wtorek, 20 marca 2018

Zapraszam do Śmiełowa na wystawę podczas Nocy Muzeów

Wszystko wskazuje na to, że od 16 maja do 30 września w Muzeum im. Adama Mickiewicza (oddział Muzeum Narodowego w Poznaniu) będę miał wystawę.


Wstępny szkic planszy tytułowej 
Na razie ciężko pracuję w ciemni, bo do odbicia mam 100 (słownie: sto!) barytów, które po wystawie staną się własnością Muzeum, więc muszą być odbitkami o jakości archiwalnej! Popeliny nie można odwalić, wszystko musi być zgodne ze sztuką, żadnych wykwitów po 10 latach. Na razie mam połowę. Średnich, czyli skopiowanych na formacie 30x40 cm. Do zrobienia mam: 30 panoram z formatu 30x40 oraz 20 szt. powiększeń na papierze 50x60 cm. Wszystko odbijam na papierze Ilford Multigrade o powierzchni 1K, czyli błysk (podoba mi się określenie „lucida” albo „brillance” jakie są na pudełku), chociaż suszę na szybach obrazem do góry, czyli na tak zwany kiedyś półbłysk. Każdy, kto kiedyś miał „przyjemność” robić odbitki w ciemni w takiej ilości i w takim formacie, wie jak to jest. Na jednej sesji ciemniowej robię przeważnie 6 odbitek, czasem 8, żeby na gotowo mieć 50 zdjęć zużyłem 3 paczki papieru po 50 każda, czyli zmarnowałem 100 arkuszy.
Tak to już jest – mimo naświetlania wielu próbek, czyli pasków odciętych z dołu arkusza, który później będzie naświetlony, dość często powtarzam dane naświetlenie, bo jednak jest zbyt blade lub za ciemne. Staram się być dokładnym, często zmieniam chemię, nawet częściej niż mówi instrukcja obsługi (wcześniej nie zwracałem na to aż takiej uwagi, jak wywoływać jeszcze „ciągnął” to jechałem dalej). Chcę wszystko zrobić najlepiej jak umiem. 
Wywołuję w Bromophenie, przerywacz – zwykły ocet z wodą – a utrwalacz Ilford Rapid, czyli rozcieńczam koncentrat. Długie płukanie w kuwecie, częste zmienianie wody, częste przekładanie arkuszy w kuwecie, płukanie pod bieżącą i ciepłą wodą (zakładam, że ciepła woda działa szybciej i skuteczniej niż zimna). Nie mam niestety testera, który dałby mi odpowiedź, czy dobrze zrobiłem odbitkę, czy jest całkowicie neutralna, pozbawiona złych substancji, które po wielu latach wywołują wykwity. 
Podobają mi się zdjęcia, które dotąd odbiłem, jutro albo pojutrze zacznę wywoływać panoramy z małego obrazka, a na koniec zostawię sobie największe, na papierze 60 cmx50 cm. Myślę, że całość będzie przedstawiała się interesująco, dlatego zapraszam serdecznie na wernisaż i obejrzenie prac w oryginale. Początkowo miałem plan, aby zrobić wydruki na dobrej drukarce atramentowej (mam taką, kupiłem tusze archiwalne i odpowiednie papiery, zrobiłem skany na bębnie i próbne wydruki), ale później doszedłem do wniosku, że nie ma to jak własnoręczny autentyczny obraz z ciemni. Nawet jeśli nie jestem mistrzem obróbki laboratoryjnej, to jednak fotografie zrobione moją ręką są więcej warte niż wydruki, czy też kopie zrobione w Lablabie w Krakowie. 

Wzruszyłem się.



sobota, 24 lutego 2018

Sanatorium – dokończenie

Jak zwykle zaczynam od zastrzeżenia, że nie wiem, czy cały świat pozwoli mi dokończyć, załóżmy na początku, że tak.

