poniedziałek, 14 grudnia 2009

Czekmieniew w „Wyborczej”

W piątkowej (11 grudnia 2009) „Gazecie Wyborczej” można znaleźć artykuł o Wschodniej Ukrainie, gdzie ludzie z biedy wykopują niewypały i niewybuchy z nieczynnych poligonów Armii Czerwonej. Ilustracją tekstu jest fotografia Aleksandra Czekmieniewa, który jest jednym z czołowych fotoreporterów tego kraju. Poznaliśmy się w 2000 roku w Vevey w Szwajcarii, gdzie Sasza otrzymał wyróżnienie w Europejskim Konkursie Fotografii (wygrał wówczas Bogdan Konopka, a Paweł Żak został wyróżniony w kategorii Światło). Organizatorzy zafundowali mu przelot i pobyt nad Jeziorem Genewskim, co było pierwszym kontaktem z Zachodem wówczas około 30-letniego fotografa. Później zaprosiłem Czekmieniewa do Wrześni, gdzie urządziłem mu niewielką wystawę podczas festiwalu filmowego „Prowincjonalia”. W następnym roku wystawę w poznańskiej galerii pf urządził mu Janusz Nowacki, razem z Erykiem Zjeżdżałką, który w tamtym czasie jeszcze tam pracował. Ten jego drugi pobyt we Wrześni był nieco dłuższy niż pierwszy, no i Sasza przyjechał z Nataszą, drugą - śliczną jak jutrzenka - żoną.
Zapraszali nas do Kijowa bardzo intensywnie, a nawet zmienili mieszkanie na większe, aby nas godnie przyjąć, ale jakoś tak zeszło i nie pojechaliśmy do nich. Może szkoda.

sobota, 5 grudnia 2009

Śliwczyński jestem

www.barwyitalii.pl

Śliwczyński jestem
Jak co roku wydałem sobie kalendarz autorski. W tym roku ma on tytuł „Barwy Italii” i zawiera fotografie, jakie wykonałem we wrześniu br. we Włoszech. Całość zaprojektował Tomasz Wojciechowski, ten sam, który wcześniej zaprojektował moją „Ciszę”. Tomek wykonał też stronę internetową - www.barwyitalii.pl - na którą serdecznie zapraszam. video

środa, 2 grudnia 2009

Minister, dofinansowanie czasopism, Forecki, Łowżył...

Przede wszystkim, dobra wiadomość dla prenumeratorów, rozpoczęliśmy wysyłkę nowego, 32. numeru „Kwartalnika Fotografia”, do empików i pozostałych punktów sprzedaży nasze czasopismo trafi nie wcześniej niż za tydzień-dwa, niestety szybciej się nie da...

Byłem w poniedziałek w Wyższej Szkole Nauk Humanistycznych i Dziennikarstwa w Poznaniu, w galerii 2 pi R, gdzie odbył się wernisaż projektu Ewy Łowżył zatytułowanego „Poznań - Plemiona”, czy jakoś tak podobnie. Była to projekcja z dwóch rzutników na dwa ekrany, a pośrodku stało stanowisko DJ-a z głośnikami obok ekranów. DJ „grał” na żywo, a z rzutników leciały obrazy - na prawym zwyczajne, frontalne portrety z umieszczonym centralnie modelem w półzbliżeniu (jak mówią filmowcy - popiersie), czyli tak mniej więcej górna połowa ciała, na tym samym neutralnym tle. Być może wszyscy ludzie zostali sfotografowani w tym samym studio, a być może gdzieś na ulicy w zaimprowizowanym studio, bo światło wydawało się być bardzo naturalne. Wszystkie sfotografowane osoby zostały podzielone na „plemiona”, np. prawników, artystów, urzędników, itd. Lewy ekran pokazywał detale związane z osobami akurat wyświetlanymi na prawym, „dopowiadając” i uszczegóławiając jak gdyby opis atrybutów danego plemienia. Nie dane mi było niestety wysłuchać objaśnień autorki o co jej chodziło, dlaczego podzielił mieszkańców Poznania na „plemiona” (jak zwał tak zwał - chodzi o grupy społeczne), na co chciała swoją realizacją zwrócić naszą uwagę? Że tak jak ludy pierwotne także my, dzisiejsi przedstawiciele najlepszej z możliwych cywilizacji zachodniej, nadal - poprzez specjalne znaki-symbole właściwe ubraniom i ozdobom danej grupy kulturowej - czujemy silną potrzebę komunikowania także swoim wyglądem przynależności do tej właśnie grupy, czyli „plemiona”? Jeśli tak, to rzeczywiście młodej artystce cel udało się zrealizować.
Dzień później w tej samej szkole, ale piętro niżej odbył się kolejny wernisaż, tym razem fotografii Mariusza Foreckiego, nie pamiętam niestety w tej chwili tytułu wystawy (coś niedobrze z moją pamięcią!), ale cykl jest pewną subiektywną wizją przemian Polski w dwudziestoleciu 1989-2009. Mariusz wydał niedawno piękną książkę-album ze swoimi fotografiami zatytułowaną „From the Poland” i prawie wszystkie (a może nawet wszystkie?) fotografie z tego wydawnictwa znajdują się na wystawie w WSNHiD. W książce jest oczywiście więcej niż na wystawie. Recenzja tej publikacji znajdzie się w następnym numerze „Kwartalnika”, ale przyznam, że mam pewne problemy z interpretacją tego zestawu. Z jednej strony w fotkach widać zacięcie prawdziwego zawodowca, fotoreportera, który lubi być w oku cyklonu wydarzeń, lubi czuć na siebie oddech, a nawet... ślinę bohaterów swoich reportaży, a z drugiej, silna jest u niego potrzeba tworzenia nasyconych znaczeniami „obrazów”, których oprócz siła tkwi też w klasycznie rozumianej urodzie, estetyce. Forecki nadal tkwi więc w tradycji fotoreportażu spod znaku Weegee, Magnum. Podkreśla to też pozostając wiernym fotografii czarno-białej. W niektórych zdjęciach pojawia się też pewna nutka ironii, a nawet sarkazmu wobec fotografowanych ludzi, wobec ich dziwnych działań. Może jednak jest to uzasadnione, ponieważ pokazuje złożoność i niejednorodność naszego życia. Ten zestaw mówi jednak sporo o naszym „nowym” dwudziestoleciu, podobnie jak „Teraz Polska” Witolda Krassowskiego o pierwszym, jeszcze bardziej „cyrkowym” dziesięcioleciu. Kuratorem obu wystaw jest Monika Piotrowska, dobry duch poznańskiego środowiska fotograficznego, organizatorka Festiwalu Fotodokumentu i szefowa Pro Fotografii.

