niedziela, 9 sierpnia 2020

Fotofestiwal 2020, cz. I

Z kolekcji Hunta


Nie byłem na Fotofestiwalu już parę lat, z tym większą ciekawością, ale i też z większymi oczekiwaniami, wybrałem się do Łodzi dzisiaj (niedziela. 9.08.). To pierwsza część tegorocznej edycji festiwalu, druga ma być w październiku, o ile oczywiście sytuacja pandemiczna pozwoli. Jest  nietypowo, bo obowiązują rygory antywirusowe, ludzi dużo mniej niż zwykle, ale i tak interesująco. Jak zwykle.

W tym roku tematem przewodnim są kolekcjonerzy fotografii i ich kolekcje. Nie widziałem wszystkiego, a tylko wystawy główne w Łódź Art Center (chyba nadal to miejsce tak się nazywa) przy Tymienieckiego oraz jedną wystawę towarzyszącą – w pobliskiej Willi Grohmanna, czyli w Muzeum Książki Artystycznej; na więcej sił nie starczyło, upał i maseczki nie pozwoliły na więcej. Nie zamierzam pisać dziennikarskiego sprawozdania z tego, co widziałem, a jedynie podzielić się z Czytelnikami tego bloga moimi refleksjami i odczuciami. 

Chyba największe wrażenie zrobiła na mnie wystawa inicjatywy Fortepan z Węgier, czyli archiwum fotografii anonimowych, negatywów wyrzuconych na śmietniki, nieznanych autorów, a także  zdjęć podarowanych przez różnych ludzi. Dwóch kolegów ze studiów, podejrzewam, że mniej więcej w moim wielu, postanowiło kolekcjonować fotografię niechcianą, niedocenianą, skanować i archiwizować (opisywać, tagować) to wszystko, co wpadnie im w ręce. Wpierw dostrzegli wielką wartość, zwłaszcza dokumentalną takiej fotografii, często bardzo amatorskiej, kiepskiej technicznie i kompozycyjnie – a później zaobserwowali, że miewa ona w swojej masie także wartość historyczną, a nawet artystyczną. Mieli rację! Dzięki nim możemy dziś oglądać bardzo różne zestawy fotografii, czasem bardzo zaskakujące, np. z „misiem” zatytułowane: „Koszmar Bożego Narodzenia”, czy np. odzwierciadlające marzycielski mit Ameryki – zdjęcia z Coca Colą czy drogą nr 66. 

cdn.

poniedziałek, 2 marca 2020

Zapraszam do Wrocławia na moją wystawę



Muzeum Pana Tadeusza zaprasza na wystawę fotografii autorstwa Waldemara Śliwczyńskiego, przedstawiających dwory, pałace i zameczki z wielkopolskiego szlaku Adama Mickiewicza. 
Dwory i dworki polskie, pałace i zameczki – wszystkie te miejsca do których dzisiaj sięga wyobraźnia wędrowca. Ludzkie gniazda w wersji luksusowej. Te, które weszły do kanonu ziemiańskiego życia, powstawały najczęściej około połowy XVIII wieku, następnie przerabiane i modernizowane dotrwały, mimo wojennych kataklizmów, do dzisiaj.
Dwory wielkopolskie tak niepodobne, a jednak przywodzące na myśl dwory litewskiego ziemiaństwa, gościły młodego, sławnego, polskiego poetę Adama Mickiewicza od sierpnia 1831 do marca 1832 roku. Wielkopolski szlak Mickiewicza wiódł od dworów i dworków do pałaców – kędyż on nie przejeżdżał! Czasem aż trudno uwierzyć, że w tak krótkim czasie zdołał przemierzyć Wielkopolskę wzdłuż i wszerz, a co ważniejsze, zatrzymać się choć na kilkanaście godzin w tylu miejscowościach.
To w gościnnych wielkopolskich dworach doznał po raz ostatni smaku ojczystych potraw i napełnił wzrok swojskimi krajobrazami, zanurzył się w szlacheckiej, polskiej tradycji. Ta odświeżająca pamięć kąpiel w polskości, pozwoliła na napisanie „Pana Tadeusza”.
Tyle napisało Muzeum, od siebie dodam, że będę oprowadzał po wystawie i opowiadał o fotografiach, o ich powstawaniu – w piątek, 13 marca, o godz. 16.00. Jeśli będziecie w pobliżu (Wrocław, Rynek 6), to oczywiście zapraszam, będzie mi miło.