Poprzedni wpis zakończył się opisami zabiegów – laseroterapii i biczy szkockich. Kolej na następne. Kąpiel solankowa to kolejna ściema: kładziesz się na 10 minut do dużej wanny z solą i... nic więcej. Leżysz sobie na golasa, jajeczka sobie pływają, a ty sobie myślisz, np. co to ma dać? Nie trzeba jechać do uzdrowiska, żeby sobie kupić sól do kąpieli i w domu poleżeć w wodzie. Dłużej niż 10 minut.
Borowina – mnie, tak jak większości kuracjuszy, zapisano okład odcinka lędźwiowego – możesz mieć swój ręcznik, który sobie rozkładasz na łóżku, gramolisz się na nie, kładziesz się na brzuchu, lekko ściągasz gacie i unosisz koszulkę z krótkim rękawem, odsłaniając odcinek lędźwiowy. Czekasz na obsługę, która chlaśnie ci tym cudownym szlamem na plecy, owinie specjalistycznie i tyle. Znowu masz 25 minut dla siebie – albo podsłuchujesz o czym inni gadają, a przeważnie kuracjusze gadają o innych kuracjuszach, albo ogólnie o sanatorium, czyli o bardzo ciekawych rzeczach. Możesz ewentualnie zająć się swoimi myślami. Leżenie bez ruchu powoduje, że cierpniesz, więc od czasu do czasu zmieniałem położenie głowy, raz na prawym policzku, raz na lewym. Raz czy dwa zdarzyło mi się zdrzemnąć.
Wirówka, czyli kąpiel wirowa – zapisali mi to na dłonie. To już była kompletna ściema – 10-minutowe bąbelki w zwykłej wodzie, która chlapie cię, zwłaszcza górną część spodni, dlatego warto brać ze sobą ręcznik i położyć go na kolanach.
Gimnastyka ogólnorozwojowa – 30 minut (w teorii, bo wchodzi się zawsze dobre 5 minut po czasie, a potem, znowu dobre 5 minut trwa przystawianie pieczątek w kartach zabiegów, dobieranie przyrządów, więc czystej gry jest około 20 minut). To zabawa grupowa, bierze w niej udział około 25 osób, ćwiczenia pokazuje instruktor, a my powtarzamy. Poziom trudności jest wysoki, tak wysoki, żeby panie i panowie po 80. dali radę. 
I to z mojej strony wszystko. Żona miała jeszcze 5-minutową krioterapię i 20-minutowe ćwiczenia z odciążeniem. Według żony – kolejna ściema.
Każdy zwykły kuracjusz miał codziennie 3 zabiegi, czyli łącznie około godziny. Czasem udawało się je tak skomasować, żeby czasu wolnego było sporo, ale nie zawsze było to możliwe. Tak, czy siak do obiadu zabiegi się kończyły. Niedziele wolne. 
Fizjoterapeuci różni, ale ogólnie w porządku, wielkiego entuzjazmu ani zaangażowania nie zauważyłem. Odwalają pańszczyznę. Nawet kontaktu wzrokowego z kuracjuszami unikają, nie są zainteresowani nawiązywaniem jakichkolwiek więzi. 
Sanatoria to rozpusta – z takim przeświadczeniem jechałem do Sopotu. Ciekawiło mnie jak to jest naprawdę. Chociaż byłem tam trzy tygodnie, to jednak nie mogę potwierdzić tej powszechnej opinii. Były wieczorki tańcujące i występy, ale frekwencja na nich była co najwyżej średnia. Nie widziałem też żadnego towarzycha, po którym widać, że to imprezowicze. Tylko z pojedynczych pokoi w porach wieczorno-nocnych dochodziły podejrzane dźwięki. Dominował spokój. Być może pora roku, grudzień, to nie był czas kiedy zjeżdża towarzycho, albo może tacy ludzie nie jeżdżą do w sumie dość biedniuchnego sanatorium NFZ. Nie wiem.
Przy wyjeździe dowiedziałem się, że efekty zdrowotne odczuję za dwa, trzy tygodnie. Nie odczułem.
Mimo wszystko chciałbym jeszcze kiedyś pojechać do sanatorium...

Mam nadzieję, że niczego nie zgubiłem...


sobota, 6 stycznia 2018

Sanatorium – ciąg dalszy: jak to jest? (cz. 2)

Tym razem też nie wiem, czy dokończę.