Zakończyło się - w poniedziałek, „decyduje data stempla pocztowego, spóźnienie się choćby o godzinę będzie skutkowało zwróceniem wniosku bez rozpatrywania z powodu błędów formalnych” - składanie wniosków o dofinansowanie czasopism kulturalnych do Ministra Kultury, a właściwie do Instytutu Książki w Krakowie, któremu MKiDN zleciło przeprowadzenie konkursu na to kto jest godzien dostać datek, a kto absolutnie nie. „Kwartalnik Fotografia” oczywiście też wyciągnął rękę po mamonę, chociaż bez wielkich nadziei na sukces. Całą stertę papierów zdołaliśmy skompletować i wysłać dopiero popołudniu w poniedziałek, więc jeśli państwowa Poczta Polska nie zdążyła przystawić swojej pieczęci w poniedziałek i uczyniła to dopiero nazajutrz, to już dupa - błąd formalny, czyli grzech śmiertelny i potępienie, jeśli nie wieczne, to przynajmniej półroczne, bo następny „nabór wniosków” niczym wojskowa wstawka jakoś tak koło kwietnia. No, ale przy nadziei mimo wszystko jesteśmy.
W poprzednim rozdaniu podzieliliśmy los trzech czwartych wydawców pism kulturalnych, którzy okazali się półkretynami, co to wniosku nie potrafią bez błędów formalnych sporządzić i dostaliśmy figę z makiem. Bo trzeba wiedzieć, że kiedyś w regulaminie tej całej hecy był punkt mówiący o tym, że (cytuję z pamięci) „w przypadku stwierdzenia błędów formalnych autorzy wniosków zostaną o tym poinformowani i zostaną wezwani do poprawienia tych błędów w terminie...”, teraz natomiast nie ma już takiego punktu - nikt nie będzie nikogo prosił, aby napisał wniosek bezbłędnie. Odeśle się klienta z kwitkiem i tyle, niech się matoł uczy wypełniać formularze... ma przecież nawet na stronie internetowej instrukcję obsługi formularza, a nawet (to już przecież szczyt dobroci urzędniczej) przykładowy wniosek. „Decyzja komisji (jakiejś tam - „sterującej”, czy „wiosłującej”) jest ostateczna, nie ma możliwości wnoszenia żadnych odwołań!”. Nie, bo nie.
Szanowni Państwo - stwierdzam kategorycznie i najzupełniej poważnie: to wszystko jest upokarzające! A miało być inaczej.
Czy Minister Zdrojewski zdaje sobie z tego wszystkiego sprawę? Wątpię.
Jestem małym wydawcą, zarabiającym na życie wydawaniem niewielkich „Wiadomości Wrzesińskich” i niewielką (choć nowoczesną) drukarenką. Te dwie aktywności pozwalają mi przeznaczać część zarobionych pieniędzy na niszowe pismo artystyczne. Dotacja ministerialna nie ma zasadniczego wpływu na finanse „KF”-u, zmniejsza jedynie deficyt, ale przecież nie w sposób znaczący. Ma dla mnie wymiar bardziej psychiczny niż ekonomiczny - otrzymanie dotacji pozwala mi wierzyć w to, że moje państwo dostrzega sens w moich usiłowaniach wydawniczych, że mówi mi „rób to dalej, bo warto”, ale co mam czuć kiedy otrzymam pisemko od jakiejś pani z Krakowa, że „z powodu błędów formalnych...”?
Ja oczywiście dam sobie radę bez tych wszystkich ministerstw i komisji europejskich, komitetów sterujących, wiosłujących razem wziętych i nadal będę wydawał „Kwartalnik Fotografia”, bo chcę.
Ale mi będzie głupio, jak jednak jakimś cudem dostanę dotację z MKiDN...

sobota, 28 listopada 2009

Prenumeruję „kulturalnego” newslettera „Gazety Wyborczej”, codziennie dostaję porcję informacji o najważniejszych wydarzeniach kulturalnych naszego kraju. Zauważam, że dla redaktorów działu Kultura „Gazety” najważniejsze są nowe filmy, literatura, muzyka (raczej klasyczna), teatr, natomiast ogólnie pojęta plastyka gości tam niezmiernie rzadko, a jeśli już, to mowa jest o wielkich pokazach sztuki dawnej lub też wydarzeniach warszawskich, ewentualnie krakowskich. Nie pamiętam, czy kiedykolwiek w mniej więcej 10 newsach, które składają się na newslettera, pojawiła się fotografia. Może coś przeoczyłem, ale jakby na to nie patrzeć, przynajmniej dla mnie, jest to znamienne, żeby nie powiedzieć przykre.
Dalej - niedawno w radio słyszałem wypowiedź ministra kultury Zdrojewskiego, który zapowiadał zwiększenie puli pieniędzy na naukę w szkołach wychowania muzycznego, znowu ani słowa o wychowaniu plastycznym, estetycznym...
A wokół szarość i brzydota. Estetyka nieważna. Nowe dworki-potworki powstają na każdym kroku... Jak długo jeszcze?

środa, 11 listopada 2009

Wczoraj przeglądałem swoje odbitki z ostatnich lat...


...i doszedłem do wniosku, że 90% powiększeń jakie wykonałem, zwłaszcza na fomie, nadaje się do kosza. Cienie zabite, mało mięcha. Fotki na ilfordzie są znacznie lepsze, dlatego postanowiłem dać sobie spokój z czeskim papierem i robić mniej a dobrze. Szkoda czasu, pieniędzy i... straconych nadziei na dobrą odbitkę.
Ach, ten zapach chemikaliów, samotność w „ciemnicy”, muzyka, radiowa Trójka, suszenie na szybie, wycinanie, docinanie, oprawianie... Ludzie ery cyfrowej nie wiedzą co tracą (takie same myśli ma Andrzej Jerzy Lech, pewnie nie tylko on).
Zaraz kawa, a potem wio, w puste świąteczne miasto w poszukiwaniu kadrów, potem ciemnia, do wieczora...
Jutro zaczynamy druk 31 numeru KF. Za niecałe 2 tygodnie pierwsze egzemplarze trafią do prenumeratorów, a krótko potem do empików i innych miejsc sprzedaży. Moim zdaniem będzie to dobry numer, a okładka z pewnością Was zaskoczy. Teraz mogę powiedzieć tylko tyle, że znalazła się na niej pewna cyfrowa panorama rodem z Chin. Przyjrzyjcie się jej z bliska! Będzie też płyta dvd z prezentacją poznańskiej ASP. W przyszłym roku KF będzie obchodził 10-lecie, tak, tak - pierwszy numer ukazał się w maju 2000 roku na otwarciu bodajże drugiego poznańskiego biennale fotografii. Zastanawiam się jak uczcić ten jubileusz, będę wdzięczny za wszelkie podpowiedzi. Może dobrze byłoby wydać jakiś odlotowy album? a może coś innego?
Zauważyłem, że do tekstów można dołączać fotki, z czego dotąd nie korzystałem - zaczynam wykorzystywać.
Poniżej wspomnienie lata - Lipnica, widok z tarasu mojego domku letniskowego o nazwie „Śliwnica”. Lipnica leży w powiecie słupeckim między dwoma jeziorami - Powidzkim i Kosewskim (Naprusewskim), wśród łąk, pól i lasów, gdzie mieszkają dziki, sarny, lisy, bażanty i inne stwory, które podczas spacerów można spotkać na swej drodze...

wtorek, 10 listopada 2009

Janusz Leśniak, Człowiek jest cieniem

Mam przed sobą książkę o tytule takim samym jak w temacie tego wpisu. Publikacja jest jednocześnie katalogiem wystawy, jaka niedawno odbyła się w Muzeum Historii Fotografii w Krakowie. Jej kuratorem był Marek Janczyk, który napisał też wstęp. Bardzo interesujący, zaznaczam, ponieważ rzuca sporo światła na twórczość Leśniaka, co jest potrzebne zwłaszcza młodemu pokoleniu zainteresowanemu fotografią.
Bo „leśniaki” to kawał dobrej fotografii. Konsekwentnej i - co warto podkreślić - nie nudnej! A takie niebezpieczeństwo istnieje zawsze, kiedy autor jest wierny pewnym założeniom i trzyma się ich przez wiele lat. Janusz Leśniak fotografuje swój cień już ponad 30 lat! Niezmiennie jest to uczta dla oczu, zarówno w konwencji czarno-białej, jak i kolorowej, ponieważ ten krakowski twórca przykładał i nadal przykłada dużą wagę do tego, co jest na zdjęciu poza samym cieniem. Zapewniam Państwa, że jest na co patrzeć. Najbardziej lubię przyrodę na tych fotografiach, przeważnie letnią, w pełni rozkwitu, widać, że fotograf chłonie ją całym sobą i wręcz ją pożera. Ta fotografia jest bardzo kontemplacyjna, jest rozpamiętywaniem i pełną radości, optymizmu, afirmacji. Kiedy patrzę na te zdjęcia tęsknię za latem...
Fotografowanie cienia jest możliwe tylko wtedy, kiedy świeci słońce, więc zupełnie inaczej niż u mnie. Ja sam wolę aurę ponurą, wilgotną, zamgloną i może dlatego - na zasadzie kontrastu - tak miło mi się ogląda fotki Janusza Leśniaka?


