poniedziałek, 16 marca 2015

„Anty widokówki” Krzysztofa Szymoniaka w Koninie

W czwartek, 12 marca br. w konińskim Centrum Kultury i Sztuki (ul. Okólna 47A - Google Maps nie znają tego adresu, a ul. Okólna 47 jest dobre kilkaset metrów bliżej centrum Konina) był wernisaż mojego przyjaciela, Krzysztofa Szymoniaka i jest to druga wystawa Krzysztofa, którą widziałem. Dwa lata temu pokazał w Gnieźnie anty widokówki z Gniezna. Autor jest znany przede wszystkim z pisania o fotografii, a ma na koncie całkiem sporo dokonań: ponad dwadzieścia rozmów z fotografami Wielkopolski - zeszyty wydaje Wojewódzka Biblioteka Publiczna i Centrum Animacji Kultury w Poznaniu - dwie książki: „Fotografioły” 1 i 2, czyli „okołofotograficzne ćwiczenia umysłowe” i inne. 

Anty widokówki Konina

Fotografia Krzysztofa to kawał solidnego dokumentu, powstającego jako plon spacerów z aparatem, przy czym uwieczniane jest to, co autora „uderzy”, „ukłuje”. Trudno dopatrzyć się tu jakiejkolwiek publicystyki, czy nie daj Boże, moralistyki. Szymoniak nie oskarża, nie namawia do niczego, nikogo nie obnaża, nie wyśmiewa. On zapisuje, utrwala na pamiątkę. Prosto, bez chęci zaskakiwania czy szokowania, bez udziwniania, po prostu rejestruje. 
Jak dotąd - Gniezno i Konin (pracuje nad Sopotem) - uwiecznia widoki miast, w których mieszkał. W Koninie był szefem oddziału „Głosu Wielkopolskiego”, w Gnieźnie mieszka dziś. 
Koniński pokaz jest bardzo przyjemny, fotografie są smacznie podane: niewielkie formaty w białych ramkach. Odbitki, choć cyfrowe dobrze się ogląda.

Fragment ekspozycji

Na pierwszym planie (z aparatem) Władek Nielipiński, szef działu foto Biblioteki Wojewódzkiej w Poznaniu,
najważniejszy w tej chwili animator „ruchu fotograficznego” w Wielkopolsce

Otwarcie wystawy - Krzysztof Szymoniak (z prawej)
Przy okazji informuję, że w ramach czyszczenia magazynów w Wydawnictwie Kropka, trwa jeszcze wyprzedaż numerów archiwalnych „Kwartalnika Fotografia”. Można je nabyć w zestawach, a także pojedyncze egzemplarze. Najlepiej wejść na profil KF na FB - https://www.facebook.com/kwartalnik?fref=ts, tam są wszystkie informacje. Akcja wkrótce się kończy. Kończą się już bezpowrotnie niektóre numery, pierwszego na przykład, już nie ma... O wszystkim możecie pisać do Zuzy Kaczmarek - z.kaczmarek@wrzesnia.info.pl, tel. 61 4374 950.

niedziela, 22 lutego 2015

Problemy z łączeniem - najlepiej pokażę na dwóch przykładach

W poprzednich postach i w komentarzach mowa była m.in. o tym jak trudno połączyć zdjęcia w panoramę z dwóch i więcej kawałków w taki sposób, żeby wyglądały (zwłaszcza w dużych powiększeniach!) jak powstałe z jednego negatywu. Pomyślałem sobie, że najlepiej będzie, jeśli pokażę tu Państwu korespondencję między Krzysztofem Liberkowskim, „kropkowym” skanerzystą (przypominam - skaner bębnowy scanmate 3000) i specjalistą od przygotowania do druku (m.in. duplex, triplex):

Tak jak pisałem wcześniej – problem leży raczej po stronie zmiany perspektywy przez optykę po przesunięciu kadru, może też małe zakładki, dystorsja? Łączenie na elementach architektury to też inna rzecz niż zdjęć, na których występuje tylko przyroda. 
Tutaj niewiele da się ukryć. Proszę spojrzeć, kiedy elementy u góry fotografii się pokrywają, to dół całkowicie ucieka. Poziomy też różnią się na tyle, że jedno ze zdjęć musi być obracane aż o kilka stopni.
Andrzej Jerzy Lech skanował swoje panoramy z jednej płyty, a i tak były czasem problemy z łączeniem. Niektóre musiał poprawiać. To będzie trudne zadanie.

