poniedziałek, 20 lutego 2017

Wkurzyłem się wczoraj na fotografowaniu

Nie liczyłem dokładnie, ale przejechałem wczoraj z 300 kilometrów, żeby dotrzeć do miejsc, gdzie spodziewałem się sfotografować interesujące obiekty. To był udany dzień, penetrowałem okolice Pniew, Sierakowa; udało mi się uwiecznić kilka fajnych miejsc.
Byłoby znacznie lepiej, gdyby nie panowie stróżujący i właściciele.

Rozmowa nr 1:

– Dzień dobry, fotografujemy dla Muzeum Narodowego w Poznaniu zabudowania folwarczne, chcielibyśmy zrobić zdjęcie tej stodole, czy można? – pytamy.
– Zaraz, dowiem się – starszy mężczyzna dzwoni „gdzieś”. – Nie można, nie było zgłoszenia...
– A gdzie można się zgłosić, do kogo?
– Tego nie mogę powiedzieć.
– No to jak się zgłosić?
– Nie wiem.
– A do kogo Pan dzwonił? 
– Do drugiego takiego jak ja.
– A kto jest właścicielem tego, co Pan pilnuje? Może mi Pan dać do niego telefon, albo jakiś adres?
– Nie, nie dam panu...
– Dziękuję.

Rozmowa nr 2 (tym razem z właścicielką):

– Dzień dobry, fotografujemy... etc.
– O nie, dzisiaj na pewno nie, muszę skonsultować się z moją prawniczką...

Nie, bo nie. Czego ci ludzie się boją?

poniedziałek, 30 stycznia 2017

Niepokój: majowa wystawa pod znakiem zapytania

Ze Śmiełowa nadeszły niepokojące wieści: prawdopodobnie nie ma forsy na moją wystawę, tzn. może będzie, a może nie będzie, a właściwie będzie, ale raczej w przyszłym niż w tym roku.
A już prawie wszystko mam! Jeżdżę na zdjęcia w każdy wolny dzień, czyli najczęściej w soboty i w niedziele, siedzę w ciemni, skanuję dla podglądu, na 20 lutego będę gotów – taki był termin według umowy, którą negocjowaliśmy (i wszystko ustaliliśmy), ale której nie podpisaliśmy, bo dyrektor w centrali w Poznaniu się zreflektował, że nie ma forsy.

Śmiełów, 2017

Mam jeszcze nadzieję, że uda się coś zrobić i że „Zapomniane dziedzictwo” ujrzy światło dzienne jeszcze w tym roku. Tego typu projekty mają to do siebie, że mogą nigdy nie mieć końca, bo przecież zawsze można znaleźć coś interesującego, więc mogą powstawać jeszcze przez wiele, wiele lat. I finalnie – zestaw będzie lepszy, silniejszy, bo pula zdjęć, z których dokonamy ostatecznej selekcji będzie większa. Ja jednak tak nie chcę, wolałbym już zakończyć pracę, bo w głowie mam następne pomysły. Założeniem „Zapomnianego dziedzictwa” nie jest zapis topograficzny, kompletny – taki jak np. w „Niewinne oko nie istnieje” Wojtka Wilczyka – tylko przemawianie poprzez przykładowe fotografie. Nie wiem, czy w ogóle możliwe jest sfotografowanie wszystkiego, co interesujące (a jak to mierzyć?) w starej, niszczejącej zabudowie wiejskiej, folwarcznej Wielkopolski? Obiektów są tysiące, więc żeby je wszystkie znaleźć, objechać, sfotografować potrzeba jest czasu. Mnóstwo czasu. Podejrzewam, że zanim uwieczniłbym ostatni obiekt (po ilu latach?), pierwszy, osiemnasty, czy np. osiemset ósmy, już by przestał istnieć. Pod ciosami spychacza, czy ładowacza kiszonki. 
Lepiej porzucić marzenia o topografii, lepiej zadowolić się przykładami fajnej architektury, która umiera. Może wtedy, gdy ktoś kto ma moc kształtowania rzeczywistości zobaczy je w całym swoim majestatycznym pięknie na moich fotografiach, postanowi je ocalić dla następnych pokoleń? Będę szczęśliwy, gdy choć jedna budowla dzięki mnie przedłuży swoje istnienie. „Kto ratuje jedno życie...”