niedziela, 29 grudnia 2019

Czas tęsknoty – za „Kwartalnikiem Fotografia”, Bogdanem, Wojtkiem, Ewą

Koniec roku. Kolejnego roku. Kolejny czas bilansu. Kolejne plany. A nawet jeśli nie plany, bo plany to konkrety, to chociaż chęci, ciągoty.
Ale zanim o przyszłości słów parę, wpierw parę słów o roku, który mija. Wielkim ciosem była dla mnie śmierć Bogdana Konopki, cały czas zmagam się z Jego odejściem. Trudno nawet o tym pisać, żeby wyrazić ból, żal i poczucie straty. Jak zwykle, kiedy umrze ktoś bliski, wydaje się to takie nierealne, nieprawdziwe. Cały czas słyszę jego głos, widzę jego zmęczone oczy, kiedy rozmawiamy. 
Mateusz Palka pisze książkę o Bogdanie, zaczął ją pisać jeszcze za życia Bogdana. Wiem, że dobrze to zrobi, bo tak jak ja i wielu innych, kochał fotografię Bogdana i bardzo go cenił. Jak się pisze sercem i rozumem, to musi powstać coś dobrego. Bogdan zasłużył na dobrą książkę o nim. Krzysztof Szymoniak we współpracy z autorem miał napisać książkę o twórczości pisarskiej, krytycznej Bogdana Konopki, gromadził już materiały, ale niespodziewana śmierć Bogdana wszystko popsuła, chociaż nie wiem wszystkiego, może te prace trwają nadal. Na pewno byłoby warto, żeby taka książka, antologia tekstów Bogdana Konopki powstała. Bogdan powiedział mi kiedyś, że każdy fotograf, który pisze o twórczości innych fotografów, tak naprawdę zawsze pisze o sobie, o swojej twórczości. I trudno się z nim nie zgodzić. Czytając jego teksty do „Kwartalnika Fotografia” zawsze pamiętałem o tym. Pisząc artykuły o innych podsuwał gotowe tropy interpretacyjne dla interpretacji tego, co sam robił. 
Śmierć Bogdana spowodowała też, że zupełnie nie mam już ochoty jechać do Paryża. Dopiero po jego śmierci uświadomiłem sobie, że przeż ostatnie 20 lat Paryż był dla mnie miejscem ważnym, interesującym, bo był tam Bogdan, też mój przewodnik po tym mieście, który mówił mi nie tylko o tym, gdzie warto pójść, żeby obejrzeć dobrą fotografię, ale też gdzie kupić dobre i niedrogie wino na kolację. On pozwalał mi oswajać Paryż. Niesamowicie było pobyć w jego mieszkaniu z jego książkami, nieprzebranym archiwum jego odbitek, w jego ciemni, na przykład z jego powiększalnikami, których raczej nie używał  (a ja go namawiałem, żeby powiększał swoje negatywy). Teraz już nie chcę jechać do Paryża – po co?