Wpis właściwy:

Kiedy już mamy skierowanie – jedziemy! Radośni, ale też pełni obaw, bo w końcu to wyprawa w nieznane. Jola zrobiła reaserch po znajomkach i rodzinie (jej mama jest wielokrotnym sanatoryjnym recydywistą, więc wie wszystko), z którego wyszło, że trzeba być na miejscu jak najwcześniej, bo wtedy można dostać lepszy pokój. Początkowo był nawet plan, żeby pojechać dzień wcześniej, załatwić sobie nocleg w Sopocie i na recepcji Heliosa zająć jedno z pierwszych miejsc, ale na szczęście ten pomysł upadł, bo nie trzeba aż tak się starać. 
Od początku wiedzieliśmy, że pojedziemy autem, bo  chcemy sporo zabrać, nie ciuchów, ale innych rzeczy, np. rowery, czy skaner i negatywy z mojego archiwum (o tym szczegółowo później), bo nie chciałem „zmarnować” czasu w sanatorium – dlatego wyjechaliśmy z domu w miarę wcześnie i do Sopotu dotarliśmy około 11.00.
Na dzień dobry, trzeba zapłacić 150 zł za parking przy sanatorium, co jednak nie było drogie, bo przecież daje mniej niż 10 zł za dobę. Na recepcji dwie recepcje: normalna oraz dodatkowa, uruchomiona na dzień przyjazdu nowych kuracjuszy. Ustawiamy się w kolejce – mniej więcej godzina czekania, co to jest godzina... Siadam i sobie patrzę.
Pierwsze wrażenia: 
1. same staruchy! Czyli: jestem jednym z nich...
2. w sanatorium oczywiście obowiązuje całe polskie prawo, Konstytucja, kodeksy, ustawy, prawa człowieka, ale w jeszcze większym stopniu rozmaite „przepisy porządkowe”, „instrukcje”, „zarządzenia”, informacje, itp. przylepiane na ścianach, drzwiach i innych widocznych miejscach.
Pierwszą tego typu kartką jest kartka o tym, że trzeba zamknąć drzwi w mini-windzie zastępującej 4-5 stopni schodów w recepcji:




Z jakiegoś powodu taką kartkę wywiesili, pomyślałem. 

Ale nic, czekamy dalej na swoją kolej w przydziale pokoju. W końcu wchodzimy. Tam dwie miłe, uśmiechnięte panie, co już dodaje nam otuchy, że będzie dobrze. Jola odważnie  deklaruje, że chcemy jak najwyżej (bo z rozmów w kolejce wiemy, że nikt tego nie chce, a my tak!), „bo normalnie mieszkamy nisko”, byle z widokiem na morze – o dziwo otrzymujemy ofertę specjalną: pokój małżeński (duży!) na ostatnim, dziesiątym piętrze, z widokiem na morze, ale „za to” bez własnej łazienki w pokoju, ta jest do wyłącznej naszej dyspozycji, ale w korytarzu – bierzemy z pocałowaniem ręki! A nawet obiecujemy „kawę” z wdzięczności, czego niestety nie spełniliśmy, ponieważ później nie spotkaliśmy tych miłych pań, a recepcja specjalna przeważnie była zamknięta. Nie wiedzieliśmy gdzie one normalnie urzędują. Dodatkowym bonusem dla nas okazało się to, że zapłaciliśmy mniej – z powodu braku łazienki w pokoju – zamiast około 1000 zł wybuliliśmy 740 zł. 
Wejście do pokoju było świetne – przed nami kilka okien, za nimi nasz kilkumetrowy balkon, a dalej – cała Zatoka Gdańska aż po Hel! Prawie nam mowę odjęło!