poniedziałek, 9 listopada 2009

II Festiwal Fotodokumentu w Poznaniu

Dzięki Monice Piotrowskiej z PROFOTOGRAFII w Wyższej Szkole Nauk Humanistycznych i Dziennikarstwa otwarto w sobotę, 7 listopada br. II Festiwal Fotodokumentu. Impreza ma patronat „Kwartalnika Fotografia”. Gorąco zachęcam do odwiedzenia WSNHiD, chociaż teraz można zobaczyć dwie wystawy - DoNosy, czyli zdjęcia Janusza Nowackiego, Mariusza Stachowiaka, Mariusza Foreckiego i Macieja Kuszeli, jakie ci czterej muszkieterowie poznańskiej fotografii wykonali w latach 80. w zrewoltowanym Poznaniu. Wszyscy - oprócz Nowackiego - robili wówczas zdjęcia dla „Wprostu”, który powstał w Poznaniu i w Poznaniu miał redakcję. Pismo - oprócz odważnych jak na tamte czasy tekstów wyróżniało się też jakością fotografii, co było zasługą właśnie tych wymienionych wyżej fotografów. Niestety, jakość zdjęć nie szła w parze z jakością poligrafii, ale takie to już były czasy - totalnego zapóźnienia cywilizacyjnego naszego kraju.
Bardzo dobrze stało się, że Monika Piotrowska „odkrywa” tamte czasy dla młodego pokolenia, pokazując dzieła fotografów znanych i uznanych, chociaż są to akurat te prace, o których zdążyliśmy zapomnieć. Są tam też na tej wystawie zdjęcia np. Janusza Nowackiego, o których jedynie słyszałem, a których nigdy nie dane mi było zobaczyć; przypomniałem też sobie portrety Macieja Kuszeli, które miałem we Wrześni w 1990, kiedy podczas tatrzańskiej wystawy Nowackiego ogłosiłem nabór do powstającego właśnie Wrzesińskiego Towarzystwa Fotograficznego. Portrety te zrobiły wtedy na mnie wielkie wrażenie, tym większe, że były to bardzo duże powiększenia z małego obrazka...
Drugą wystawą Fotofestiwalu jest pokaz fotografii z holenderskiego festiwalu Noorderlicht. Są to zdjęcia z różnych krajów bloku wschodniego, wykonywane przez różnych fotografów, mniej lub bardziej znanych. Wyboru prac dokonał holenderski kurator, zafascynowany Europą Wschodnią i Centralną, który - o czym mówiła Monika podczas wernisażu - nigdy przed 1989 rokiem nie był w tych stronach.
Nie zobaczy się już niestety fotocastów, które były prezentowane w niedzielę... Szczegóły na stronie internetowej festiwalu.

piątek, 23 października 2009

Konkurs fotograficzny „Moja Wielkopolska” ma już imię Ireneusza Zjeżdżałki, a ja mam pierwszą książkę o sobie, której sam sobie nie wydałem. Jest to niewielka broszurka wydana przez Bibliotekę Wojewódzką w Poznaniu pt. „Obrazy z przypomnienia”; jest to obszerna rozmowa ze mną Krzysztofa Szymoniaka. Jak zapowiedział Władek Nielipiński z Biblioteki, ma to być pierwszy zeszyt z nowej serii wydawniczej, w której mają znaleźć się rozmowy z wielkopolskimi fotografiami.
Chociaż nakład niewielki (takie czasy, a i nazwisko nie takie), to jednak się cieszę. Doszło przynajmniej do zapisu jakieś części mojej świadomości fotograficznej. Kiedy dzisiaj po paru miesiącach od tamtej parogodzinnej rozmowy z Krzysztofem czytam, co wtedy powiedziałem, to miałbym ochotę w niektórych miejscach coś zmienić, uzupełnić, rozszerzyć, ale to chyba normalne. Poza tym, niech zostanie tak jak jest. Wtedy tak się wypowiedziałem. I koniec.

Nasze wydawnictwo wkroczyło w nowe obszary - literaturę piękną. Wydaliśmy Rafała Szamburskiego „Wypracowanie nadobowiązkowe z Bohumila Hrabala”. Dzisiaj rano zaraz po obudzeniu redaktorzy przyznali tej książeczce „Trójkowy znak jakości”! Więcej takich poranków! Rafał jest nauczycielem historii w jednej z wrzesińskich szkół, a po godzinach uprawia twórczość literacką - pisze sztuki teatralne oraz... scenariusze filmowe. Najbardziej znany jest „jego” film „Wszystko będzie dobrze”, który pierwotnie miał tytuł „Pawełek”. Główną rolę grał tam Robert Więckiewicz, bardzo ostatnio wzięty aktor. Przyjedzie jutro, zupełnie bezinteresownie na promocję książki w Dworze Podstolice koło Wrześni. Wracając do samego „Wypracowania” to jest to bardzo sympatyczna historyjka prowincjonalnego pracownika GS-owskiego punktu skupu butelek, którego opowiadanie-spowiedź życia rozpoczyna się jeszcze w głębokiej komunie, a kończy w Nowej Polsce. Świetnie się to czyta, Rafał dysponuje świetnym piórem, sporym doświadczeniem życiowym (choć ma trzydzieści parę lat) oraz poczuciem humoru. Dużym atutem książki jest z pewnością jej wyszukana postać graficzna, o którą zadbał Tomek Wojciechowski, ten sam który zaprojektował moją „Ciszę”. Wykorzystał w tym projekcie jako ilustracje zdjęcia Oli Śliwczyńskiej-Kupidury oraz Kuby Ryniewicza, a także własne rysunki. Wszystko to smacznie opakował w zgrzebne szare koperty z nadrukami. Marketingiem książki zajmuje się Ola, a publikacja ma nawet swoją stronę internetową - www.wnzbh.pl, gdzie można napisać własną recenzję, zapoznać się z fragmentami książki lub ją zamówić. Cena tylko 19,90 zł.
Denerwujemy się trochę przed tą jutrzejszą promocją, ciekawe ilu ludzi przyjdzie, ilu dziennikarzy. Ola mówi, że dla Poznania wszystko, co dzieje się poza Starym Browarem, jest daleko, ale może jednak nazwisko Więckiewicza będzie magnesem?
Tak, jak napisałem wyżej, to dla mnie nowe przestrzenie Ikara, ale bardzo fascynujące, w końcu nie samą fotografią człowiek żyje...
A propos fotografii - w listopadzie część mojej „Typografii niepamięci” jedzie na Morasko w Poznaniu, a potem całość do Muzeum w Koszutach, na wiosnę być może do Miejskiej Galerii Sztuki w Łodzi... Tak czy inaczej w najbliższych dniach - pewnie tylko w weekendy... - wracam do tematu, wracam do fotografowania wiejskich dworów i pałaców. W przyszłym roku, jeśli dostanę na ten cel jakieś dofinansowanie, być może uda się wydać ten materiał w jakiejś niebanalnej postaci... Tomek już myśli...
A propos Tomka - zatrudnia się w Kropce jako art director, którego głównym zadaniem będzie czuwanie nad graficznym wizerunkiem naszego Wydawnictwa, nad tym jak wyglądamy (dosłownie!) jako firma - od budynku, przez identyfikację wizualną, do produktów, jakie oferujemy, czyli książek i innych publikacji. To wielkie wzmocnienie dla Wydawnictwa, a także wielka frajda, że po Oli, która jest sekretarzem redakcji KF, do firmy (na razie na dwa dni w tygodniu) wchodzi kolejny członek najbliższej rodziny („sami swoi i zięć”).
Czemu ta doba jest taka krótka... Do ciemni chciałoby się wejść, czeka tak wiele niewywołanych negatywów, nie mówiąc już o odbitkach... Chciałoby się też mieć archiwum cyfrowe (skanów), żeby móc wszystko przeglądać, łączyć w cykle, porządkować... A jeszcze tyle nie sfotografowanych miejsc...
Niedawno w „Trójce” leciała jakaś rozmowa o muzyce współczesnej, w której jeden z zaproszonych gości przytoczył anegdotkę z życia jakiegoś znanego muzyka „poważnego” (nie pamiętam o kogo chodziło), który był niezwykle aktywny i pracowity. Zapytano go - Jak Pan to wszystko robi, jak się Panu udaje tak wiele zrobić? a on odpowiedział: - Proszę Pana, ja nie piję...
Tylko - co to za życie? Tylko robota i robota?!

