mi spłatę w ratach, na co przystałem, pod jednym warunkiem: że jednocześnie wycofa sprawę cywilną przeciwko mnie o rzekome naruszenie jej dóbr osobistych moim wpisem na tym blogu. Tego warunku nie przyjęła, więc - nolens volens - walczymy dalej. Egzekucję długu powierzyłem komornikowi.
To tyle na temat tej przykrej sprawy.
Są jednak na szczęście przyjemniejsze sprawy, a mianowicie FOTOGRAFIA! Obecnie kontynuuję cykl „Topografia niepamięci”, czyli dokumentalny zapis dzisiejszego stanu dawnych siedzib ziemiańskich w Wielkopolsce, tym razem robię to z inspiracji i na zlecenie Muzeum Ziemiaństwa w Dobrzycy. Dla tej samej instytucji mam również stworzyć autorską wizję fotografii grobowców dawnych ziemian oraz kalendarz na 2012 pokazujący piękno parku w Dobrzycy. Prawdopodobnie zapiszę się w dziejach Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, ponieważ z okazji 400-lecia tej uczelni mam uwiecznić pracowników i studentów w miejscach, w których pracują i uczą się. To jeszcze nie jest pewne, ale propozycja przyszła z ich strony. Bardzo bym chciał, żeby to wypaliło... W końcu, to moja uczelnia, która ukształtowała moją umysłowość.
Wystawa i książka Andrzeja Jerzego Lecha - zostały przesunięte na jesień 2011, w maju Andrzej ma w Łodzi retrospektywę... Następnym - po Konopce i Lechu - fotografem, który stworzy swoją wizję Wrześni będzie Mariusz Forecki. W przyszłym tygodniu ma przyjechać do naszego miasta na rekonesans. Ma bardzo ciekawą koncepcję, ale... to na razie tajemnica! Bardzo się cieszę, że tym razem będzie to fotoreporter. Kolekcja Wrzesińska powinna być różnorodna.
Nadal czekamy na rozstrzygnięcie konkursu na finansowe wsparcie ministerialne czasopism, ciekawe czy i ile w tym roku nam dadzą na KF... Od wielu miesięcy rozmyślam nad tzw. „koncepcją pisma”. Ola zwozi mi od czasu do czasu różne zagraniczne wydawnictwa, czasem bardzo awangardowe. Zauważyłem, że aktualnie bardzo popularne są czasopisma, które obywają się bez słów, jest w nich tylko sam obraz, a jedynymi słowami są tylko podpisy pod zdjęciami (tytuły, jeśli fotografie mają tytuły) oraz nazwisko autora. Taka perspektywa jest pociągająca, bo przecież sięgamy po pisma fotograficzne, lub szerzej - po pisma traktujące o sztukach wizualnych - przede wszystkim po to, aby zapoznać się z tym, co się dzieje, co robią inni. Bardziej niż czytać, chcemy oglądać. Czyż nie? Ale z drugiej strony, takie czysto obrazkowe pisma (pomińmy wątek, że to uwstecznienie ludzkości!), przekartkowujemy w ciągu 10-15 minut i odkładamy na półkę. Często zresztą jest tak, że - jeśli coś wpadnie nam w oko - chcemy wiedzieć więcej o: autorze, o jego poglądach na fotografię, na życie, o tym jak doszło do powstania danego cyklu, jak dana twórczość sytuuje się na mapie współczesnej fotografii, a nawet o technice wykonania, jeśli jest jest ona wartością samą w sobie. Itd. Słowo zatem, tekst krytyczny - nie tylko, że nie szkodzą fotografii, to jej odbiór mogą uczynić pełniejszym. Z tego właśnie powodu, tak długo jak będę naczelnym KF, pismo to nie zrezygnuje nigdy ze słowa, ważne tylko, żeby to było słowo sensowne z jednej strony, a z drugiej - aby pismo nie było przegadane, aby teksty nie zdominowały fotografii. Myślę, że w tej chwili jest w miarę dobrze, tzn. zachowujemy prawidłowe proporcje między jednym i drugim.
A tak na marginesie - jak Państwo znajdujecie nowość w KF, a mianowicie obecność tematu przewodniego, czyli Śmierci? Czy Waszym zdaniem to dobry kierunek, aby każdy numer miał jakiś temat dominujący realizowany na wiele sposobów, składający się z kilku artykułów? Nieważne teraz jaki miałby to być temat. Wiem, że nie może być tak, że cały numer poświęcony jest tylko jednemu tematowi, bo wówczas tracimy Czytelników, którym akurat ten temat „nie pasuje”. Prosimy o opinie, są one dla nas bardzo ważne.