Obowiązki kuracjusza

Na wstępie, oprócz kluczy do pokoju otrzymuje się dwie kartki – Kartę pacjenta, na której odnotowuje się np. to, czy wypożyczyłeś kijki do nordic walking czy np. w porze letniej – leżaki, rowery – oraz kartkę z informacją, że tu i tu w tej i tej porze masz się zgłosić do pielęgniarki oddziałowej, która jest tam i tam. Przed wejściem do Pani Pielęgniarki wypełnisz formularz, w którym podasz wzrost i wagę, jakie leki bierzesz, na co jesteś uczulony oraz kogo upoważniasz do przekazywania informacji o Twoim stanie zdrowia. Z tym i ze skierowaniem od swojego lekarza rodzinnego (tu możesz go pisać z małej litery) wejdziesz do Pani Pielęgniarki, która coś tam pogrzebie w komputerze, zmierzy ci ciśnienie i każe ci pójść do lekarza, który jest  tu i tam w porze tej a tamtej, u nas było tak, że poszliśmy do lekarza prosto od Pani Pielęgniarki. 
Jak udało mi się zauważyć, Lekarze (lepiej zawsze ich pisać z wielkiej litery) w sanatorium do najmłodszych nie należą, raczej są to wcześni emeryci, którzy tam sobie dorabiają do emerytury. Nasza Pani Doktor nazywała się bardzo fotograficznie – Konopka! Wiesława Konopka.
Badanie trwało mniej więcej 5-10 minut, bo wszystkie nasze dane Pani Doktor miała w komputerze, więc wywiad (np. czy chodzi Pan do fryzjera, dentysty), słuchanie płuc, serca,  nie wymaga wiele czasu. „Dziękuję Panu, kartę zabiegów pod drzwi dostarczy pielęgniarka”. I faktycznie tak się stało. Poszliśmy na obiad, a pod drzwiami czekała na nas najważniejsza kartka – kartka zabiegów, czyli rozpiska dzień po dniu na 21 dni pobytu, godzina po godzinie, gdzie masz być. Nie zgub tej kartki! Masz z nią chodzić na każdy zabieg, żeby przeprowadzający ten zabieg mogli ci przystawić pieczątkę, że byłeś. Jak zgubisz kartkę, to znaczy, że na niczym nie byłeś, więc za wszystko zapłacisz!
Tym razem, w dniu pierwszym, zabiegów żadnych jeszcze nie masz, ale – jak zdążysz załatwić wszystkie formalności z Panią Pielęgniarką i Panią Lekarz – możesz iść na obiad, który wyjątkowo, tylko dla nowych, jest od 14.00. Nam się udało wszystko załatwić, idziemy. Dobre!

Posiłki o porach innych niż w domu: śniadanie 8.00, obiad 13.00, kolacja 17.30 (czasem 17.00). Stawka żywieniowa – 10 zł/osobodzień.

Zabiegi – to ponoć najważniejsze

Przed tym miałem lęki – co to może być? Jak się na różne zabiegi ubierać? co zabierać – laczki, ręcznik? Czy wypada coś dać w łapę? Jak się zachować? Nic nie wiem. Czy nie będę musiał na widok publiczny wystawiać mojego gołego ciała? Czy nie okażę się zbyt mało sprawny, czy nie narażę się na śmieszność? Bałem się. Niepotrzebnie. 
Laseroterapia dłoni – po prostu 10 minut siedzenia w samotności, w okularach ochronnych za kotarami przy „lampie”, która świeci czerwonym światłem w moją dłoń. Nic nie czujesz, zastanawiasz się, co to kurwa ma dać, bo nie czujesz żadnego jej działania.
Bicze szkockie – idziesz dowolnie ubrany, ja byłem w spodniach od dresu i w koszulce z krótkimi rękawami, slipy kąpielowe. Stajesz w gaciach 3-4 metry przed panią, która ma stanowisko do sikania wężem wodą w ciebie, trwa to 5 minut, stajesz tyłem, przodem, jednym i drugim bokiem, podnosisz też jedną i drugą nogę, żeby pani mogła sikać ci w stopy. Sikanie jest wodą ciepłą, ale też zimną, co jest najmniej przyjemne, ale „zdrowe” i podobno przygotowuje Cię do bycia morsem. Na koniec pani mówi „dziękuję”, zostajesz sam, możesz się wytrzeć i ubrać. Czujesz się mocno pobudzony.



cdn.









wtorek, 2 stycznia 2018

Byliście kiedykolwiek w sanatorium? Ja tak! Niezłe jaja! (część 1)

Na początku wstęp: nie wiem, czy uda mi się dzisiaj napisać wszystko, co bym chciał, bo pora coraz późniejsza, ale gdybym musiał przerwać, to zaznaczę to w tytule jako „część I”, co będzie oznaczało, że „dokończenie nastąpi”.  

Teraz zaczyna się wpis właściwy. 