Mieszków, 2017

Pracując przy „Topografii ciszy” (dawne siedziby ziemiańskie w Wielkopolsce) szukając obiektów do sfotografowania, korzystałem przede wszystkim z książki Libickich „Dwory i pałace w Wielkim Księstwie Poznańskim”, natomiast teraz nie mam takiego przewodnika. Mam tylko „Architekturę niedostrzeganą” z 1994, ze wstępem Włodzimierza Łęckiego. Nie wszystko co tam jest mnie zachwyca, poza tym przez dwadzieścia parę lat sporo się zmieniło. Dlatego największą przyjemność sprawiają mi własne znaleziska, takie np. jak widoczna powyżej majestatyczna sylweta gorzelni w Mieszkowie. Jest piękna, szkoda tylko, że nie ma możliwości dalszego odejścia, aby sfotografować ją w całości, np. z całym kominem i przybudówką z prawej. No cóż, gdybym miał szerszy obiektyw... Mam tylko standardowy. I tak jest pięknie, prawda?

Koszkowo, 2017

Żeby nie było tak, że w Wielkopolsce wszystko niszczeje, a w szczególności świetna poniemiecka zabudowa folwarczna, czasem natrafiam na przykłady pozytywne. W Koszkowie, niedaleko Dolska jest jedna z ferm firmy Mróz, pięknie odnowiona. Była kiedyś taka zawodowa grupa kolarska, to ten sam pan Mróz, chyba Stefan. 
I jeszcze jedna fotka, nie tylko płot (mur), ale nawet rów świetnie i ze smakiem ukamieniowany:

Koszkowo, 2017

Fajną mam robotę, szkoda, że tylko w weekendy...
 

piątek, 30 grudnia 2016

Koniec przygody z poligrafią

Dzisiaj po raz ostatni przyszli do pracy pracownicy drukarni – Robert, Przemek, Krzysztof i Gosia, a także Norbert i Basia. To jest już koniec. W środę, 4 stycznia 2017 przyjadą po główną maszynę, po heidelberga, dumę naszej drukarni. Potem zabiorą CTP Heidelberga, krajarkę Polara i inne maszyny.
Żal dupę ściska...
23 lata temu, w październiku 1993, w dużej części za pieniądze z PFRON-u i za własne, łącznie za mniej więcej (przeliczając mniej więcej na dzisiejsze ceny) 20-30 tys. zł uruchomiłem drukarnię. W 50-metrowym garażu u sąsiada. Całość jej wyposażenia stanowiły dwa bardzo stare romajory, w tym jeden na chodzie, a drugi kompletny szmelc, prymitywna krajarka, kopiorama znaleziona przez mojego teścia Romana Bochnaka na złomie w Koszalinie. Jej zadaniem było drukować „Wiadomości Wrzesińskie”. Jedyny komputer w firmie to był PC-et 286 i służył jako maszyna do pisania, czyli do pisania tekstów. Skład robił nam po godzinach inny sąsiad, Jarek Wachoński, nauczyciel-informatyk w Zespole Szkół Rolniczych na wypasionym PC 386 SX w DOS-owym programie Ventura. Jarek miał też drukarkę laserową A4 firmy HP, więc dawał nam wydruki na folii. Drukarka była 300 dpi, więc na tyle mało, że zdjęć nie można było z niej  wypuszczać. W miejscach, gdzie miały być zdjęcia były puste powierzchnie – tam wlepiało się zrastrowane reprodukcje fotografii na błonach fotograficznych powstające w sposób analogowy, pod powiększalnikiem fotograficznym!
Do dziś twierdzę, że byłem w tamtym okresie wynalazcą! Może nie na miarę Leonardo da Vinci, Gutenberga czy Tomasza Edisona, ale jednak. Nigdzie nie spotkałem się z takim sposobem przygotowania do druku fotografii, jaki wymyśliłem i stosowałem. Powiem od razu – mówimy tylko o przygotowaniu do druku fotografii czarno-białej. Do koloru mojej metody nie stosowałem.
Normalnie w offsecie, w profesjonalnych (dużych, bogatych) drukarniach w erze przedkomputerowej robiło się tak, że przy użyciu nożyczek, skalpela i kleju montowało się kolumnę publikacji. Powstawał „montaż”. Potem montaż w kamerach reprodukcyjnych (jedno- lub dwu- pomieszczeniowych) był fotografowany poprzez raster na błonach graficznych w skali 1:1. Jeśli druk był jednobarwny, np. czarno-biały, to wystarczyło sfotografować raz, natomiast jeśli potrzebne były „wyciągi” barwne (CMYK), to fotografowano – za każdym razem z innym rastrem przesuniętym o 25% i o różnej barwie CMYK-wej – 4 razy. A potem te „wyciągi barwne” (w przypadku stron czarno-białych był jeden „wyciąg”) jako formy kopiowe były przenoszone na płyty offsetowe, które stawały się „formami drukowymi”. 
Były już w tamtym czasie w użyciu urządzenia, które w zasadzie działały podobnie jak dzisiejsze – nazywały się fotonaświetlarki i były urządzeniami komputerowymi, o niebo droższymi niż zwykłe drukarki laserowe. Potwornie drogimi. Zapewniały „wydruk” całej zrastrowanej strony, zarówno tekstu, jak i fotografii w rozdzielczości (1200-3600 dpi) umożliwiającej druk „fotograficzny). Szkopuł tkwił w tym, że w tamtym czasie nawet nie śmiałem marzyć o fotonaświetlarce (cena!), a przecież chciałem, ba! musiałem – mieć w gazecie zdjęcia i to dobrej jakości – dlatego przecież chciałem offsetu.
No i wymyśliłem: w miejsca wolne, gdzie nie było liter, ja wspomniałem wyżej, po prostu wlepiałem zrastrowane fotografie! Jak je uzyskiwałem? Jako się rzekło – pod powiększalnikiem. Jak? Do powiększalnika wkładałem negatyw, podnosiłem do potrzebnej wysokości, kadrowałem na maskownicy, natomiast zamiast papieru fotograficznego do maskownicy wkładałem pozytywową błonę graficzną, a na nią raster. Przyciskałem to grubą szybą i naświetlałem, a potem wywoływałem. Miałem zdjęcie na błonie, które można było wkleić w dowolnym montażu. Jakość fotografii była bardzo dobra. 