P. B. Słota zaproponowała mi spłatę w ratach, na co przystałem, pod jednym warunkiem: że jednocześnie wycofa sprawę cywilną przeciwko mnie o rzekome naruszenie jej dóbr osobistych moim wpisem na tym blogu. Tego warunku nie przyjęła, więc - nolens volens - walczymy dalej. Egzekucję długu powierzyłem komornikowi.
To tyle na temat tej przykrej sprawy.
Są jednak na szczęście przyjemniejsze sprawy, a mianowicie FOTOGRAFIA! Obecnie kontynuuję cykl „Topografia niepamięci”, czyli dokumentalny zapis dzisiejszego stanu dawnych siedzib ziemiańskich w Wielkopolsce, tym razem robię to z inspiracji i na zlecenie Muzeum Ziemiaństwa w Dobrzycy. Dla tej samej instytucji mam również stworzyć autorską wizję fotografii grobowców dawnych ziemian oraz kalendarz na 2012 pokazujący piękno parku w Dobrzycy. Prawdopodobnie zapiszę się w dziejach Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, ponieważ z okazji 400-lecia tej uczelni mam uwiecznić pracowników i studentów w miejscach, w których pracują i uczą się. To jeszcze nie jest pewne, ale propozycja przyszła z ich strony. Bardzo bym chciał, żeby to wypaliło... W końcu, to moja uczelnia, która ukształtowała moją umysłowość.
Wystawa i książka Andrzeja Jerzego Lecha - zostały przesunięte na jesień 2011, w maju Andrzej ma w Łodzi retrospektywę... Następnym - po Konopce i Lechu - fotografem, który stworzy swoją wizję Wrześni będzie Mariusz Forecki. W przyszłym tygodniu ma przyjechać do naszego miasta na rekonesans. Ma bardzo ciekawą koncepcję, ale... to na razie tajemnica! Bardzo się cieszę, że tym razem będzie to fotoreporter. Kolekcja Wrzesińska powinna być różnorodna.
Nadal czekamy na rozstrzygnięcie konkursu na finansowe wsparcie ministerialne czasopism, ciekawe czy i ile w tym roku nam dadzą na KF... Od wielu miesięcy rozmyślam nad tzw. „koncepcją pisma”. Ola zwozi mi od czasu do czasu różne zagraniczne wydawnictwa, czasem bardzo awangardowe. Zauważyłem, że aktualnie bardzo popularne są czasopisma, które obywają się bez słów, jest w nich tylko sam obraz, a jedynymi słowami są tylko podpisy pod zdjęciami (tytuły, jeśli fotografie mają tytuły) oraz nazwisko autora. Taka perspektywa jest pociągająca, bo przecież sięgamy po pisma fotograficzne, lub szerzej - po pisma traktujące o sztukach wizualnych - przede wszystkim po to, aby zapoznać się z tym, co się dzieje, co robią inni. Bardziej niż czytać, chcemy oglądać. Czyż nie? Ale z drugiej strony, takie czysto obrazkowe pisma (pomińmy wątek, że to uwstecznienie ludzkości!), przekartkowujemy w ciągu 10-15 minut i odkładamy na półkę. Często zresztą jest tak, że - jeśli coś wpadnie nam w oko - chcemy wiedzieć więcej o: autorze, o jego poglądach na fotografię, na życie, o tym jak doszło do powstania danego cyklu, jak dana twórczość sytuuje się na mapie współczesnej fotografii, a nawet o technice wykonania, jeśli jest jest ona wartością samą w sobie. Itd. Słowo zatem, tekst krytyczny - nie tylko, że nie szkodzą fotografii, to jej odbiór mogą uczynić pełniejszym. Z tego właśnie powodu, tak długo jak będę naczelnym KF, pismo to nie zrezygnuje nigdy ze słowa, ważne tylko, żeby to było słowo sensowne z jednej strony, a z drugiej - aby pismo nie było przegadane, aby teksty nie zdominowały fotografii. Myślę, że w tej chwili jest w miarę dobrze, tzn. zachowujemy prawidłowe proporcje między jednym i drugim.