Krzysztof

Pyzdry

Sieraków

wtorek, 17 lutego 2015

Podjąłem decyzję - jak najmniej fotoszopa

Warta w Koninie (tzw. Starym Koninie)

Warta w okolicach Orzechowa

Męczyło mnie to łączenie negatywów w panoramę przy pomocy fotoszopa, dlatego zdecydowałem, że będę je łączył z minimalną czarną ramką wraz z pewnymi niedoskonałościami, bez najmniejszego retuszu, zwłaszcza w miejscach łączenia. Te panoramy, które pokazałem wcześniej, musiały w miejscach łączenia być retuszowane, bo „nie pasowała” np. woda, czy chmury. Są również nieuniknione odchyłki od pionów i poziomów, więc, aby panorama zbudowana natywnie z dwóch lub więcej negatywów wyglądała „naturalnie”, konieczna jest raz większa, raz mniejsza, ale jednak, ingerencja w obraz, czego wszak nie lubię i nie akceptuję, bo przecież fotografia ma być prawdą.
Uważam, że taka „byle jak” złożona panorama wygląda lepiej i ciekawiej. Też nie jest prawdą absolutną, ale jednak o wiele jest jej bliżej do niej niż wcześniejszej wersji.
Tak uważam...

poniedziałek, 9 lutego 2015

818 kilometrów, czyli Warta

Warta w Obrzycku

W tej chwili moje życie fotograficzne zostało przeze mnie zredukowane tylko do fotografowania Warty, która od źródeł w okolicach Zawiercia do ujścia w Kostrzynie nad Odrą, ma długość 818 kilometrów. „Wzięła” mnie ta robota i nie puszcza, jeździmy z Jolą na zdjęcia w każdej wolnej chwili, a jak dotąd byliśmy już kilka razy w Pyzdrach, a także w Dębnie, Ciążeniu, Czeszewie, Orzechowie, Lądzie, Nowym Mieście nad Wartą, w Obrzycku, Obornikach Wlkp., Poznaniu, Koninie, Międzychodzie, Sierakowie i Kole. Mróz i wiatr dają nam się we znaki, ale co tam... mamy czapki, szaliki i rękawiczki! 
Fotografuję nieocenionym Wisnerem 5x7 na ilfordzie fp 4, a cała zabawa polega na tym, że wymyśliłem sobie, że prawie cały projekt będzie panoramiczny, zmontowany cyfrowo (przez Krzysztofa Liberkowskiego, nieocenionego czarodzieja skanowania na bębnie i łączenia panoram z kawałków w fotoszopie), najczęściej z dwóch poziomych kadrów 5x7, choć mam też panoramy poziome złożone z 5 kadrów pionowych... Widoczne powyżej Obrzycko wydrukowałem sobie w formacie 1,66 m na dłuższym boku i muszę przyznać, że jakość obrazu jest porażająca! Tyle o technicznym wymiarze projektu.


Warta w okolicach Koła, ruiny zamku średniowiecznego

Chciałbym, aby moja opowieść o Warcie pokazywała przede wszystkim kulturowy i cywilizacyjny wymiar tej rzeki, czyli aktywności ludzkie, jakie odbywają się na jej brzegach, a przy okazji oczywiście również „okoliczności przyrody”, jakie woda wytworzyła przez tysiące lat. Cały czas szukam tych aktywności, co zimą jest utrudnione, bo zamiast ludzi, na brzegach spotykam jedynie ślady tej aktywności. Nie narzekam jednak, bo przecież ślady, to też dużo.