Teraz, kiedy znowu kończy się rok, myślę też sporo o Wojtku Zawadzkim i Ewie Andrzejewskiej, o ludziach tragicznych, których fotografię i oddanie fotografii tak zawsze kochałem i których miałem szczęście poznać. Bardzo mi ciężko, że tej trójki już nie ma. Klasycy. Ze „starej” ekipy pozostał mi już tylko Andrzej Jerzy Lech, z którym mam kontakt (internetowy) prawie codzienny oraz Janusz Nowacki, który – mam takie wrażenie – odsunął się ostatnio nie tylko ode mnie. Boleję nad tym, bo to człowiek wyjątkowy, dla mnie też. Jest oczywiście jeszcze sporo innych osób, fotografów, z którymi się przyjaźnię i którzy na szczęście żyją (jeszcze, tak jak ja!), ale tegoroczne odejście Bogdana było i jest na tyle silnym ciosem, że nadal je przeżywam. 
Kiedy myślę o Bogdanie, nieubłaganie pojawia się też „Kwartalnik Fotografia”, dla którego tak wiele zrobił. To jest niezaprzeczalne. Może „KF” wróci i chociaż w małej części, zwróci Bogdanowi Konopce dług, jaki wobec niego ma. Tak, proszę Szanownej Frekwencji – myślę o wskrzeszeniu tego pisma. Na razie niczego nie obiecuję, bo uzależnione jest to od wielu spraw ode mnie niezależnych, ale potwierdzam – myślę o tym. I chcę tego. Co o tym myślicie, Drodzy Czytelnicy tego bloga? Warto drugi raz wejść do tej samej rzeki? A może są chętni do współpracy? 





wtorek, 15 października 2019

Irek Linde nie żyje już od 15 lat – jadę Go wspominać i oddać mu hołd

Ireneusz Linde był jednym z moich fotograficznych nauczycieli. Mieszkał w Sierakowie koło Międzychodu. Był bardzo dobrym fotografem i jednocześnie skromnym gościem. W kwietniu 1989 zabrał mnie do niego Janusz Nowacki.



Ireneusz Linde na wieży wodociągowej w Chrzypsku Wielkim w kwietniu 1990, plener zorganizowany przez Janusza Nowackiego, wojewódzkiego instruktora fotografii
To Irek pokazał mi jak wywołuje się negatywy i jak robi się odbitki, jego pokaz mam stale przed oczami, w zasadzie niczego nie zmieniłem, robię tak jak on mi kazał, a jedyną zmianą jest to, że nie ma już Fotopanu HL i Hydrofenu. 
Wcześniej, w 1989, cały dzień łaziliśmy z aparatami po rezerwacie buków w okolicach Sierakowa, a Janusz pożyczył mi flektogona 20, który gwarantował „zdjęcia artystyczne”. No faktycznie, ten obiektyw dawał kopa, nawet wtedy, gdy wkręciło się go do Zenitha wypożyczonego z domu kultury. To wtedy zostałem zainfekowany fotografią.
Rok później byłem już na plenerze w Chrzypsku Wielkim, też dzięki Januszowi, i gdzie m.in. fotografowaliśmy z wieży wodociągowej i to po spożyciu. 
Po latach miałem przyjemność gościć Irka i jego fotografię we Wrześni, gdzie złożyłem Wrzesińskie Towarzystwo Fotograficzne. Urządziłem mu, na początku lat 90. wystawę w klubie Hades ZWG Tonsil, gdzie WTF miał wówczas siedzibę. Irek był na wernisażu, pamiętam dziś, że miał na sobie bardzo ładny sweter, chyba z owczej wełny, podobny do mojego. 
Potem widywaliśmy się sporadycznie, tylko u Janusza na wernisażach w pf-ie, był też na plenerze w Mikuszewie, chyba w 2002, ale widać było, że jest chory. Następny raz był najsmutniejszy – jego pogrzeb. W pierwszą rocznicę śmierci Irka, Elżbieta postanowiła wydać Irkowi książkę i naszemu wydawnictwu zaproponowała jej wydanie. Powierzyła nam – mnie i Joli, mojej żonie – to dzieło. Zostawiła nam wszystkie fotografie (oryginały) Irka, katalogi i teksty prasowe o jego twórczości, a naszym zadaniem stało się uporządkowanie wszystkiego i zrobienie z tego książki. Łatwo nie było. Przez wiele dni i tygodni mieszkaliśmy i żyliśmy z tymi materiałami, rozstawiliśmy je w całym domu i „studiowaliśmy”. Bardzo mocno zaangażowała się Jola, więc ona figuruje w stopce książki jako redaktor. Po wielu dniach doszliśmy do zgody, co wybrać i w jakiej kolejności pokazać. Elżbieta z drobnymi poprawkami zaakceptowała nasz wybór, więc książka mogła wreszcie ukazać się drukiem. Moim zdaniem, to interesująca pozycja, i do poczytania i do oglądania. Podczas jej powstawania z jednej strony wzruszało nas niezmiernie to, że Elżbieta poruszyła niebo i ziemię, aby zdobyć pieniądze na książkę, a z drugiej i to, że ich – Eli i Irka – wielka miłość trwa nadal. Pomyślałem sobie też o tym, że nie chcę Joli zostawiać z tym miłym, ale też i emocjonalnie trudnym, zadaniem pośmiertnego podsumowania działalności artystycznej męża. 
W piątek, 18. października jedziemy do Sierakowa wspominać w gronie kolegów Ireneusza Linde w 15. rocznicę śmierci, ciekawe jak to miejsce odbiorę po latach. W sobotę ma odbyć się plener, na który bardzo się cieszę, tym bardziej, że efekty mają być zaprezentowane w przyszłym roku na wystawie podczas kolejnego Festiwalu im. Ireneusza Zjeżdżałki. Organizatorem wszystkiego jest niezmordowany Władek Nielipiński. 