środa, 14 października 2009

Gdyby Eryk żył, to dzisiaj obchodziłby 37. urodziny. Nie wiem, czy z tej okazji, czy bez okazji odwiedziły mnie dzisiaj w redakcji trzy panie: Ania i Idalka Zjeżdżażka oraz Justyna Konieczna de domo Zjeżdżałka. Wręczyły mi przepyszne czekoladki oraz butelczynę Borowiczki, „bo pewnie Eryk chętnie wypiłby ją z Panem” - powiedziała Ania. Wszystkie te wspaniałości dostałem „za wszystko co Pan zrobił i robi dla Eryka”. A ja na to - Wypełniam tylko moją powinność. Bo rzeczywiście tak to traktuję. On na moim miejscu zrobiłby to samo.
Rodzina Eryka sprawiła mi ogromną przyjemność. Potem byłem na cmentarzu, tuż przed nocą, zupełnie sam, bo deszcz zacinał niemiłosiernie i wiało jak na morzu. Nie mogłem zapalić mu świeczki, bo wszyscy sprzedawcy kwiatów i zniczy pozamykali budy i pouciekali do domów. Ale znicze i tak Eryk miał, więcej niż zwykle, wiadomo - urodziny. Jego ojciec postanowił, że póki on będzie żył i będzie mógł przychodzić na cmentarz, na tym grobie nigdy nie zagaśnie ogień. Ryszard (tam ma na imię) jest tam codziennie, może częściej niż raz dziennie. I nadal płacze, kiedy się czasem spotkamy.
Imię Eryka będzie miała nagroda główna konkursu fotograficznego, jaki organizuje Biblioteka Wojewódzka w Poznaniu. To pomysł Władka Nielipińskiego, niestrudzonego animatora fotografii, pracującego w tej instytucji. Pojutrze, w piątek, 16 października na wernisażu tegorocznej edycji tego konkursu Ania otrzyma od dyrektorki Biblioteki stosowny Akt nadania imienia konkursowi, ja mam wygłosić coś w rodzaju „laudacji” na temat patrona.
Aura dzisiaj zupełnie zwariowała. Warszawę zasypał śnieg, tak jak Zakopane, a w Elblągu powódź - dzień, kiedy Eryk umierał też był inny niż zwykle, gwałtowne wichury, deszcz, powalone drzewa...
Pomyślałem sobie dzisiaj, że nie wiem jak bym żył, gdybym stracił najbliższych, chyba zszedłbym na złą drogę, bo przecież byłby to widomy i bolesny dowód na to, że dobra nie ma...

niedziela, 11 października 2009

Stara dziennikarska prawda mówi, że tekst na temat wydarzenia, w którym brało się udział, powinno się pisać jak najszybciej. Najlepiej chwytać za pióro natychmiast po jego zakończeniu, wtedy, kiedy jeszcze dobrze nie ochłonęliśmy, kiedy „wszystko” mamy nadal w uszach i w oczach. Wracając w piątkowy (9.10.2009) wieczór autostradą z Łodzi do Wrześni powiedziałem do Joli: - Muszę jak najszybciej napisać na blogu co myślę o wystawie Bogdana - no... i piszę dopiero teraz, w niedzielę. Czyli za późno, bo wszystko, co miałem wtedy w głowie, dzisiaj gdzieś uciekło; wydarzenia piątkowo-sobotnio-niedzielne przykryły tamte emocje, tamte myśli. Szkoda, ale ani w piątek, ani w sobotę nie miałem dostępu do kompa, a tym bardziej do bloga, bo byłem w Lipnicy, gdzie zbierałem grzyby, zrywałem winogrona i oglądałem książki wydane przez Galerię FF podarowane mi przez szefową tej galerii.
A wystawa jest super! Piękne zdjęcia, pięknie podane, starannie dobrane. Okazuje się, że Konopka nadal potrafi mnie zaskoczyć i zachwycić, mimo to, iż znam jego twórczość dość dobrze, chociaż być może tak mi się tylko wydaje. Nie miałem okazji poznać dokładniej jego wczesnych fotografii, jeszcze zanim wyjechał do Francji. Na wernisażu w FF spotkałem m.in. Krzysztofa Jureckiego, który wspominał o tym, że Bogdan fotografował ludzi w stanie wojennym. Słyszałem o tym, ale nigdy nie widziałem.
Wracając do łódzkiej wystawy - cmentarze żydowskie - Bogdan fotografuje je od 1993 roku, chociaż zaczął o tym mówić dopiero po tym jak Wojtek Wilczyk wydał swoje „Niewinne oko”. Myślę, że wystawa Konopki (być może wyjdzie też książka) jest pewną odpowiedzią na zestaw Wojtka. Nie czas i miejsce w tej chwili na szczegółową analizę podobieństw i różnic między tymi realizacjami, ale na pewno zasadnicza różnica wynika z koncepcji fotografii - Wojtek jest „nowym dokumentalistą”, który zdaje się być jakby „zimnym”, „aestetycznym” rejestratorem rzeczywistości, ignorującym fotogeniczność, natomiast Bogdan jest na wskroś „fotograficzny” w tradycyjnym, modernistycznym sensie. Wilczyk sfotografuje synagogę w takiej sytuacji, w jakiej ją zastanie, nie bacząc na światło (pogodę), czy np. na to, że zasłania ją częściowo parkujący samochód, natomiast Konopka zrezygnuje z fotografowania kirkutu, jeśli „nie ma światła”, jeśli „nic nie pozostało”. U Bogdana Konopki dominuje zamysł estetyczny, natomiast u Wilczka publicystyczny.
Bardzo jestem ciekaw co na temat wystawy Bogdana ma do powiedzenia Adam Mazur, Wojtek Wilczyk wybiera się do Łodzi...

poniedziałek, 5 października 2009

Erykowe sprawy

Udało się. Książka-monografia Eryka ukazała się na początku września, czyli na wernisażu w CK Zamek. Na zakończenie swojego wystąpienia pierwsze egzemplarze wręczyłem żonie Eryka, rodzicom i siostrze oraz Maciejowi Szymanowiczowi. Były łzy i wzruszenie... A wystawa piękna! Tak jak przy książce, Maciej stanął na wysokości zadania. To super gość. Pokazał dużo - na dwóch salach - w marmurowej (najlepsze rzeczy czarno-białe) oraz w pf-ie - kolory. I mimo tego, że było dużo, to nie zanudził. Świetna prezentacja - można było naprawdę zorientować się jakim fotografem był Eryk, czego dokonał i... jaki był pracowity, a jednocześnie poszukujący i różnorodny. Zobaczyłem też dyptyki, których wcześniej nie znałem, to odkrycie Macieja, bardzo interesujące.
Cieszę się, że nasza książka dobrze wpisała się w wystawę, że była jej dopełnieniem. Im dłużej od śmierci Eryka, tym mam większy szacunek dla jego dokonań i ciągle to we mnie rośnie i rośnie. Po wydaniu książki, a wcześniej po zrobieniu Mu we Wrześni wystawy w pierwszą rocznicę śmierci, boję się „odfajkowania tematu Zjeżdżałki”, zrobiłem co należało i tyle. I koniec. Zjeżdżałki już nie ma i nie będzie. Władek Nielipiński z Biblioteki Wojewódzkiej zaproponował, żeby główna nagroda międzynarodowego konkursu fotograficznego „Dziecko w obiektywie” nosiła imię Ireneusza Zjeżdżałki, co miało by go zawsze przypominać. To miłe z jego strony, Ania Zjeżdżałkowa zgodziła się. Ja jednak myślę co dalej, co jeszcze można zrobić „w temacie Eryk”. Wspólnie z Anią rozmawialiśmy o tym, żeby za jakiś czas zrobić wystawę „Portrety Zjeżdżałki”, bo w sumie to dość mało znany, a interesujący fragment jego działalności twórczej. Problem stanowi to, że nie ma zbyt wielu jego odbitek autorskich... Pewnie, że można dorobić, ale to już nie to samo.