Postępowałem tak aż do czasu, kiedy kupiłem drukarkę HP 4, która dawało niebotyczną rozdzielczość 600 dpi. Potem do drukarni przyszły drukarki A3 o rozdzielczości 1200 dpi, prawdziwe naświetlarki filmowe 3600 dpi, aż w końcu CTP B2 Heidelberga. Maszyny drukujące i inne dochodziły, były wymieniane na lepsze. Zresztą – pod koniec XX wieku przestałem u siebie drukować „Wiadomości Wrzesińskie”, a zajęliśmy się drukiem „Kwartalnika Fotografia” i książek, także albumów fotograficznych. Nasze publikacje zdobywały nagrody, byliśmy chwaleni za jakość. Później stworzyliśmy introligatornię, która potrafiła oprawiać na twardo. 

Nasza mała drukarnia nie była jednak w stanie konkurować z dużymi drukarniami i z drukarniami internetowymi. Dlatego podjąłem decyzję o likwidacji tego działu Wydawnictwa Kropka. Smutno mi. Dzisiaj sprzedaję wyposażenie drukarni za bezcen... Na mojej półce pozostanie na zawsze mnóstwo świetnych rzeczy, jakie ten malutki zespół ludzi był w stanie wytworzyć. Jestem ogromnie wdzięczny Robertowi Kozubińskiemu, Przemkowi Nowakowskiemu, Krzysztofowi Witczakowi i Małgorzacie Krawczak (i jeszcze kilku osobom, które pracowały w drukarni w różnych latach) za te lata. To ludzie bardzo oddani poligrafii, uczciwi, pracowici, lojalni, fachowcy w swoich specjalnościach. Dzisiaj przechodzą do innych firm, czuję, że trochę ich zawiodłem jako pracodawca. Pomogłem im znaleźć nowe zatrudnienie, mam nadzieję, że nadal się przyjaźnimy. Za parę dni pobiesiadujemy wspólnie.

Nadal uważam, że poligrafia to przedłużenie fotografii. Piękny druk jest dość rzadki.

wtorek, 19 lipca 2016

Cisza Wielkopolski – pierwsze fotografie, pierwsze refleksje



Próchnowo, detal, lipiec 2016, powiat Wągrowiec
Większość fotografii, jakie zamierzam wykonać będzie ukazywała całość budynku, ale od czasu do czasu, aby rozbić pewną monotonię ujęć na wystawie i w ewentualnej publikacji książkowej, zamierzam posłużyć się zdjęciami „z innej parafii”, detalem, pejzażem wiejskim (jak Bóg da, to nawet sielsko-anielskim). Do prezentowanej tu fotografii mam nawet parę, drugą „połówkę” (proszę nie mylić z 0,5 litra czegokolwiek!): 