piątek, 23 listopada 2018

Janusz Nowacki – moja pierwsza fotograficzna miłość (cz. 1)

Fot. Janusz Nowacki, Tatry 1986


Druga połowa lat 80. XX wieku. W 1984 mam 26 lat. Po kulturoznawstwie robię filozofię, wszystko na UAM. Profesor Włodzimierz Ławniczak obiecuje mi etat na filozofii, ale na razie jest on zajęty przez dziewczynę, która urodziła dziecko. Mam jakoś przezimować rok. Pani profesor Krystyna Zamiara, promotorka mojej magisterki na kulturoznawstwie załatwia mi robotę w Wyższej Szkole Pedagogicznej w Szczecinie (dzisiaj to Uniwersytet). Jestem asystentem, w drugim semestrze prowadzę zajęcia ze studentami zaocznymi. Mija rok akademicki, więc wypowiadam umowę w Szczecinie, bo przecież asystentura u Ławniczaka już na mnie czeka. Za wakacje Szczecin już mi nie płaci (gdybym sam się nie zwolnił, to by zapłacili).

Wakacje, sierpień, jestem z rodziną we Wrześni, czekam na etat na filozofii od października, ale przecież pewne to nie jest. Pewnego dnia wpada do mnie znajomy didżej Michał Wesołowski: – Słuchaj, skończyłeś kulturoznawstwo, a w domu kultury w Miłosławiu, gdzie gram dyskoteki i gdzie mam dziewczynę, naczelnik wywalił dyrektora Rysia Zjeżdżałkę (ojca Eryka) i oni szukają kogoś na jego miejsce, może chcesz zostać dyrektorem? Zawahałem się, ale pojechałem, pogadałem i zostałem dyrektorem. „Jak będzie praca na uczelni, to po prostu odejdę z Miłosławia i tyle”, pomyślałem i chyba nawet uprzedziłem o tym naczelnika miasta i gminy. Miałem wtedy 26 lat i przyznaję, że pieczątka z nagłówkiem „Dyrektor” trochę łechtała moje ego, chociaż podkreślam to stanowczo – miałem też do tego spory dystans, bo przecież w głębi duszy czułem się człowiekiem myśli, naukowcem, a nie urzędnikiem, „działaczem”, człowiekiem „na stanowisku”. 