Otóż, od 29 listopada do 20 grudnia 2017 roku byłem pełnoprawnym, prawdziwym kuracjuszem. Podopiecznym Sopockiego Uzdrowiska Helios Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. Groźnie brzmi, prawda? To tylko pozory, ponieważ trafiłem tam z normalnego zaciągu, czyli z NFZ-u (Narodowego Funduszu Zdrowia, operatora pieniędzy na opiekę zdrowotną, które każdy z nas przymusowo powierza Państwu Polskiemu w nadziei, że ono zapewni mu dobrostan na duchu fizycznym i psychicznym). Nie wiem tego na 100%, ale wydaje mi się, że byli tam „zwykli” ludzie, tacy jak my, a nie sami funkcjonariusze tego resortu. Chociaż – kto wie, wszak sztuka kamuflażu akurat tej profesji była i jest dobrze znana.
Kartka na drzwiach do Kawiarni

Dla niezorientowanych napiszę, że procedura wyjazdu do sanatorium jest taka: 
1. trzeba powiedzieć swojemu lekarzowi rodzinnemu, że chce się pojechać do sanatorium (wiele lat sądziłem, że mówi się i pisze „senatorium”, ale to chyba coś innego, tylko dla senatorów);
2. wtedy Pan lub Pani Doktór (zawsze z wielkiej litery!) wypisze albo nie wypisze, ale najczęściej wypisze, skierowanie
3. skierowaniu towarzyszą wskazania na co potrzebujemy leczenia sanatoryjnego, czyli zabiegów
4. te papiery wysyła się, już nie pamiętam, czy robi to gabinet Lekarza Rodzinnego (zawsze wielką literą!), czy też my (zawsze literką malutką) do NFZ-u, który 
5. umieszcza nas na liście oczekujących, którą można sobie śledzić w internecie. Na starcie jest się tak mniej więcej na miejscu 55 tysięcy coś, ale z każdym dniem ono maleje
6. gdy w 2015 my rozpoczynaliśmy swoją karierę na liście NFZ pisano, że „przybliżony czas oczekiwania na skierowanie” wynosi 18 miesięcy, ale teraz podobno pisze się już bardziej realistycznie: „około 20 miesięcy”, przy czym „około” należy rozumieć bardziej jako  21-22-23 miesiące niż 19 miesięcy.
7. tak czy inaczej w końcu przychodzi ten wyjątkowy, upragniony jak inicjacja seksualna dzień i dostajemy listownie skierowanie do konkretnego uzdrowiska. Wcześniej można dzwonić w dokładnie określonych godzinach do call center w NFZ-ecie i prosić o taką lub inną lokalizację, co ponoć „w miarę możliwości” (cokolwiek to znaczy) jest respektowane.


Jedna z kartek na jednej z licznych sanatoryjnych tablic ogłoszeń


Jak już mamy skierowanie – gdzie prawie wszystko, np. o której przybyć i co zabrać, jest dokładnie opisane – jedziemy. 

cdn

środa, 6 grudnia 2017

Tadeusz Wański w Gdyni – znowu jest pięknie!

Muzeum Gdyni znowu mnie zauroczyło. Przypomnę, że znajduje się ono w zasadzie przy Skwerze Kościuszki, obok Muzeum Marynarki Wojennej i że poprzednio byłem tam 1 kwietnia br. i że wówczas uwiodło mnie całe Muzeum, a w szczególności wystawa czasowa Czesława Olszewskiego, Sztuka patrzenia – architektura.
Tym razem, do marca 2018, można w tym niezwykłym miejscu obejrzeć „Widzialne  niewidzialne, fotografie Tadeusza Wańskiego”. Znowu, niestety, nie są to oryginały (może oryginałami są małe odbitki leżące pod szybami na czarnych kostkach z nóżkami), lecz reprodukcje są bardzo dobrej jakości, pokazujące o co chodziło w piktorialiźmie. Nawet w tej postaci można nacieszyć oczy łagodnością obrazu, jego miękkością, bogactwem szczegółów w światłach, które gwarantowały m.in. papiery chlorowe, które wówczas można było kupić (może ktoś wie, czy można je dziś gdzieś kupić?).