W Dębnie, przy przeprawie promowej parę lat temu wystawiono tablicę upamiętniającą wielką tragedię, która rozegrała się w tym miejscu prawie sto lat temu, kiedy to w nurtach rzeki utopiło się kilkanaścioro dzieci pierwszokomunijnych wraz z 70-letnim przewoźnikiem...

Dębno - smutna pamiątka tragedii
Wczoraj była słoneczna pogoda i dobra widoczność, co jest ostatnio wielką rzadkością, dlatego ochoczo popędziliśmy do Nowego Miasta nad Wartą, aby z wiaduktu na drodze z Poznania przez Jarocin do Katowic sfotografować rozległy krajobraz z... chmurami. Do wczoraj nam się to nie udało.

Warta w miejscowości Lubrze koło Nowego Miasta Nad Wartą
Był moment, że była szansa na pokazanie mojego projektu - wraz z „Drogą 92” Mariusza Foreckiego oraz najnowszym zestawem Macieja Fiszera (ponoć rewelacyjne foty, wiem czego, ale Forecki zobowiązał mnie do milczenia, do czasu aż Maciej zaprezentuje je publicznie) na jesiennym Biennale Fotografii w Poznaniu, bo hasłem przewodnim jest w tej edycji „Penetracja”, ale kuratorzy Biennale nie byli tymi cyklami zainteresowani. Trochę szkoda, bo jak się coś robi, to chciałoby się to pokazać szerszemu gronu, ale dzięki temu będę miał więcej czasu na fotografowanie, nie będę musiał pracować w pośpiechu... 
818 kilometrów to jednak sporo, no nie? 


niedziela, 7 grudnia 2014

„Święta Wojna”, czyli kogo oskarża Wojtek Wilczyk?

Tytułowe pytanie łatwiej postawić, niż na nie odpowiedzieć. Domyślam się zresztą odpowiedzi, której udzieliłby on sam: - Nikogo nie oskarżam, ja jedynie fotografuję, mówię, jak jest. 
A jednak po obejrzeniu ponad trzystu fotografii kibicowskich graffiti pytanie takie pojawia się samo, podobnie jak i bardzo do niego podobne, a mianowicie - dlaczego tak jest? Dlaczego na murach polskich miast jest tak wiele mowy nienawiści, agresji, przemocy prawdziwej, fizycznej, a nie tylko słownej (chodzi o epitafia dla kibiców zamordowanych w bestialski sposób nie na stadionach, lecz na ulicach i to w biały dzień)? Dlaczego w napisach jest tak wiele rasizmu, a konkretnie antysemityzmu? Skąd się to wszystko bierze w kraju z dumą podkreślającym swój katolicki rodowód i charakter, dlaczego takie skrajne, fanatyczne wręcz ruchy odwołują się w swojej stylistyce, symbolice i estetyce do faszyzmu, do Hitlera, skąd uwielbienie prymitywnej siły i pogarda dla wszystkiego, co „nie nasze”? Dlaczego właśnie teraz, kiedy patrząc „obiektywnie” (jeśli tak w ogóle da się patrzeć...), w Polsce żyje się coraz lepiej, kiedy wolno, bo wolno, ale jednak nadganiamy 45 lat komuny, ruch kibicowski przybiera tak skrajne formy? 
Na te pytania starają się odpowiedzieć dwie autorki wstępów do książki-albumu, wydanej z okazji wystawy - antropolożka kultury i religioznawczyni Joanna Tokarska-Bakir oraz socjolożka i autorka filmów dokumentalnych Anna Zawadzka (część tekstową dopełnia Adam Mazur, który umiejscowił „Świętą Wojnę” w kontekście całej twórczości Wilczyka, a publikację uzupełnia „słownik haseł, symboli, terminów i akronimów pojawiających się na zdjęciach zaprezentowanych w książce” Wojtka Wilczyka). 
Okazuje się, że „winna” jest po prostu polskość, katolicyzm (tradycja XVI-wiecznych pueri, urządzających, przy niejawnym, ale faktycznym poparciu hierarchów, nierzadko krwawe tumulty innowiercom, głównie ewangelikom), inteligenckie pełne wyższości desinteresement tym, co wyprawiają zakapturzone dresy i inne męty z blokowisk i familoków. Nie chcemy wiedzieć, co „tam” się dzieje, tak jak szerokim łukiem omijamy żebrzące kaleki i innych „śmierdzieli”. Sądy nie reagują na swastyki, hajlowanie, pedałowanie, czy „wyzywanie Żydem” - jeśli nazwę Cię śmierdzącym Żydem, którego należy potraktować siekierą, maczetą, piecem czy gazem (do wyboru), a nie jesteś etnicznie, narodowościowo rozumianym Żydem, to nie ma sprawy, nie zrobiłem niczego złego. Bo to nie do ciebie było (jak mogło być do ciebie, skoro nie jesteś Żydem?). Zwracamy uwagę na „niestosowność” ohydnych, rasistowskich, prymitywnych malunków tylko wtedy, gdy zjawią się na pięknej kamienicy, nowo wybudowanym lub odnowionym budynku, bo wtedy to jest wandalizm, niszczenie mienia prywatnego, czymś co razi nasze wrażliwe oczy i dusze. Gdy są na czymś brzydkim, na uboczu lub w złych dzielnicach, ulicach, to wszystko jest okej, niech tam sobie wiszą, aż ich deszcz, mróz i słońce nie rozpuszczą. Bo tam jest ich miejsce... Nic mnie to nie obchodzi!
Dla mnie te napisy są krzykiem ludzi biednych i zdołowanych, dziedziczących z pokolenia na pokolenie wszystkie możliwe patologie. Ludzi, dla których jedyną ofertę mają grupy kibicowskie. Ci „gorsi” przypominają sytym i zadowolonym o swoim istnieniu - krzyczą tak jak umieją - agresywnie i „patriotycznie”, żeby powiedzieć: my też żyjemy w tym kraju! 