Trochę z innej beczki - co z moją osobistą twórczością fotograficzną? Niewiele. „Topografia niepamięci” w Śmiełowie trwa dalej, do końca września obejrzało ją ponad dziesięć tysięcy ludzi! To wynik wręcz niesamowity. Są szanse na to, że na wiosnę przyszłego roku wystawa pojedzie do Miejskiej Galerii w Łodzi, ale dokładnego terminu jeszcze nie ma. Trochę się niepokoję, bo nie wróciły jeszcze z Jeleniej Góry fotki z „Ciszy”, ale prędzej czy później pewnie wrócą. Nie chciałbym ponownie robić kopii...
Podczas wrześniowego urlopu we Włoszech rozpocząłem próby z kolorem i to w panoramie. Moje zadowolenie jest „bardzo umiarkowane”, ale pierwsze śliwki robaczywki. Teraz, jak tylko spadną liście zabieram się ostro za dwory i pałace - chcę ich sfotografować na tyle dużo, żeby w przyszłym roku wydać album... Żeby był dobry, musi być z czego wybrać. Myślę, że około 100 dobrych fotografii wystarczy, żeby pokazać się z dobrej strony jako fotograf i żeby „zasygnalizować problem” popadania w ruinę dawnych siedzib ziemiańskich.
Powoli zaczynamy z Olą kompletować kolejny numer KF. Silnym pozytywnym przeżyciem było dla mnie dokładne obejrzenie holenderskiego magazynu o fotografii „Foam”. Jest piękne i dla mnie niezwykle inspirujące. Nie chodzi o kopiowanie ich pomysłów - zarówno redakcyjnych, jak i graficznych - ale o to, że można i że warto kombinować, że nie trzeba się bać, że trzeba mieć pomysły, że pismo o fotografii może być „wypasione” poligraficznie, grube, szyte nićmi, z różnymi gatunkami papieru. I może być drogie! Może lepiej robić grube super-pismo z super-fotografią, pokazywaną i drukowaną „jak się należy” i nie patrzeć na cenę? Może cena powinna być zmienna, uzależniona od objętości? może wszystko powinno tu być zwariowane? Ale najwyższej próby? Może pogoń za „rozsądnym stosunkiem ceny do możliwości nabywczych Czytelnika” jest złą strategią? Może ludzie chętnie wydadzą dwa razy więcej pieniędzy za super-produkt? Kurcze, sam nie wiem.
W piątek (9.10.2009) jadę do Łodzi na wernisaż Bogdana Konopki, Szara pamięć. W Galerii FF Bogdan pokaże kilkadziesiąt fotografii zapomnianych polskich cmentarzy żydowskich, jakie od kilkunastu lat uwiecznia. Cały cykl, jak zapewnia autor, liczy w tej chwili już ponad 300 zdjęć. Jadę obejrzeć te fotografie także z tego powodu, że chcę również zobaczyć laserowo wycinane ramki (bardzo drogie, jak mówił mi Bogdan), w które oprawione są wszystkie kopie. Odnotujmy też na tym blogu, że Bogdan Konopka w bieżącym roku dwukrotnie odwiedził Wrześnię (maj i wrzesień), ponieważ na zlecenie burmistrza realizował cykl o tym mieście. Być może będzie to początek fotograficznej „Kolekcji wrzesińskiej”. Dzięki temu mogliśmy sobie z Konopką trochę dłużej pogadać, zyskałem (mam taką nadzieję‚ i jako fotograf i jako redaktor pisma fotograficznego. Wszystko to powinno jakoś przełożyć się na moją fotografię i na moje pismo. Sami oceńcie, czy się przełoży.
Muszę też podzielić się z Czytelnikami tego bloga wieścią radosną dla mnie. Otóż, za tydzień przyjdzie do Wydawnictwa (na razie na dwa dni w tygodniu) pracować mój zięć - Tomek Wojciechowski, który projektował nie tylko „Ciszę’, ale też moje kalendarze i inne rzeczy, np. „Wypracowanie nadobowiązkowe z Bohumila Hrabala” Rafała Szamburskiego. Tomek na razie jeszcze szuka sobie miejsca w życiu, jeszcze do końca nie wie, co chce w życiu robić, ale na pewno będzie ogromnym wzmocnieniem dla Kropki.

piątek, 31 lipca 2009

Dawno tu nic nie napisałem. Powód? Praca, praca i jeszcze raz praca. Oprócz zawodowej - czyli cotygodniowego redagowania „Wiadomości Wrzesińskich” i prowadzenia około 30-osobowej firmy, czyli Wydawnictwa Kropka - mam na głowie sprawy fotograficzne. To nie tylko „Kwartalnik Fotografia”, ale również książki, wystawy i katalogi. Na twórczość własną nie ma czasu zupełnie, mimo wejścia Polski do Unii i w ogóle - do świata kapitalistycznego - nie słychać, żeby doba zaczęła mieć chociaż 26 godzin.

Najwięcej czasu w ostatnich tygodniach zajęło mi zbieranie informacji do pierwszego rozdziału książki o Eryku, pisałem o Jego dzieciństwie, wczesnej młodości i początkach fotografowania. Odbyłem dziesiątki spotkań z ówczesnymi przyjaciółmi Irka, rodziną i znajomymi. I w końcu napisałem ten rozdział - wersji było co najmniej dziesięć, ale ta ostateczna, która znajdzie się w książce, jest z pewnością najlepsza. Do tej pory najczęściej byłem sobie sam redaktorem, więc pisałem i robiłem sobie z każdym nieomal moim tekstem to, co chciałem, natomiast tym razem miałem nad sobą wyższą instancję - redaktora. I bardzo dobrze! Kiedy coś piszesz nie masz dystansu do swoich wytworów - nie widzisz błędów, które popełniasz, tak jak w swoim dziecku - widzisz tylko zalety. A taki ktoś z zewnątrz, ktoś, kto chce, żeby Twój tekst był jak najlepszy i pasował do reszty publikacji, to prawdziwy skarb. Cieszę się, że właśnie Macieja Szymanowicza poprosiłem o objęcie redakcji tej książki. To człowiek niezwykle skrupulatny, prawdziwy naukowiec, po dobrej szkole, który nie puści żadnej lipy, żadnego nieuzasadnionego stwierdzenia. Dzięki niemu ta książka będzie naprawdę dobra!

Pisanie o Eryku, zgłębianie Jego biografii i twórczości było też dla mnie niezwykłą przygodą poznawczo-intelektualną i - nie ukrywam tego - również emocjonalną. Dowiedziałem się o Nim bardzo wielu rzeczy nowych, takich o których wcześniej nie miałem pojęcia. Eryk był skryty, bardzo skryty, niewiele mówił o sobie, robił, ale nie mówił o tym. Będąc teraz tak blisko Niego mam wrażenie, że nigdy wcześniej nie byłem tak blisko. 

W czasie pisania tego rozdziału Eryk śnił mi się trzy razy. Na początku, a nie był to przyjemny sen, Eryk wrócił do redakcji i po wymianie z kolegami (głównie z Tomkiem Małeckim, dziennikarzem „WW”) zwyczajowych i serdecznych uśmiechów, do mnie zwrócił się z twarzą pełną dezaprobaty i wręcz wyrzutów - zrozumiałem, że robię coś nie tak. Po tygodniu czy dwóch śnił mi się Eryk miły wyluzowany, grający na perkusji - wówczas mój tekst był już prawie skończony, gruntownie przeredagowany. Odebrałem to jako aprobatę Eryka. Kiedy rozdział przybrał postać ostateczną Eryk nawiedził mnie sennie jako szczęśliwy człowiek, objął mnie i wyściskał. Nie muszę pisać, że też poczułem się jak w niebie. 