Ciekawa jest też wystawa o luteranach Polakach jacy żyli i pracowali w Gdyni... Wstęp do Muzeum Miasta Gdyni (oprócz dwóch wystaw czasowych, koniecznie zobaczcie też ekspozycję stałą o dziejach Gdyni) – 10 zł (normalny, są też ulgowe).

niedziela, 12 listopada 2017

„Historia fotografii polskiej” – czegoś takiego nadal nie ma i... tak szybko nie będzie!

Parę lat temu w kręgu historyków fotografii pojawiła się idea, że czas najwyższy, aby powstała „Historia polskiej fotografii”, dzieło naukowe, bo przecież czegoś takiego w polskim piśmiennictwie fotograficznym jak dotąd nie ma. „Spojrzenie w przeszłość polskiej fotografii” Ignacego Płażewskiego z 1982 (Państwowy Instytut Wydawniczy), wznowione w 2003 przez Wydawnictwo „Książka i Wiedza” pod tytułem „Dzieje polskiej fotografii” miało w podtytule „1839-1939”, a więc wszystko, co wydarzyło się w fotografii naszego kraju od II wojny światowej do naszych czasów nie znalazło całościowego opracowania naukowego.
Adam Mazur pisząc swój doktorat był ostrożny (a może skromny) i zatytułował go „Historie fotografii w Polsce 1839-2009”. Myślę, że zdawał sobie sprawę z tego, że to jego subiektywna wizja historii polskiej fotografii, a nie opracowanie „obiektywne”, czyli takie do jakiego przywykliśmy, czyli takie, jakiego oczekujemy od naukowców. Nie czas i miejsce, aby wdawać się tu w analizę owej „subiektywności” Mazura i wykazywanie jej „błędności” czy „ograniczoności”. Nie o to chodzi. Poprzestańmy tu na tym, że autor swoją pracę nazwał „Historie”, a nie „Historia”, czym otworzył pole do powstania „Historii polskiej fotografii”. 
Tak, czy siak pojawiła się inicjatywa zapełnienia luki w polskim piśmiennictwie, trudu wydania książki podjęło się wydawnictwo Universitas z Krakowa, a do komitetu redakcyjnego weszło kilku uznanych autorów, m.in.: Adam Sobota z Wrocławia, Lech Lechowicz z Łodzi, Maciej Szymanowicz z Poznania, Adam Mazur z Warszawy i wielu, wielu innych. Lepszych nazwisk w Polsce nie ma. Według założeń, książka miała mieć 1200 stron maszynopisu. Panowie (a może też panie, nie znam całego zespołu autorów, przepraszam, że nie wymieniam wszystkich), zabrali się ostro do pracy, uzgodnili założenia metodologiczne, podzielili się robotą, jedni skończyli, drudzy stanęli w pół drogi, bo... nic się nie dzieje. Nikt za swoją pracę jak dotąd nie otrzymał ani złotówki. Tych złotówek zresztą nie ma wcale – na prawa do reprodukcji fotografii w książce, na honoraria dla autorów (trudno ich uznać za milionerów, więc dlaczego mają być sponsorami publikacji?), na prace redakcyjne, na druk, promocję, itd. Słowem – polska norma...
Prawdopodobnie do wydania tej książki nie dojdzie, przynajmniej w najbliższym czasie. Urzędasy oczywiście z inicjatywą jej powstania nigdy nie wystąpią – poradzą, że można wziąć udział w kolejnym konkursie na grant i tyle – natomiast autorzy, jak zwykle, jako ludzie wysokiej kultury, po prostu przełkną kolejną gorzką pigułkę i... tyle.
Nic się nie stało Polacy, żyliście dotąd bez „Historii polskiej fotografii”, to pożyjecie dalej.

czwartek, 24 sierpnia 2017

Nie ma już Ewy i Wojtka...