Pojechałem na uczelnię i wtedy dowiedziałem się, że niestety, ale ta pani, która ma małe dziecko postanowiła jeszcze rok utrzymać zatrudnienie, co dla mnie oznaczało, że muszę czekać jeszcze rok. Nie zmartwiłem się za bardzo, bo jeszcze pisałem magisterkę na filozofii, moja żona na historii sztuki też. Jeździłem jeszcze od czasu do czasu do Poznania na swoje seminarium i na zebrania pracowników zakładu (Zakład Logiki i Metodologii Nauk), publikowałem w „Studiach Metodologicznych” i w „Studiach Estetycznych”, więc podtrzymywałem kontakt z uczelnią. Postanowiłem czekać na etat, chociaż – co po pewnym czasie zauważyłem z pewnym zaniepokojeniem – coraz bardziej podobało mi się w Miłosławiu! Odkryłem na przykład, że sfera czynu może być atrakcyjna co najmniej tak samo jak sfera myśli. Wydawało mi się wówczas naiwnie, że naukę, refleksję teoretyczną, można uprawiać w domu, z dala od instytucji naukowych, z dala od środowiska naukowego, robiąc przy tym również inne rzeczy. 

Zostawmy co było dalej i przejdźmy w końcu do głównego wątku, czyli do erotyki. Jak to się stało, że pokochałem Janusza Nowackiego i jego fotografię? 

Jako się rzekło, w 1984 zostałem dyrektorem Miejsko-Gminnego Ośrodka Kultury w Miłosławiu (te piękne nazwy były ustalane odgórnie, w Warszawie). Pewnego razu, już nie pamiętam z jakiej okazji, zaproszono szefów domów kultury „z terenu” do Poznania, do Pałacu Kultury (dzisiaj Centrum Kultury Zamek), niech się odchamią. Zasiedliśmy na wygodnych fotelach w sali Kina Pałacowego, a jednym z punktów programu był pokaz diaporamy „Bitwa na lodowym polu” Janusza Nowackiego, któremu na balkonie – co widzieliśmy z dołu – pomagali jeszcze inni ludzie, bo obrazy na ekran rzucane były z kilku rzutników. 

Jakby mnie „pierun strzelił”! Ludzie, to był odlot. Nigdy wcześniej nie widziałem czegoś takiego, nie słyszałem, nie miałem pojęcia, że w ogóle coś takiego można zrobić! Nie widziałem wcześniej niczego równie pięknego. To było jak inicjacja seksualna, jak pierwsze ruchanie! To mnie ukłuło, użądliło, to było punctum, aura – wszystko razem! Nie potrafię słowami opisać tego, co wtedy czułem. Wielki ekran, niesamowite obrazy i jeszcze to przenikanie, zanikanie, powracanie i wszystko idealnie zgrane z muzyką – nie dam sobie nic uciąć, ale chyba to była „Spirala” Vangelisa. Piękna muzyka połączona z pięknymi obrazami – w tym czymś było wszystko, co kocham. Chyba wtedy pierwszy raz w życiu odkryłem, że kocham właśnie te dwie rzeczywistości. Ten pokaz zmienił moje życie. Nie znałem wtedy Janusza, chyba.

Tak, czy siak, wiedziałem, że bardzo chcę poznać człowieka, który tworzy takie nieprawdopodobnie piękne rzeczy. I poznałem, chociaż tego pierwszego razu nie pamiętam. Janusz Nowacki był wtedy pracownikiem Pałacu i wojewódzkim instruktorem fotografii, do którego zadań należało między innymi, jak to się wtedy mówiło, animowanie działalności fotograficznej w małych ośrodkach terenowych, poprzez organizację szkoleń instruktorów fotografii, wystaw, plenerów, spotkań i innych działań. Mieliśmy więc jakby wspólny „interes”, żeby zacząć współpracę. Ja dzięki jego diaporamom odkryłem fotografię jako pole możliwej, ewentualnej, przyszłej, fajnej, kolejnej działalności mojego domu kultury, a on chyba wyczuł (bo ma na to specjalne zmysły!), że jestem potencjalnie dobrym „materiałem” do zainfekowania fotografią w ogóle. No i się zaczęło. 