Chocicza Mała, detal, wrzesień 2001, powiat wrzesiński
Prawda, że obie fotografie „konweniują”? Po wyrównaniu tonalnym, rzecz jasna. Dobrze będą wyglądały na sąsiednich stronach albumu lub obok siebie na wystawie, czyż nie? W „Topografii ciszy” zastosowałem podobny zabieg – oglądając dwór za dworem, pałac za pałacem, przysypiając po paru minutach, jesteśmy nagle budzeni zdjęciami pięknych drzew z parków dworskich. Myślę, że to był dobry zabieg, więc dlaczego go nie powtórzyć w najnowszym cyklu? 

Przerywniki przerywnikami, ale ważniejsze jest samo mięcho cyklu, czyli odchodząca w niebyt zabudowa wiejska, folwarki, domy mieszkalne, obiekty małego przemysłu... Jeżdżąc po powiecie wągrowieckim zauważyłem, że łatwo nie będzie. Wieś wielkopolska od czasów, kiedy w powiecie wrzesińskim szukałem (i znajdowałem!) kadry do „Ciszy”, zmieniła się. Najkrócej mówiąc, na wsi widać „piniądz” (to wpływ Unii, czy po prostu normalny rozwój cywilizacyjny?). Wiąże się z tym między innymi – dla mnie jako fotografa niestety (ale dla człowieka, Polaka, Wielkopolanina: „stety!”) – z tym, że wiele folwarków ktoś kupił, otoczył płotem i wyposażył w psy stróżujące, co powoduje, że dostępność wielu interesujących obiektów jest mocno ograniczona. Słowem: trzeba się sporo najeździć, naszukać, żeby znaleźć coś fajnego do sfotografowania. W powiecie wągrowieckim znalazłem dwie perełki, które koniecznie wejdą do cyklu: folwark w Próchnowie (zrobiłem tam zdjęcie, ale zaświetliłem częściowo negatyw podczas wymiany błon w kasetach w samochodzie – słowem nic nowego, od czasu do czasu przez swoją głupiznę, a właściwie brak staranności, muszę coś spier... no i muszę tam wrócić, bo budynek jest prze-przepiękny... na szczęście Próchnowo jest tylko 86 km od Wrześni, a nie jak Poraj czy Działoszyn przy „808,2 km” – ok. 250 km) oraz murowany wiatrak „koźlak”, czyli typu holenderskiego w Bracholinie. Dzięki temu znalezisku mój wcześniejszy Holender z Pyzdr nie będzie sam, będzie mu z pewnością weselej (mnie na jego miejscu by było).

Obok Bracholina jest miejscowość Łekno, gdzie przy rozstajach dróg jest taki oto dom mieszkalny, zresztą na sprzedaż (ciekawe za ile?):

Łekno, lipiec 2016, powiat wągrowiecki
Do „Ciszy Wielkopolski” (jest to nazwa robocza, tymczasowa, może ulec zmianie) zamierzam – też dla urozmaicenia całości – wprowadzić zdjęcia panoramiczne z xpana. Tak do końca nie jestem do nich przekonany, chociaż jak gdyby równolegle z kadrami z Wisnera, fotografuję też xpanem. Drodzy Czytelnicy tego bloga: wyraźcie swoją opinię, pomożecie mi dokonać wyboru – czy to dobry pomysł? Czy do cyklu powinienem obok zdjęć 5x7 cala włączyć zdjęcia z xpana?  

Roszkowo, grudzień 2011
Inny przykład:

Modrze, styczeń 2009

I jeszcze jeden:

Pawłowo Skockie, grudzień 2011

Aparat Hasselblad xpan-II to świetna konstrukcja, którą kupiłem w kwietniu 2004 (do Lille, gdzie dla festiwalu Transphotographiques 2004 realizowałem projekt „Croix panoramique” pojechałem w marcu jeszcze z Noblexem, który oprócz wspaniałej szerokości widzenia, miał jednak swoje ograniczenia związane przede wszystkim z paskudną paralaksą – mówiąc potocznie, czyli normalnie – przy ujęciach frontalnych dawał „beczkę”: piony były pionowe, ale poziomy już poziomami nie były, tylko liniami krzywymi, łukami, co mnie akurat nie bawi. Słowem: aby noblexem fotografować w miarę realistycznie, a więc bez zniekształceń, trzeba było nauczyć się pewnych tricków: zrezygnować z ujęć frontalnych, np. budynków i fotografować raczej skośnie lub też takie kadry łapać, żeby u góry kadru nie było linii równoległych – tak jest np. wtedy, gdy fotografujemy naturę, góry, drzewa, czy inne rośliny. Aparat i tak zniekształca, ale na zdjęciu tego nie widać, więc jest ok. Kiedyś pokażę parę ilustracji, żeby było wszystko jasne). Jest to analogowy aparat małoobrazkowy (tak się jakoś przyjęło, że słowa „kamera” używa się tylko dla większych niż małoobrazkowe konstrukcje, dla średniego i dużego formatu; i dlatego xpan jest tylko „aparatem”, a nie „kamerą” – ciekawe dlaczego?), o formacie klatki 24 x 60 mm. Skandynawska firma stworzyła dla xpana 3 obiektywy: szeroki 30 mm (mam, ale nie używam, bo ten obiektyw zniekształca, z fiata 126p robi limuzynę, aktualnie „w pożyczkach” u zaprzyjaźnionego fotografa przyrody, dla fotografii którego te zniekształcenia nie mają znaczenia), 45 mm, czyli normalny, którego używam w 99% przypadków, bo daje najbardziej wierne odwzorowanie tego, jak widzi człowiek i robi to w sposób też wierny tonalnie (nie wiem, jak jest z oddaniem kolorów, bo – przypominam: ja pracuję w zasadzie tylko w czerni i bieli i w tym co „pomiędzy”, ale sądzę, że też dobrze. Mam też delikatne tele, chyba 90 mm, ale przez te 12 lat, odkąd go mam użyłem go może z  20 razy? 
Moje obawy, czy do „Ciszy Wielkopolski” włączyć zdjęcia z xpana biorą się z radykalnej różnicy między wielkością negatywu – 24 x 60 mm z jednej strony, a 5 x 7 cala, czyli ok. 130 x180 mm z drugiej. Aż nie chce mi się mnożyć te milimetry, żeby pokazać różnicę wielkości „matrycy”, „formy kopiowej”, jak mówiło się kiedyś w poligrafii, między negatywami z xpana i Wisnera. Różnica jakości musi być znaczna, chociaż – wszystko zależy od skali powiększenia. Różnica jakości obrazu będzie widoczna dopiero przy wielkich powiększeniach – przy odbitkach robionych na arkuszach 30x40, czy nawet 50x60 cm odbitki z xpana (choć nieco gorsze) dają radę, a w druku, jeśli jest dobry, w zasadzie nie do odróżnienia z wielkim formatem. Popatrzmy na przykład na „Metamorphosis” Macieja Fiszera, który fotografował xpanem, tam jakość (rozdzielczość) fotek z xpana w naprawdę dużej książce jest perfekcyjna. 
Może więc – nie ma się czego obawiać? 