We wtorek dotarła do mnie bardzo smutna wiadomość: Ewa Andrzejewska odebrała sobie życie. Zapowiadała to już wiele lat wcześniej, mówiła: jak Wojtek odejdzie, ja nie mam po co żyć, nie chcę żyć, gdy jego nie będzie. No i dotrzymała słowa. Koniec wielkiej, pięknej miłości. 
Znaliśmy się wiele lat, chociaż nie byliśmy bliskimi przyjaciółmi, widywaliśmy się dość rzadko, pisaliśmy jeszcze rzadziej, ostatnio rozmawialiśmy sporo przez telefon. Zapraszałem ich czasem do Wrześni na fotograficzne plenery, kilkakrotnie byłem zapraszany do Jelonki czy Przesieki. Szczególnie miło wspominam pewne popołudnie i  wieczór jeszcze na starym mieszkaniu w Jeleniej Górze, spałem u nich. To było niezwykłe mieszkanie, bo na każdym możliwym skrawku ścian wisiały oprawione fotografie, duże i małe, Ewy, Wojtka i przyjaciół. To sprawiało, że panował tam niepowtarzalny fotograficzno-muzealny klimat, gdzie nie spojrzałeś, tak były piękne czarno-białe fotografie, tonowane i nie, w różnych stylistykach i estetykach. Całym sobą chłonąłem to piękno, syciłem się nim.
Oglądaliśmy „K-Pax”, a także nagrania koncertów country. Wojtek chciał mnie przekonać do tego gatunku, co mu się udało powiedzmy tylko w połowie.
Rano pokazali mi, co mają na sprzedaż ze swoich fotografii. Kupiłem wtedy, o ile dobrze pamiętam około 20 fotografii – po 10 szt. Ewy i Wojtka. Zdaje się, że ta forsa była im wówczas szczególnie potrzebna, bo chyba właśnie urządzali się na nowym mieszkaniu. Tamta wizyta, to było dla mnie bardzo ważne zdarzenie, ważne dla mojego rozwoju fotograficznego, bo przecież, co naturalne, gadaliśmy bardzo długo przede wszystkim o fotografii. Na szczęście sklep nocny był tuż za rogiem...
Nie pamiętam już dziś jak to się stało, że wydałem Wojtkowi z książkę, ale byłem bardzo dumny z tego, że mogłem ją wydać, w końcu Wojtek to był klasyk polskiej fotografii, człowiek niezwykle zasłużony i ważny dla wielu fotografów. Niestety, trzeba to powiedzieć, Wojtek skopał druk tej książki, przyznał to później, kiedy książka była już w sprzedaży. – Byłem przed laty kierownikiem drukarni i wiem, jak trzeba ustawić maszynę – powiedział, kiedy przyjechał na druk. Spał u mnie w domu, a przez kilka dni nadzorował pracę drukarzy. Jego wymagania, posłusznie spełniane przez moich ludzi, spowodowały, że wyszło „ksero”, czyli obrazy pozbawione „mięcha”, ubogie tonalnie, płaskie. Ale tak autor sobie życzył. 
Niedawno, kiedy likwidowałem drukarnię, znalazłem w magazynie sporo egzemplarzy książki, więc jak ktoś chce, to mogę mu wysłać po 20 zł/szt. + koszty wysyłki.
Potem miałem wystawę mojej „Ciszy” u nich w Galerii Korytarz. Czułem się zaszczycony i „zaproszony do stołu”. Prosto z wernisażu pojechaliśmy na Wszechnicę do Przesieki. 
Ostatnio widzieliśmy się w czerwcu ubiegłego roku, Wojtek już nie pił, przeżywał coś w rodzaju odrodzenia, był nienaturalnie pobudzony, dużo i szybko mówił, snuł plany, opowiadał ze szczegółami jak wygląda świat abstynencji. A po paru miesiącach zaczęły dochodzić bardzo złe wieści na temat stanu jego zdrowia. Kiedy zmarł, przede wszystkim zacząłem myśleć i martwić się o Ewę, bo pamiętałem jej pogróżki. Kiedy znalazłem książki Wojtka miałem zamiar wysłać je Ewie, żeby je sobie sprzedała, albo rozdała, ale jakoś tak zeszło i nie zdążyłem wysłać.
Z tego co słyszę, to ich spuścizną ma zająć się syn Wojtka z pierwszego małżeństwa. Miejmy nadzieję, że zrobi to we właściwy sposób. Ewa i Wojtek mają tak wielu przyjaciół, że może uda im się kiedyś przygotować obszerną, porządną monografię ich twórczości. Takie dzieło im się po prostu należy.