Dlatego tak silnie „ukłuła”, „użądliła” mnie ta wystawa i książka. Wilczyk ma nieprawdopodobny dar mówienia językiem fotografii o rzeczach ważnych i bolesnych. To fotografia, która nie po to jest, żeby się podobać, żeby karmić oczy wizualnym „pięknem”, to fotografia poruszająca do głębi. Trafia bardziej do rozumu niż do oka, chociaż i oko może czuć się usatysfakcjonowane „Świętą Wojną”. Konsekwentnie zastosowany panoramiczny format (przy okazji gratulacje za mistrzowskie poskromienie noblexa!), nienaganne kadrowanie oraz delikatne, nie nachalne, wprowadzenie sztafażu - ludzi ostrych i nieostrych - dodały fotografiom życia i dynamiki (i bez tego miały ich bardzo dużo). Dzięki panoramie, a więc ukazaniu szerokiego kontekstu, w jakim owe graffiti żyją, udało się Wojtkowi też wskazać na „przyczyny” ich powstania, nienawiści i agresji na murach: patrząc na biedę, brzydotę i beznadzieję miejsc, w których żyją kibicowscy „artyści”, przestajemy pytać - skąd się to bierze? Bo to widać. 

Mecenasem projektu jest Atlas Sztuki w Łodzi, a wydaniem albumu zajął się Karakter. Co ciekawe, po Łodzi, wystawa jedzie do BWA w Olsztynie, potem do Labiryntu w Lublinie i BWA w Tarnowie, natomiast - przynajmniej na razie - na trasie nie ma ani Krakowa, ani Śląska, nie mówiąc już o Warszawie, Trójmieście, Wrocławiu czy Poznaniu. Miejmy nadzieję, że to się zmieni. 