A tak na marginesie - jak Państwo znajdujecie nowość w KF, a mianowicie obecność tematu przewodniego, czyli Śmierci? Czy Waszym zdaniem to dobry kierunek, aby każdy numer miał jakiś temat dominujący realizowany na wiele sposobów, składający się z kilku artykułów? Nieważne teraz jaki miałby to być temat. Wiem, że nie może być tak, że cały numer poświęcony jest tylko jednemu tematowi, bo wówczas tracimy Czytelników, którym akurat ten temat „nie pasuje”. Prosimy o opinie, są one dla nas bardzo ważne.
niedziela, 9 stycznia 2011
Oglądanie albumów fotograficznych... bezcenne! KF-u też
Pod choinką w tym roku znalazłem The Photobook: A History, Martina Parra i Gerry Badgera. To wspaniałe dwutomowe wydawnictwo Phaidona prezentuje albumy fotograficzne z kolekcji Parra - od najwcześniejszych, jeszcze XIX-wiecznych, po albumy wydane po 2000 roku. Lektura to przepyszna i inspirująca, zwłaszcza dla kogoś takiego, jak ja, czyli dla wydawcy.
Wertując kartki tego monumentalnego dzieła stwierdzam z pełnym przekonaniem, że kiedyś przykładano większą wagę do formy prezentacji fotografii w druku. Co zadziwiające - ówcześni twórczy i projektanci książek nie mieli takich możliwości technicznych jakie mamy teraz. A jednak, potrafili wyczarowywać prawdziwe cudeńka. Być może wiązało się to z wolniejszym tempem życia, być może z większym szacunkiem dla Czytelnika i fotografa, a być może powód był trywialnie prosty - przy małej podaży książek ilustrowanych istniał ogromny popyt na tego typu towary, więc starano się je dostarczyć wygłodniałej publiczności w jak najpiękniejszej postaci. No tak, powie ktoś - ale łatwiej i taniej było wyprodukować coś mniej wyszukanego, a nabywca i tak by się znalazł. Nie wiem, jak to wtedy było. Wiem jedynie, że wówczas nawet zwykłe stodoły, czy głupie grzebienie posiadały piękną formę. Były to po prostu piękne czasy...
A 35 numer „Kwartalnika Fotografia” już w sprzedaży, trafił tam jeszcze w starym roku, żeby znaleźć się na inwenturze „za stary rok” sprzedawców, bo tylko czasopisma i książki z zerową stawką VAT, które dystrybutorzy otrzymali w starym roku można w „okresie przejściowym”, czyli w styczniu i lutym 2011, sprzedawać nadal z zerową stawką VAT. Jak wszyscy wiemy, od 1 stycznia 2011 na książki i czasopisma specjalistyczne nałożono VAT. 1 marca zatem nie będzie już w sprzedaży „Kwartalnika”, musi być wycofany z półek księgarń. Unia tak kazała polskiemu rządowi. I tyle.
Znowu złożyliśmy, jeszcze w listopadzie, wniosek o dofinansowanie wydawania KF w 2011. Nie wiemy jeszcze, czy nam coś skapnie, czy nie, ale najpierw musimy rozliczyć dotację, jaką otrzymaliśmy na 2010. A nie będzie łatwo rozliczyć, ponieważ zasady, według których to się odbywa są dla wydawców bardzo surowe. Wydaje się, że powinno być tak: pokażcie rachunki, czy wydaliście forsę na to, na co wam daliśmy. To niestety nie wystarczy. Urzędnicy są tacy „szprytni”, że po pierwsze - to, co dali to kwoty brutto, więc trzeba im oddać VAT; po drugie - trzeba im oddać odsetki bankowe, jakie urosły na specjalnym koncie (kazali założyć), gdzie wolno było trzymać forsę z dotacji; po trzecie - aby rozliczyć dotację trzeba jeszcze wyspowiadać się co do grosza z innych wydatków związanych z „realizacją zadania”, bowiem oni dali, tak jest w naszym przypadku, 18,7% całości, jakie we wniosku deklarowaliśmy, że wydamy, więc oni muszą to sprawdzić. Jeśli np. byliśmy oszczędni (biedny musi być oszczędny) i wydaliśmy mniej, bo np. udało nam się pozyskać jakiś materiał za darmo lub np. mniej wydaliśmy na promocję pisma, to wówczas oni nam wszystko podsumują i powiedzą - oddajcie nam część dotacji, bo całość zadania była tańsza... Nieważne, że wydaliśmy pieniądze zgodnie z przeznaczeniem, całość była tańsza, więc sorry - oddawać. Ważne są procenty. One są święte i nietykalne...