A potem (wernisaż 24.07.2009) w Muzeum Regionalnym we Wrześni przygotowałem wystawę „Ireneusz Zjeżdżałka, prace w kolorze. W pierwszą rocznicę śmierci - przyjaciele” oraz 50-stronicowy katalog. Znalazły się w nim wspomnienia Bartka Smoczyńskiego, z którym Eryk przyjaźnił się w dzieciństwie i we wczesnej młodości, Treny Bartka Myszkiewicza, z którym w latach 90. Eryk tworzył m.in. punkowy „Gnój jak chuj”. Znalazły się tam również opowieści Żołnierza (Artura Pruchniewicza) z hip hopowego Desantu WRZ, z którym Eryk nagrywał jedną z ich płyt oraz moja „próba bilansu” postaci Zjeżdżałki dla Wrześni. Na ścianach sali wystaw czasowych wisiały kolory Eryka z lat 2005-2006 (cykl, którego nie nazwał), a na dwóch ekranach leciały dwie projekcje: Leśna impresja z 1995 (slajdy z muzyką Toma Petty’ego) oraz slajdszoł z najważniejszych czarno-białych cykli Eryka, a jako warstwa dźwiękowa rozmowa z Erykiem Hanny Marii Gizy z radiowej Dwójki. Zarówno muzykę do pierwszej projekcji, jak i dźwięk do drugiej można było usłyszeć po założeniu słuchawek (burmistrz Wrześni kupił specjalnie na tę wystawę 6 słuchawek bezprzewodowych), natomiast w całej sali odtwarzana była muzyka, jaką lubił Eryk, m.in. Desantu WRZ i rosyjskiej formacji „Leningrad”. Mam nadzieję, że Eryk zaakceptowałby tę wystawę i katalog. 

Były łzy rodziny i przyjaciół Eryka, ja też uroniłem coś tam jak Bartek Myszkiewicz na początek wernisażu zaśpiewał i zagrał na gitarze przejmujący utwór, jaki stworzył po śmierci Przyjaciela. Eryk był dla bardzo wielu osób postacią ważną, ba - wyjątkową, wywierającą wpływ, odciskającą piętno, jak to się banalnie stwierdza, i tak dalej, i tak dalej...

Nie uspokoiłem się jeszcze na dobre po wystawie, a tu już przyszło zacząć robić skład „Kwartalnika Fotografia”. Na szczęście, łącznie z korektami i tłumaczeniami poszło na tyle sprawnie, że od wczoraj trwa już druk. Wszystko dzięki Oli Śliwczyńskiej-Kupidura, która jest sekretarzem redakcji. W sprzedaży nowy, 30. już numer, ma ukazać się pod koniec sierpnia. Chcemy jeszcze dać trochę czasu na sprzedanie się numerowi 29. 


Tęsknię za ciemnią. Cieszę się latem, upałem, słońcem, długimi dniami i wieczorami, kąpielami w basenie ogrodowym, biesiadami na wolnym powietrzu, przejażdżkami rowerowymi - ale zbieram siły na jesień i zimę, kiedy znowu, w towarzystwie radiowej Trójki oraz jazzu na CD, posiedzę sobie w ciemni. Latem prawie nie fotografuję, bo słońce, bo liście, bo „trzeba korzystać z lata”. Fotografia zaczyna się dla mnie jesienią i zimą, trwa do wiosny.

Pomyślałem sobie, że żal mi tych młodych fotografów, wychowanych na cyfrze. Nie wiedzą ile przyjemności może dać naświetlanie negatywów, wywoływanie i suszenie odbitek, przycinanie, oprawianie, archiwizowanie. Nie poznają zapachu chemikaliów, nie posiedzą w samotności, ciszy i skupieniu w ciemni.  Nie chcę deprecjonować epoki cyfrowej, cieszą się, że dane mi było startować w analogu.

wtorek, 19 maja 2009

Wróciłem z Fotofestiwalu w Łodzi...

Nadal uważam, że Fotofestiwal jest jednym z najlepszych, jeśli nie najlepszym polskim festiwalem fotograficznym, chociaż  jego tegoroczna edycja lekko (powtarzam: lekko) mnie rozczarowała. W ubiegłym roku było według mnie więcej świetnych prezentacji i mniej projektów słabych, przypadkowych, których obecność na festiwalu budzi przynajmniej zdziwienie. 
Pierwsza refleksja, smutna: nie ma już barytów... ani jednego! Nie dlatego, że nikt już w tej technice nie pracuje, ale po prostu dlatego, że przestało to być interesujące dla kuratorów i organizatorów festiwalu. Nie wyrzucam tego nikomu, ja tylko stwierdzam fakt. 
Tragikomiczna jest wystawa Andrzeja Różyckiego o końcu fotografii analogowej, chociaż śmiech w tym przypadku jest trochę poprzez łzy... czy naprawdę cieszy nas takie proroctwo?
Najbardziej podobała mi się finka Marja Pirila, która zamieniła nieczynny już szpital psychiatryczny w camera obscura, dzięki czemu udało jej się sfotografować kamerą wielkoformatową (czas ekspozycji dochodził do godziny) odwrócone do góry nogami odbicia ulicy zza okna. W efekcie, metodami czysto fotograficznymi, powstały niesamowite obrazy. Nie tylko piękne, ale też bogate znaczeniowo. Na fotografii Pirila spotkały się dwa światy „odwrócone” - szpitala psychiatrycznego oraz fotografii. Przy czym, jeszcze raz to podkreślę, autorka jest bardzo świadoma estetycznych walorów powstałych obrazów - panuje nad nimi całkowicie. Coraz mniej takich spotkań mam okazję doświadczać na festiwalach - z prawdziwym fotografem.
Wzruszająca jest też podróż, w jaką zabrała nas Christien Jaspars z Holandii. Do - czyli chłopak autorki - zmarł w 2001, a ona nadal nie może pogodzić się z jego brakiem. Postanowiła odwiedzić z kamerą otworkową miejsca, które łączyły się z ich wspólnymi przeżyciami, dzięki czemu możemy uczestniczyć w swoistym misterium umierania Do.
Moją uwagę zwróciły dwie realizacje związane z zapisem życia Romów. Włoch Carlo Gianferro pokazał „bizantyjskie” wnętrza domów bogatych Cyganów z Mołdawii wraz z ich zadowolonymi z siebie mieszkańcami, natomiast Słowak Szimon Kliman sfotografował ubogich Cyganów słowackich żyjących w slamsach u podnóża Tatr. Mimo skrajnej nędzy, każdy z nich posiada jakiś ciuch luksusowy, na najważniejsze okazje. I właśnie w tym entourage'u występują bohaterowie Klimana. 
Bardzo podobał mi się inny Słowak - Andrej Balco - który wykonał portrety służby domowej w Brazylii zestawiając je z portretami „państwa”. Zdjęcia zestawił w tryptyki złożone ze sługi, pana i miejsca pracy sługi, sporadycznie pojawiają się też inne fotografie - byłych pokojówek, pokojówki w swoim mieszkaniu (a raczej w czymś, co mieszkanie przypomina). Szkoda, że w katalogu nie pokazano owych tryptyków, lecz pojedyncze fotki. 
Jutro postaram się napisać więcej, o tym, co widziałem, a czego nie... 

poniedziałek, 18 maja 2009

Nagrody, nagrody...

Uprzejmie donoszę, że w ostatnich tygodniach publikacje Wydawnictwa Kropka otrzymały nagrody: okładka numeru 26/27 „Kwartalnika Fotografia” otrzymała III miejsce w kategorii czasopism branżowych na GrandFroncie 2008, natomiast „Cisza” mojego autorstwa dostała jedno z dwóch wyróżnień na ogólnopolskim konkursie na fotograficzną publikację roku 2008 ogłoszonym przez krakowską księgarnię fotograficzną f5. Przypomnę tylko, że „Ciszę” projektował Tomek Wojciechowski, natomiast projekt nagrodzonej okładki KF jest moim dziełem.
Nagrody to tylko nagrody, nie należy do nich przykładać zbyt wielkiej wagi, ale oczywiście cieszą. W czasach, gdy czytelnicy uciekają do internetu, jedyną szansą dla medium drukowanego (czasopisma czy książki) staje się unikalny, wyszukany projekt, postać graficzna (design). Ten składnik publikacji - obok oczywiście zawartości merytorycznej, czyli słowa i obrazu - musi stanowić „wartość dodaną”, za którą czytelnik chętnie zapłaci. Rozumie to „mój” grafik-projektant, czyli Tomek Wojciechowski, co wypełnia mnie nieopisaną wręcz radością, ponieważ mam nadzieję na wydanie w przyszłości wielu, wielu pięknych książek. 

niedziela, 17 maja 2009

I po wernisażu...