Poniżej - parę migawek z piątkowego wernisażu:


Wojtek Wilczyk (z lewej) oraz Jacek Michalak z Atlasu Sztuki


Jolanta Śliwczyńska


Na wernisaż przyszło około 200 osób


W jednej sali wisiały odbitki (około 30), a w drugiej odbywał się symultaniczny slajdszoł z trzech rzutników; w tej formie zaprezentowane zostały wszystkie fotografie cyklu - ponad 300


Telewizje przeprowadzały relacje, rozmowy z autorem i publicznością


Jeden ze slajdów


Jestem pełen podziwu również dla odwagi Wojtka, ponieważ - jak mi powiedział - każde zdjęcie wykonywał ze statywu, co z pewnością nie raz, nie dwa działo się pod czujnym okiem kibiców Ruchu, Górnika, GKS-u, Wisły, Cracovii, ŁKS-u czy Żydzewa, pardon... Widzewa!
Parę miesięcy temu napisałem, że „Stocznia” Szlagi to jeden z najważniejszych dokumentów w fotografii polskiej. Podtrzymuję tamtą opinię. Na tę samą półkę wskoczył Wilczyk ze „Świętą Wojną”, chociaż on już tam był z „Niewinnym okiem”. Co dalej? 

niedziela, 23 listopada 2014

„Cisza Warty i... dopływów” rozpoczęta!

Poznań, 2014.11.11

W Święto Niepodległości rozpocząłem fotografowanie do nowego cyklu, jaki sobie wymyśliłem trzy dni wcześniej będąc we Wrocławiu. Roboczo nazwałem ten zestaw „Ciszą Warty”, no bo w końcu jestem „tym od ciszy”... Za radą żony, postanowiłem nałożyć sobie pewne ramy, przede wszystkim czasowe: będę fotografował rzekę, którą tak kocham, nie dłużej niż rok, zamierzam odwiedzić z kamerą różne miasta i wsie, a także dzikie odcinki Warty, ale nie zamierzam odwiedzić wszystkich „ważnych” dla tej rzeki miejsc. Chcę sfotografować tych miejsc jak najwięcej, ale nie zamierzam pretendować do wyczerpania tematu. Podobnie było z „Topografią ciszy”, też nie sfotografowałem wszystkich zniszczonych wielkopolskich siedzib ziemiańskich. 
Wiem, że nie jestem pierwszym, który postawił sobie takie zadanie i zapewne nie ostatnim, ostatnio Wartę uwieczniał Maciej Fiszer, ale - choć nie widziałem jego albumu - on zapewne skupił się na aspekcie przyrodniczym i krajobrazowym, z pewnością zrobił to po mistrzowsku; i w kolorze. Ja natomiast zamierzam skupić się bardziej na tym, co ludzie zrobili na brzegach, jak zmienili i wpłynęli na jej naturalne skłonności. Zresztą - nie chcę czynić jakichkolwiek sztywnych założeń. Chcę po prostu poprzebywać nad nią, poznać ją w różnych miejscach i uwieczniać takie fragmenty, które będą się tego ode mnie domagać. Niech ona rządzi. Niech ona mnie prowadzi. 
Co do techniki i technologii, to oczywiście Wisner 5x7, negatyw czarno-biały, uzupełniająco będę też używał xpana II - oto próbka:

Czeszewo, 2011.08.11

Chciałbym, aby w moim cyklu znalazły się fotografie Warty w czterech porach roku, wprost nie mogę się doczekać na śnieg, szadź, kry - obym tylko miał czas, aby pojechać na zdjęcia, kiedy coś takiego się wydarzy. 
Woda zawsze mnie przyciągała, zawsze czułem bardzo namacalnie, że kiedyś z niej wyszliśmy, że kiedyś była naszym domem. Już jako dzieciak cały dzień siedziałem w wodzie, bardzo szybko nauczyłem się pływać (nikt mnie nie uczył), spędzałem z kumplami w basenie miejskim we Wrześnie długie godziny. Wielki odkryty basen zbudował nam Hitler, ale go nie dokończył, miała być jeszcze wieża do skoków i murowane zaplecze z dodatkową niecką na dachu. Wiem o tym, bo wśród szklanych negatywów Franciszka Włosika, znalazłem między innymi reprodukcje niemieckich planów basenu miejskiego oraz przebudowy synagogi. 