środa, 13 lipca 2016

Wracam do gry – Cisza Wielkopolski


Pruchnowo, powiat wągrowiecki, 10.07.2016

Po ponad ośmiu latach powracam do mojego pierwszego poważniejszego tematu, czyli do „Ciszy” (2008), ale tym razem wyjdę poza mój powiat, a przedmiotem mojego zainteresowania jest cała Wielkopolska. Siłą sprawczą tej „reaktywacji” jest Ewa Kostołowska, kustosz Muzeum Mickiewicza w Śmiełowie (oddział Muzeum Narodowego w Poznaniu), która zaproponowała mi ten temat. 
Przypomnę, że cykl „Topografia ciszy”, czyli zapomniane dwory i pałace wiejskie w Wielkopolsce też był jej pomysłem, zresztą pani kustosz napisała piękny wstęp do książki o tym samym tytule (drugi tekst napisał Wojtek Wilczyk). 
Przypomnę też, że „Cisza” zawiera zdjęcia starej zabudowy wiejskiej: mieszkalnej, przemysłowej, folwarcznej, gospodarskiej, z tym, że wówczas fotografowałem tylko obiekty znajdujące się w powiecie wrzesińskim rozumianym historycznie, czyli łącznie z nieodżałowaną gminą Strzałkowo, która dzisiaj należy do powiatu słupeckiego. Cykl był w moich zamierzeniach nawoływaniem do zachowania dla przyszłych pokoleń jak największej części starej zabudowy wiejskiej, ponieważ jest ona materialnym składnikiem naszego narodowego dziedzictwa. Obory, stodoły, chlewy i inne budynki są zabytkami, z czego obecni właściciele czy dzierżawcy najczęściej w ogóle nie zdają sobie sprawy i robią bardzo wiele, żeby ich się pozbyć. Dlatego świadomie i z premedytacją niszczą wszystko co stare, bo to rudery, ogołacając polską wieś z reliktów przeszłości. Szacunkiem otacza się właściwie tylko kościółki i niektóre dwory ziemiańskie, ewentualnie murowane dawne szkoły, które w barbarzyński sposób przebudowuje się na mieszkania. Państwowe służby ochrony zabytków zadają się nie reagować i dają ciche przyzwolenie na rozwalanie zabudowy folwarcznej. 
Parę dni temu, po telefonie Ewy Kostołowskiej, przejrzałem ponownie „Ciszę” i z przerażeniem połączonym z niedowierzaniem stwierdziłem, iż mniej więcej połowa rzeczy, jakie „zdjąłem” w latach 2001–2008, już nie istnieje! A stąd płynie prosty wniosek, że moje nawoływanie do nieniszczenia było wołaniem na puszczy! Czy zatem warto było aż tak się trudzić, jeździć rowerem i autem po powiecie z ciężkim sprzętem przez ładnych parę lat? Odpowiedź nie jest łatwa. Skoro i tak, mimo mojego nawoływania, rozwalono tak wiele pięknych rzeczy, to znaczy, że nie było warto, ale jeśli chce się znaleźć w tym jakiś sens, to można jednak powiedzieć: przynajmniej zdjęcia zostały, przynajmniej na zdjęciach kilka stodół, domów mieszkalnych i folwarków, trwa nadal. 
Tym razem cykl będzie składał się z odbitek różnych formatów, od 30x40 cm, przez panoramy ok. 20x50 cm, do 50x60 cm. Premiera nastąpi podczas Nocy Muzeów, czyli w maju przyszłego roku, albo rok później. Oczywiście w Śmiełowie. Liczę też na to, że Muzeum znajdzie pieniądze na wydanie książki-albumu. Swój udział w przedsięwzięciu ma mieć też Muzeum Etnograficzne, które też jest filią Muzeum Narodowego.
Przystąpiłem już do pracy, bo czasu – jak na skalę przedsięwzięcia (80-100 fotografii) – jest naprawdę mało. Rozpocząłem od małego rekonesansu w gminie Kostrzyn Wlkp. oraz od pierwszego fotografowania w powiecie wągrowieckim (patrz zdjęcie na początku tego postu), korzystając z zaproszenia Lecha Szymanowskiego, który w galerii Miejskiego Domu Kultury pokazuje moją wystawę „808,2 km” (patrz zdjęcie poniżej – z piątkowego wernisażu).

08.07.2016 MDK Wągrowiec, wernisaż „808,2 km”, z prawej strony stoi (odwrócony tyłem) Krzysztof Szymoniak, który wygłosił bardzo konkretny wstęp; na lewo ode mnie stoi Lech Szymanowski
Na blogu będę od czasu do czasu publikował zdjęcia, jakie wywołam i zeskanuję. Do zobaczenia!


poniedziałek, 1 lutego 2016

Janusz Nowacki w Pix.House

W najbliższy piątek, 5 lutego w galerii Pix.House w Poznaniu (ul. Głogowska 35A) o godz. 18.30 rozpocznie się spotkanie autorskie Janusza Nowackiego z okazji wydania przez ProFotografię Moniki Piotrowskiej monografii Janusza pt. „Pejzaże z drogi do ciszy”.

Bardzo cieszę się z tej książki, bo ona się Januszowi po prostu należy. Za dziesiątki lat tworzenia i organizowania życia fotograficznego w Poznaniu i województwie, za dziesiątki, a może setki ludzi zarażonych przez Nowackiego fotografią, za galerię pf i za tak zwany „całokształt”. Wielki ukłon w stronę Moniki Piotrowskiej i Andrzeja Niziołka - za tę książkę. Napiszę swoją opinię o książce, kiedy już będę ją miał, czyli po piątku. To już trzecia książka Nowackiego w ostatnim czasie, po „Twarzach jazzu” i „Lustrach pamięci”. W zapowiedziach spotkania przywoływane są słowa Janusza, jakoby ta książka miała być „podsumowaniem i zamknięciem klamrą tego, co dotąd zrobiłem”, ale ja w to nie wierzę. Jak go znam, to przygotowuje coś zupełnie nowego, coś, czym wszystkich zaskoczy. Ale jeszcze nad tym pracuje...