A ile z tym wszystkim jest papierkowej roboty... i na etapie wniosku i na etapie rozliczenia... odechciewa się wszystkiego. Wydawnictwo Kropka to malutkie wydawnictwo, które nie ma ludzi tylko do tego celu, wszystko na dobrą sprawę robimy sami, czyli Ola i ja, z pomocą mojej żony i księgowych. Ale często też nie wiemy co wpisać w jakąś rubryczkę, czy w jakiś wymyślny formularz. Mówię Wam, Kochani Czytelnicy, wszystkiego się odechciewa...
Wertując kartki tego monumentalnego dzieła stwierdzam z pełnym przekonaniem, że kiedyś przykładano większą wagę do formy prezentacji fotografii w druku. Co zadziwiające - ówcześni twórczy i projektanci książek nie mieli takich możliwości technicznych jakie mamy teraz. A jednak, potrafili wyczarowywać prawdziwe cudeńka. Być może wiązało się to z wolniejszym tempem życia, być może z większym szacunkiem dla Czytelnika i fotografa, a być może powód był trywialnie prosty - przy małej podaży książek ilustrowanych istniał ogromny popyt na tego typu towary, więc starano się je dostarczyć wygłodniałej publiczności w jak najpiękniejszej postaci. No tak, powie ktoś - ale łatwiej i taniej było wyprodukować coś mniej wyszukanego, a nabywca i tak by się znalazł. Nie wiem, jak to wtedy było. Wiem jedynie, że wówczas nawet zwykłe stodoły, czy głupie grzebienie posiadały piękną formę. Były to po prostu piękne czasy...
A 35 numer „Kwartalnika Fotografia” już w sprzedaży, trafił tam jeszcze w starym roku, żeby znaleźć się na inwenturze „za stary rok” sprzedawców, bo tylko czasopisma i książki z zerową stawką VAT, które dystrybutorzy otrzymali w starym roku można w „okresie przejściowym”, czyli w styczniu i lutym 2011, sprzedawać nadal z zerową stawką VAT. Jak wszyscy wiemy, od 1 stycznia 2011 na książki i czasopisma specjalistyczne nałożono VAT. 1 marca zatem nie będzie już w sprzedaży „Kwartalnika”, musi być wycofany z półek księgarń. Unia tak kazała polskiemu rządowi. I tyle.
Znowu złożyliśmy, jeszcze w listopadzie, wniosek o dofinansowanie wydawania KF w 2011. Nie wiemy jeszcze, czy nam coś skapnie, czy nie, ale najpierw musimy rozliczyć dotację, jaką otrzymaliśmy na 2010. A nie będzie łatwo rozliczyć, ponieważ zasady, według których to się odbywa są dla wydawców bardzo surowe. Wydaje się, że powinno być tak: pokażcie rachunki, czy wydaliście forsę na to, na co wam daliśmy. To niestety nie wystarczy. Urzędnicy są tacy „szprytni”, że po pierwsze - to, co dali to kwoty brutto, więc trzeba im oddać VAT; po drugie - trzeba im oddać odsetki bankowe, jakie urosły na specjalnym koncie (kazali założyć), gdzie wolno było trzymać forsę z dotacji; po trzecie - aby rozliczyć dotację trzeba jeszcze wyspowiadać się co do grosza z innych wydatków związanych z „realizacją zadania”, bowiem oni dali, tak jest w naszym przypadku, 18,7% całości, jakie we wniosku deklarowaliśmy, że wydamy, więc oni muszą to sprawdzić. Jeśli np. byliśmy oszczędni (biedny musi być oszczędny) i wydaliśmy mniej, bo np. udało nam się pozyskać jakiś materiał za darmo lub np. mniej wydaliśmy na promocję pisma, to wówczas oni nam wszystko podsumują i powiedzą - oddajcie nam część dotacji, bo całość zadania była tańsza... Nieważne, że wydaliśmy pieniądze zgodnie z przeznaczeniem, całość była tańsza, więc sorry - oddawać. Ważne są procenty. One są święte i nietykalne...
A ile z tym wszystkim jest papierkowej roboty... i na etapie wniosku i na etapie rozliczenia... odechciewa się wszystkiego. Wydawnictwo Kropka to malutkie wydawnictwo, które nie ma ludzi tylko do tego celu, wszystko na dobrą sprawę robimy sami, czyli Ola i ja, z pomocą mojej żony i księgowych. Ale często też nie wiemy co wpisać w jakąś rubryczkę, czy w jakiś wymyślny formularz. Mówię Wam, Kochani Czytelnicy, wszystkiego się odechciewa...
Subskrybuj:
Posty (Atom)