Września - Projekt budowy basenu miejskiego, lata 40. XX wieku

Ta ostatnia miała stać się... kinoteatrem, ale dokładne ekspertyzy budowlańców wykazały, że ma za słabe fundamenty, więc przy pomocy dynamitu wysadzili ją w powietrze. 

Września - jedyne zdjęcie synagogi z lat 30. XX wieku - Fot. Franciszek Włosik. Posiadam negatyw szklany.

Hitlerowcy chcieli zamienić synagogę wrzesińską w kinoteatr, projektu nie zrealizowali

Mam nadzieję, że kiedyś zamieszkam na jakąś wodą, być może nad Wartą, być może nad Bałtykiem, a może nad jakimś jeziorem. Bardzo bym tego chciał; szkoda, że Kropka już wtedy nie będzie... On właśnie zakochuje się w terenach nadwarciańskich. 

Nowawieś Podgórna, 2014.11.16

Na zakończenie tego posta jeszcze jedna fotografia, tym razem z Lądu nad Wartą, gdzie znajduje się klasztor pocysterski, w którym dzisiaj urzędują salezjanie, którzy mają tu swoje seminarium duchowne. Co ciekawe, parę kilometrów dalej w dół rzeki leży Ciążeń, w którym przechowywany jest największy w Polsce zbiór masoników.

Ląd nad Wartą - 2014.11.15

Na dzisiaj tyle. Pozdrawiam.

piątek, 24 października 2014

Lech, Kolekcja, Gliwice...