Zaprosiłem Janusza do Miłosławia z pokazem diaporam, zacząłem go odwiedzać w Pałacu, on zapraszał mnie na imprezy, wernisaże, a potem – kiedy okazało się, że sam mam ochotę fotografować – na plenery, gdzie poznałem podstawy całego procesu: od fotografowania, przez wywoływanie negatywów, odbitek, po ich oprawianie i wieszanie wystaw. Jednocześnie z poznawaniem warsztatu, poznawałem fotografię Janusza. Podobnie jak z diaporamą, o której mówię wyżej, było z jego fotografią czarno-białą: mistrzostwo świata! Perfekcyjne, niezwykle ostre, odbitki. I do tego tonowane na dziwne kolory, ni to niebieskie, ni to we fragmentach szarożółte i smolisto-czarne. Nie znałem wówczas za bardzo innej fotografii, tego co zrobiono wcześniej i w tym czasie, dlatego trudno było mi wówczas wyobrazić sobie, że można fotografować lepiej. Janusz nie był szczodry w pokazywaniu tego, co zrobił. Jego zdjęcia poznawałem powoli, nie od razu, czasem wpadałem na coś przypadkiem. Tak było na przykład z wodnymi panoramami – pierwszy raz zobaczyłem je chyba po latach w „Fotografii”, a napisał o nich Zbyszek Tomaszczuk (nie jestem tego pewien). To niesamowicie piękne fotografie. 








Nie znam równie dobrych wodnych panoram w fotografii. Janusz, być może to wpływ jego pasji nurkowych, ale tylko być może, ma szczególne oko na wodę, widać, że w wodzie czuje się jak ryba. Swoimi zdjęciami potwierdza hipotezę, że my ludzie z wody wyszliśmy, a  ona nas cały czas woła, przyciąga. Janusza, jak widać, znacznie silniej niż innych. 

cdn.

niedziela, 16 września 2018

„Eryk – życie i twórczość” – 14 października 2018, Września

Serdecznie zapraszam w niedzielę, 14 października do Wrześni, gdzie w Muzeum Regionalnym o 18.00 rozpocznie się wernisaż wystawy, jaką przygotowuję z Anią Zjeżdżałką z okazji 10. rocznicy śmierci Eryka.
Wcześniej, bo o 16.00 rozpoczną się dwa wydarzenia towarzyszące, a mianowicie w WOK-u wernisaż Grupy Moment Piotra Nowaka, potem na ul. Warszawskiej wernisaż plenerowej wystawy „Mały atlas mojego miasta”, czyli fotografie Eryka Zjeżdżałki i haiku Marcina Myszkiewicza. 
Podczas mojego wernisażu w Muzeum m.in. premiera filmu dokumentalnego „Eryk” mojego nieudolnego zapewne autorstwa, a po nim wykład dra Krzysztofa Jureckiego, który będzie wstępem do mini sympozjum poświęconemu znaczenia twórczości Eryka Zjeżdżałki dla historii fotografii polskiej. Zapraszam do dyskusji.

Muszę przyznać, że nie raz, nie dwa, nie trzy łezka mi się w oku kręci, kiedy wracam do tamtych czasów, kiedy wertuję wszystko, co mam po Eryku, kiedy czytam i przeglądam segregatory, jakie mi Ania pożyczyła, do ewentualnego wykorzystania w filmie. Wiele się przypomina... Nagrałem już wypowiedzi około dwudziestu osób i cały czas przychodzą pomysły, żeby nagrać kolejnych. Trzeba też uczciwie przyznać, że jedna z bardzo ważnych dla Eryka osób odmówiła udziału w filmie, parę – mam takie wrażenie – nie chce wziąć udziału i piętrzy problemy... Mniejsza o nazwiska, nikogo prosić nie będę. 

Podziękowania dla naszego Mistrza i Ojca w fotografii

Planer „Września '99” rozpoczęła wystawa „Września na styku” Grupy Twórczej Wrześnica Śliwczyński / Zjeżdżałka w Muzeum Regionalnym im. Dzieci wrzesińskich

Bardzo cieszyliśmy się z przyjazdu Janusza, Ewy, Wojtka i innych


Chociaż staram się, żeby całość wyszła jak najlepiej, to na razie pewności, że tak będzie, nie mam. Nie jestem profesjonalnym filmowcem, ale cóż – bardzo chcę ten film zrobić. Dla Eryka. Będzie dostępny na You Tube, więc, mam taką nadzieję, nigdy nie zginie i pamięć po Eryku będzie trwać. I dobrze, bo on na to zasługuje. 