W piątek, w przeddzień Nocy Muzeów w Muzeum im. Mickiewicza w Śmiełowie (jest to oddział Muzeum Narodowego w Poznaniu) odbył się wernisaż mojej wystawy zatytułowanej „Topografia niepamięci”. Zapis fragmentów wernisażu można znaleźć na portalu www.wrzesnia.info.pl (http://wrzesnia.info.pl/portal/index.php?area=1&p=news&newsid=5119). Było mi niezwykle miło, że moje fotografie zawisły w tak pięknym miejscu i w tak „godnym” otoczeniu. Zaniedbane i zapomniane dwory oraz parki wiejskie pokazuję w pałacu, który jakimś cudem ocalał z komunistycznego holokaustu wszystkiego, co wiązało się z ziemiaństwem, czyli, jakby nie patrzeć „wrogiem ludu”.
Na wernisaż przyjechał Wojtek Wilczyk, Janusz Leśniak z małżonką oraz wielu oficjeli i wypróbowanych przyjaciół z Wrześni i innych miejscowości. Kolorytu wernisażowi nadali członkowie Towarzystwa Ziemian Wielkopolski oraz wnuk właścicieli Śmiełowa. Ich momentami bardzo emocjonalne wystąpienia były z pewnością dodatkową atrakcją dla wszystkich gości wernisażowych. Muszę również przyznać, że Ewa Kostołowska, kustosz muzeum i jednocześnie kuratorka wystawy oraz autorka wstępu do katalogu, bardzo postarała się, aby wernisaż miał również właściwą oprawę gastronomiczną - wina nie zabrakło. Rozmowom kuluarowym nie było końca, lecz ja niestety nie mogłem nic wypić, ponieważ byłem kierowcą. Dopiero w domu odbiłem sobie straty - do drugiej w nocy. Nazajutrz, podczas Nocy Muzeów, wystawę obejrzało ponad tysiąc osób... 

czwartek, 14 maja 2009

Taka piękna wiosenna pogoda, że aż żal fotografować, czy w ciemni siedzieć. Zdecydowanie lepiej pobiegać w lesie, czy wyjść z psem na spacer, żeby sprawić mu i sobie przyjemność. A nuż na takim spacerze spotka się kogoś interesującego, kto będzie miał do powiedzenia coś ciekawego na temat np. fotografii? Idę...

środa, 13 maja 2009

Dawno, oj dawno tutaj nie byłem - cierpię po prostu na chroniczny brak czasu na cokolwiek! Uporałem się w końcu z paroma sprawami - nowy numer KF wydany, nowa książka Jureckiego wydana, foty na wystawę w Śmiełowie oddane, więc w końcu można coś skrobnąć na blogu.
Po kolei i w skrócie: Jelenia Góra - „Cisza” została przyjęta dobrze, a na Wszechnicy w Przesiece było bardzo sympatycznie i inspirująco. Poznałem nowych interesujących fotografów, a gospodarze, czyli Ewa i Wojtek Zawadzcy po raz kolejny utwierdzili mnie w przekonaniu, że fotografia analogowa jeszcze nie umarła. Oni są tacy stali, niezmienni... Imponuje mi ich wierność zasadom, które wyznają.
Podobnie zresztą jest z Bogdanem Konopką. Bogdan z Jacqueline gościł od 1 maja we Wrześni, gdzie rozpoczął na zaproszenie burmistrza fotografowanie miasta. Ma być z tego i wystawa, i książka. On jest dla mnie piekielnie mocno inspirujący - podziwiam go, chyba nawet coraz bardziej, bo coraz lepiej go znam. Pokazywał mi na kompie skany swoich zdjęć, których nikt, albo prawie nikt jeszcze nie zna. Cmentarze żydowskie, austriackie - w Polsce - a także otworki panoramiczne (!) - to rodzi mój szacunek. Poza tym on jest bardzo otwarty na inną fotografię, zresztą na łamach KF prezentował zawsze twórców, których stylistyka jest zupełnie różna od tej, w jakiej on sam się porusza.
Byliśmy razem na Biennale w Poznaniu. Wernisaże to nie jest najlepszy czas na oglądanie wystaw - muszę pojechać jeszcze raz i wszystko obejrzeć w spokoju. Nie jest tego aż tak dużo, więc przez dzień z pewnością się uwinę. Najlepiej zapamiętałem historyczną wystawę w Zamku o powojennej fotografii polskiej z lat 1945-1949. Maciejowi Szymanowiczowi udało się pościągać bardzo interesujące fotografie z wielu miejsc, z wielu instytucji oraz od rodzin autorów. Jakby jednak nie patrzeć, ta wystawa jest wystawą towarzyszącą głównemu biennalowemu nurtowi i nie ona zadecyduje o ogólnej ocenie Biennale. Na tę najsilniejszy wpływ będą miały wystawy w Arsenale oraz w Starym Browarze. Po pierwszym wejrzeniu odczuwam pewien niedosyt, chociaż - zastrzegam - muszę wszystko obejrzeć jeszcze raz. W piątek nie widziałem zresztą wszystkich wystaw, np. w Ego.
Nie udało mi się, niestety dotąd - jak planowałem - pojechać ani do Łodzi na Fotofestiwal, ani do Krakowa na Miesiąc Fotografii, mimo, że na tym ostatnim Wojtek Wilczyk pokazuje wystawę Eryka, a Moho Gallery w ramach programu off, „Stoły wernisażowe” mojej córki. Nadrobimy wszystkie zaległości - planujemy we wtorek i środę odwiedzić Kraków i Łódź. 
Teraz parę słów o „Topografii niepamięci, czyli o zapomnianych i zapuszczonych wiejskich dworach wielkopolskich”. Najważniejsze to to, że polubiłem ten temat! a nawet dostrzegłem w nim głębszy sens. Postanowiłem pracować dalej, po to, żeby za rok dwa wydać piękny album z zapomnianymi dworami. To fascynujący temat - podobnie jak wcześniej wiejskie zabudowania gospodarskie i mieszkalne. 
Za parę dni dopiero KF będzie w Empikach, a my już prawie mamy materiały na następny numer. Ola strasznie mocno zaangażowała się w KF, co mnie cieszy niezmiernie. Jej młodzieńcze spojrzenie na fotografię połączone z moim, raczej konserwatywnym, tworzy dobre połączenie - każdy czytelnik, mam nadzieję, znajdzie w piśmie coś dla siebie - i ten szukający nowoczesności, i ten lubiący klasykę.
Tak, czy inaczej bardzo się cieszę, że na Biennale w Poznaniu udało się wydać i 29 numer KF, i książkę „Oblicza fotografii” Krzysztofa Jureckiego. 