Oj, strasznie dawno mnie tu nie było... A od lipca tyle się działo. Nie nadrobię straconego czasu, ani nawet nie będę próbował. Poprzestanę na odnotowaniu paru faktów. 
We wtorek, 21 października br. zakończył się kolejny pobyt Andrzeja Jerzego Lecha w Miłosławiu, gdzie podczas wręczania dorocznej literackiej Nagrody Kościelskich, Andrzej otworzył swoją wystawę zatytułowaną po prostu „Miłosław”. W poprzednim poście zamieściłem kilka zdjęć z tego zestawu, więc teraz dodam tylko tyle, że podczas październikowego pobytu w tym miasteczku artysta nadal je uwieczniał na negatywach 4x5 cala, ponieważ w przyszłym roku, a dokładnie w maju 2015 ma wyjść album z miłosławskimi fotografiami Lecha. Obiecał mu to Zbigniew Skikiewicz, burmistrz Miłosławia, o ile oczywiście nadal będzie burmistrzem, bo za trzy tygodnie czekają go wybory...
Dzisiaj o 12.00 w holu Urzędu Wojewódzkiego w Poznaniu otworzyłem pokaz dwóch ostatnich części Kolekcji Wrzesińskiej, a dokładnie fragmenty zestawu „Muzyka milczenia” Nicolasa Grospierra oraz „Deja vu” Zbyszka Tomaszczuka, który zresztą był obecny w Poznaniu. Ten dość skromny ilościowo pokaz jest częścią Festiwalu im. Ireneusza Zjeżdżałki organizowanego przez Władka Nielipińskiego z Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej i Centrum Animacji Kultury w Poznaniu. Bardzo ucieszyła mnie obecność na otwarciu prof. Stefana Wojneckiego, bo to wielka postać poznańskiej fotografii. Miło było porozmawiać z nim choć przez chwilę. Jutro, a być może dopiero w poniedziałek, na www.wrzesnia.info.pl pojawi się relacja wideo z tego wydarzenia. Udało mi się namówić Profesora na wypowiedź do kamery...
Dwa tygodnie temu wybrałem się z żoną na Śląsk. Tak po prostu - turystycznie, w celach poznawczych. Właściwie nigdy wcześniej tam nie byłem, ponieważ zawsze przez Śląsk zaledwie przejeżdżałem w drodze do Krakowa lub w Tatry. Tym razem wjechałem głębiej. I nie żałuję! Co więcej - zamierzam tam wracać, bo zobaczyłem zbyt mało! Zamieszkaliśmy w Chorzowie, który jest dobrym miejscem wypadowym i gdzie jest słynny Park Rozrywki, dzisiaj nazywający się Park Śląski. Obok jest stadion-legenda, gdzie wygraliśmy 2:0 z Anglią, a nieco dalej Skansen Śląski. Spędziliśmy tam kilka godzin. Potem był Spodek, piękna nowa sala Narodowej Orkiestry Polskiego Radia oraz świetne też nowe Muzeum Śląskie, no i Nikiszowiec.
Opuszczaliśmy Śląsk jadąc przez Gliwice. Bardzo zależało mi, żeby zobaczyć muzeum miejskie, gdzie miałem nadzieję znaleźć fotografie Zofii Rydet, czy niedawno zmarłego Jerzego Lewczyńskiego. Niestety, nic z tego! Miasto chyba nie za bardzo zdaje sobie sprawę z wagi i znaczenia tych postaci, ponieważ - patrząc na ekspozycję stałą muzeum - ważniejsze zdaje się być uczczenie pamięci jakiegoś bogatego, zupełnie mi nieznanego, niemieckiego mieszczanina. To było niezbyt miłe przeżycie. Co więcej trzeba zrobić dla fotografii, aby zasłużyć sobie na choćby małą wzmiankę w muzeum miejskim, w którym się mieszkało? Poprawcie się Gliwice!
O wiele większą satysfakcję dał mi Toruń, gdzie pojechaliśmy całą rodzinką (cztery pokolenia: od 86-letniego Bolka, do 5-letniego Leona), 11 osób, trzy samochody. To miasto jest piękne swoją historią i „zwróceniem do rzeki”, czego brakuje na przykład Poznaniowi. Odwiedziłem też otwarte parę lat temu Centrum Sztuki Współczesnej, gdzie dyrektoruje Paweł Łubowski, któremu od kilku lat drukujemy „Artluka”. Aktualnie zobaczyć tam można m.in. wideoinstalację „Brzmienie ciszy” Alfredo Jaara z Chile. Dzień wcześniej w radiowej „Trójce” artysta był gościem „Raportu o stanie świata” Ernesta Zozunia. Słuchając rozmowy z artystą dowiedziałem się, że jest on twórcą znanym i cenionym w całym świecie, że wystawiał w największych i najbardziej prestiżowych miejscach tzw. świata zachodniego, a uznanie zdobył dzięki krytykowaniu tegoż świata. Robił i robi to z pozycji lewicowych, żeby nie powiedzieć lewackich, co cieszy wszystkich, którzy myślą tak jak on. Jest wiarygodny w ich oczach, ponieważ przeżył czasy Pinocheta w swoim kraju. 
„Brzmienie ciszy” Jaara to 8-minutowy filmik, a właściwie prezentacja, wzbogacona jednym błyskiem z lamp stroboskopowych w trakcie projekcji, a wszystko odbywa się w specjalnie przygotowanym pomieszczeniu typu „cube”, z kilkoma miejscami siedzącymi i specjalnym wejściem przypominającym wejście do rentgena lub kina, bo z zewnątrz widać albo światło czerwone („nie wchodź”), albo zielone („wejdź”). Na przeciwległej ścianie, z zewnątrz, umieszczono bardzo silne światło, które ma być synonimem - jak dowiedziałem się z opisu pracy na ulotce, którą otrzymuje każdy widz - oślepiającej siły współczesnych mediów. 
Projekcja to sekwencja napisów, które opisują historię Kevina Cartera z Bractwa Bang-Bang z RPA i jego słynnego zdjęcia dziewczynki i sępa. W największym skrócie - dowiadujemy się kim był fotoreporter, że za tę fotografię dostał Nagrodę Pulitzera, że nie wytrzymał krytyki, bo ponoć zamiast fotografować powinien pomóc umierającej z głodu murzyńskiej dziewczynce, że wkrótce po otrzymaniu nagrody popełnił samobójstwo i że dzisiaj prawa do tej fotografii ma Bill Gates, który kupił sobie (a może założył?) fotograficzną Agencję Corbis, w której zbiorach pod numerem takim a takim ta fotografia się znajduje. Koniec, kropka.
Zamierzeniem autora jest poruszyć widza, a nawet nim wstrząsnąć - tak mówił sam autor, tak piszą kuratorzy wystawy z CSW w Toruniu. Czy mną wstrząsnęło to dzieło? Na pewno nie, ponieważ po pierwsze znałem tę historię, a po drugie nigdy nie zgadzałem się z krytykami Cartera. Byłem i jestem po jego stronie, chociaż - w kontekście samobójstwa - trudno powiedzieć, czy Carter swoim aktem ostatecznym nie uznał racji krytyków. Tak, czy inaczej uważam, że fotograf zrobił to, co do niego należało - sfotografował i upublicznił swoją fotografię, straszliwy obraz ze straszliwej rzeczywistości. Uczynił to w obronie wszystkich głodujących w Afryce. Nie wiem co działo się po naciśnięciu migawki, być może pomógł tej dziewczynce dojść do punktu żywnościowego. Tego nie wiem, ale przypuszczam, że pewnie tak się stało. To był bardzo wrażliwy człowiek, a nawet nadwrażliwy na ludzką krzywdę, więc nie wierzę, że po zrobieniu zdjęcia po prostu sobie poszedł szukać dalszych kadrów. 
Instalacja Alfredo Jaara wywołała we mnie zastanowienie nad tym czym dzisiaj jest dzieło sztuki, czym może być. Pojawiające się na ekranie napisy (białe litery na czarnym tle) w języku polskim, choć Alfredo polskiego nie zna, trudno mi uznać za dzieło sztuk plastycznych - to dla mnie bardziej publicystyka, gatunek dziennikarski niż sztuka, to wypowiedź działacza społecznego, aktywisty, może nawet ideologa lub propagandzisty niż artysty. Tego całego entourage, czyli kabiny projekcyjnej ze świecącymi świetlówkami, mogłoby w ogóle nie być, bo na istotę rzeczy (czyli samą projekcję) wpływ ma nieistotny. Ten sam efekt, równie silnie oddziałujący na widza, można osiągnąć rzucając obraz na białą ścianę. 