To niesamowite, ale ludzie do dzisiaj zaglądają na Jego bloga (Proces naturalny), piszą komentarze. Pamiętają. To bardzo miłe. Dla Jego rodziny też. 

Im dłużej Go nie ma, tym bardziej mi go brakuje. 

Przyjedźcie do Wrześni za miesiąc... pogadamy.

wtorek, 20 marca 2018

Zapraszam do Śmiełowa na wystawę podczas Nocy Muzeów

Wszystko wskazuje na to, że od 16 maja do 30 września w Muzeum im. Adama Mickiewicza (oddział Muzeum Narodowego w Poznaniu) będę miał wystawę.


Wstępny szkic planszy tytułowej 
Na razie ciężko pracuję w ciemni, bo do odbicia mam 100 (słownie: sto!) barytów, które po wystawie staną się własnością Muzeum, więc muszą być odbitkami o jakości archiwalnej! Popeliny nie można odwalić, wszystko musi być zgodne ze sztuką, żadnych wykwitów po 10 latach. Na razie mam połowę. Średnich, czyli skopiowanych na formacie 30x40 cm. Do zrobienia mam: 30 panoram z formatu 30x40 oraz 20 szt. powiększeń na papierze 50x60 cm. Wszystko odbijam na papierze Ilford Multigrade o powierzchni 1K, czyli błysk (podoba mi się określenie „lucida” albo „brillance” jakie są na pudełku), chociaż suszę na szybach obrazem do góry, czyli na tak zwany kiedyś półbłysk. Każdy, kto kiedyś miał „przyjemność” robić odbitki w ciemni w takiej ilości i w takim formacie, wie jak to jest. Na jednej sesji ciemniowej robię przeważnie 6 odbitek, czasem 8, żeby na gotowo mieć 50 zdjęć zużyłem 3 paczki papieru po 50 każda, czyli zmarnowałem 100 arkuszy.
Tak to już jest – mimo naświetlania wielu próbek, czyli pasków odciętych z dołu arkusza, który później będzie naświetlony, dość często powtarzam dane naświetlenie, bo jednak jest zbyt blade lub za ciemne. Staram się być dokładnym, często zmieniam chemię, nawet częściej niż mówi instrukcja obsługi (wcześniej nie zwracałem na to aż takiej uwagi, jak wywoływać jeszcze „ciągnął” to jechałem dalej). Chcę wszystko zrobić najlepiej jak umiem. 
Wywołuję w Bromophenie, przerywacz – zwykły ocet z wodą – a utrwalacz Ilford Rapid, czyli rozcieńczam koncentrat. Długie płukanie w kuwecie, częste zmienianie wody, częste przekładanie arkuszy w kuwecie, płukanie pod bieżącą i ciepłą wodą (zakładam, że ciepła woda działa szybciej i skuteczniej niż zimna). Nie mam niestety testera, który dałby mi odpowiedź, czy dobrze zrobiłem odbitkę, czy jest całkowicie neutralna, pozbawiona złych substancji, które po wielu latach wywołują wykwity. 
Podobają mi się zdjęcia, które dotąd odbiłem, jutro albo pojutrze zacznę wywoływać panoramy z małego obrazka, a na koniec zostawię sobie największe, na papierze 60 cmx50 cm. Myślę, że całość będzie przedstawiała się interesująco, dlatego zapraszam serdecznie na wernisaż i obejrzenie prac w oryginale. Początkowo miałem plan, aby zrobić wydruki na dobrej drukarce atramentowej (mam taką, kupiłem tusze archiwalne i odpowiednie papiery, zrobiłem skany na bębnie i próbne wydruki), ale później doszedłem do wniosku, że nie ma to jak własnoręczny autentyczny obraz z ciemni. Nawet jeśli nie jestem mistrzem obróbki laboratoryjnej, to jednak fotografie zrobione moją ręką są więcej warte niż wydruki, czy też kopie zrobione w Lablabie w Krakowie. 

Wzruszyłem się.