Na dole w CSW jest księgarnia, gdzie kupiłem sobie prawdziwą perełkę: „Foto Beksiński” wydawnictwa Bosz. Nie jest to nowa rzecz, bo z 2011, ale wcześniej tej książki nie widziałem i o jej powstaniu nie słyszałem. Świetnie, że w końcu powstała, bo jest rewelacyjna, a właściwie rewelacyjny był Beksiński. Jego wyobraźnia i pomysłowość fotograficzna zdaje się być nieograniczona. Przyznam się bez bicia, że znałem tylko kilka jego fotografii, bo tylko tych kilka przewijało się w różnych publikacjach, nie byłem nigdy na wystawie, gdzie prezentowane byłyby fotografie Beksińskiego, więc dzięki tej książce uzupełniłem luki w mojej wiedzy. Opracowanie merytoryczne, teksty i wybór fotografii są dziełem Wiesława Banacha, a „koncepcja i opracowanie graficzne”, jak napisano - Lecha Majewskiego. Oglądam sobie codziennie...
Kupiłem tam też sobie „Camera Work. Wszystkie fotografie 1903-1917” wydane przez Taschena, a jednym z powodów było to, że książka jest po polsku! Znaczy to, że wydawniczy gigant zaczął wreszcie dostrzegać Polskę jako rynek.
Ucieszyła mnie też kolejna „Historia fotografii” w moich zbiorach, tym razem Juliet Hacking, a polskie wydanie przygotowały Arkady.

„Kwartalnik Fotografia” nadal zawieszony, może w 2015...

Moja twórczość... hm... nabiera rozpędu... wróciłem do ciemni. Uczę się pracować w ciemni zupełnie na trzeźwo, bez alku. Można. Ale muzyka musi być!