sobota, 14 lutego 2009

Dwory i pałace Wielkopolskie

Od kilku miesięcy realizuję zlecenie od Muzeum Mickiewicza w Śmiełowie, które jest filią Muzeum Narodowego w Poznaniu. Robota polega na fotografowaniu zniszczonych i popadających w ruinę dawnych siedzib ziemiańskich z terenu Wielkopolski. Kuratorem wystawy, która ma zostać pokazana podczas majowej Nocy Muzeów, jest Ewa Kostołowska, dyrektor Muzeum w Śmiełowie. 
Wystawa ma składać się z 70 fotografii formatu 40x50 cm. Początkowo zamierzałem całość zdjęć wykonać w stylistyce „becherowskiej”, czyli miały powstać proste frontalne ujęcia, bez najmniejszej chociażby próby upiększania czy jakiegokolwiek estetyzowania tematu. W ten sposób fotografowałem zabudowę wiejską z cyklu „Cisza”. W terenie okazało się jednak, że nie jest to takie proste - usytuowanie obiektów jest tak różne, że po prostu często nie daje się fotografować en face, często dwory i okazałe pałace znajdują się w zapuszczonych parkach, chaszczach i innych „chęchach”. Dlatego chcąc nie chcąc muszę „zdejmować” je z boku, 3/4 i w inny sposób.
13 marca mam wystawę w Jeleniej Górze w galerii „Korytarz” Wojtka Zawadzkiego, pokazuję fragment (34 fotografie) „Ciszy”. Ciekawe jak to zostanie przyjęte, wernisaż będzie początkiem kolejnej WSZECHNICY FOTOGRAFICZNEJ. Cieszę się na wyjazd do Jelonki, bo z tymi okolicami i z tymi ludźmi, których zazwyczaj tam poznawałem i spotykałem, wiązały się zawsze miłe i interesujące wspomnienia. Mam tam być do niedzieli, 15 marca. Żałuję bardzo, że Jola nie może jechać ze mną, bo akurat wtedy jej mama ma w Koszalinie operację i Jola chce być przy niej. Nie dziwię się, ale mam nadzieję, że może operacja będzie w innym terminie.

sobota, 7 lutego 2009

niedziela, 1 lutego 2009

Biennale Fotografii w Poznaniu

Parę dni temu Galeria Miejska Arsenał w Poznaniu przysłała mi mejla, w którym poprosiła „Kwartalnik Fotografia” o objęcie patronatem medialnym 6. Biennale Fotografii, które odbędzie się w maju br. Poproszono przy tym o przysłanie zgody na piśmie, ponieważ to pismo miało stać się załącznikiem do pisma Galerii do Marszałka Województwa o dofinansowanie Biennale. Oczywiście zgodziliśmy się na patronat, mejlowo obiecaliśmy przesłać stosowne pismo, a przy okazji zapytaliśmy nieśmiało, czego Galeria oczekuje od nas, ponieważ - jak napisaliśmy - chcemy wywiązać się z wszystkich zobowiązań. Na drugi dzień przyszedł drugi mejl od tej szacownej instytucji, w którym zostaliśmy poinformowani, że jednak wycofują swoją prośbę, ponieważ wcześniej udzielili już patronatu Fotopolis, który to portal zastrzegł sobie ponoć wyłączność. No trudno, pomyślałem, chociaż - przyznam - zrobiło mi się trochę smutno, że Arsenał woli za patrona prasowego portal o charakterze bardziej sprzętowym niż artystycznym. W listopadzie w Starym Browarze na wernisażu okręgu ZPAF spotkałem i Makowieckiego i Michałowską deklarując chęć tematycznego wpisania się majowego numeru KF w Biennale, co powitali jeśli nie radością wielką, to przynajmniej czymś co można określić jako przychylność. 
Jeszcze jeden element tej śmiesznej układanki pt. patronat nad Biennale zwrócił moją uwagę, a mianowicie fakt, że Arsenał występuje o pieniądze na imprezę pod koniec stycznia, a może na początku lutego. Nie wiem rzecz jasna, jaką część całego budżetu Biennale stanowi dotacja akurat z tego Urzędu (mam nadzieję, że niewielką), ale brzmi to trochę dziwnie, że tak poważna impreza, na parę tygodni przed rozpoczęciem nie jest jeszcze „domknięta” finansowo. 
Ale co mi tam... nie moje małpy, nie mój cyrk... 

czwartek, 22 stycznia 2009

"Kwartalnik Fotografia" już w druku
Najmilsza chwila poranka - przyjść do pracy, zajść na halę i zobaczyć coraz więcej wydrukowanych kartek KF-u. I wtedy krótkie pytanie do Roberta Kozubińskiego: - Jak idzie? A on na to: - Dobrze, musi! 
Stosy wydrukowanych kartek rosną, z wolna wypełniają ciasną drukarnię, coraz trudniej poruszać się po hali. - A okładka pojechała już do folii i do lakieru (na czerwone lakierki!)? - Tak, dzisiaj Przemek ją zawiózł. - O to bardzo dobrze! 
I odchodzę, rzucając jeszcze na odchodne spojrzenie pełne uśmiechu zadowolenia. Robert odwzajemnia się tym samym - wygląda na to, że zdążymy na czas, że pierwsze egzemplarze, te dla „najważniejszych” odbiorców, czyli prenumeratorów i autorów, wyjdą z drukarni tak jak planowałem, jeszcze w styczniu. Lubię dotrzymywać słowa, terminów, a przez tę całotygodniową awarię obu maszyn drukujących (umówiły się, że zastrajkują, czy co?) w zeszłym tygodniu, myślałem, że się rozchoruję. Dzisiaj znowu jestem optymistą. Pozostanie tylko niepewność, jak nowy numer zostanie przyjęty - co powiedzą autorzy, co czytelnicy. Tak się z Olą staraliśmy, żeby było dobrze, ale jak znam życie, to o czymś zapomnieliśmy, coś przeoczyliśmy. Poczekamy, za tydzień wszystko będzie jasne.
A teraz? Teraz trzeba już myśleć o następnym numerze! I następnych książkach, które trzeba wydać - przede wszystkim o monografii Eryka Zjeżdżałki, a także o... nie powiem, nie zdradzę innych planów. 
I pomyśleć - gdybym nie miał „Wiadomości Wrzesińskich” nie miałbym drukarni, a gdybym nie miał drukarni, nie wydawałbym „Kwartalnika Fotografia”... Czegoś w życiu byłoby mi brak...

środa, 14 stycznia 2009

Mamy teraz z Olą mnóstwo pracy przy nowym numerze "Kwartalnika Fotografia", bardzo zależy mi, żeby nr 28 ukazał się jeszcze w styczniu. Dlatego wybacz, cały świecie, ale chwilowo nie mam czasu na bloga

poniedziałek, 5 stycznia 2009

Strawiński zarzucił nowej muzyce, że nie jest komponowaniem tylko filozofowaniem – ale jeśli jest tu filozofowanie, to bardzo mętne i nie wiadomo, po co są do tego dźwięki – publiczność w dodatku niewiele rozumie, śmieje się tam, gdzie nie trzeba, a nie śmieje się tam, gdzie trzeba – w rezultacie chaos zwielokrotniony, a do tego, czego już wybaczyć nie sposób, nuda. Myślę, że ten awangardyzm koncepcyjny nic już nie da (…). Muzyka kariery filozoficznej nie zrobi, bo zawsze pokona ją – sama filozofia. (…)
Stefan Kisielewski, Dzienniki, 22 września 1968

Myślę, że słowa Kisiela wypowiedziane prawie czterdzieści lat temu pasują jak ulał do sytuacji dzisiejszej fotografii. Klasyczna fotografia upada (jest parę znaczących wyjątków), a dzisiejsi „postępowi” twórcy zajmują się bardziej wymyślaniem skomplikowanych „teorii” do lichych fotografii niż wytwarzaniem ciekawych zdjęć.
Każda generalizacja tego rodzaju jak powyżej jest krzywdząca dla niektórych artystów, ale nie zmienia to zasadniczo sytuacji współczesnej fotografii w Polsce; ta bowiem jawi mi się przede wszystkim jako wszechwładny postmodernizm, cokolwiek to słowo znaczy. Nieostrość tego pojęcia jest bardzo adekwatna do zjawisk, jakie obejmuje, czyli nieokreśloną magmę myśli, koncepcji, nurtów, dążeń i realizacji artystycznych. Postmodernizm to metafora i nazwa zbiorcza dla bardzo wielu niejednorodnych i często rozbieżnych tendencji. To bardziej pewna postawa ideowa niż nazwa kierunku w sztuce.
Piszący o fotografii (celowo nie użyłem wyrażenia „teoretycy fotografii”, ponieważ według mnie nie istnieje jeszcze dyscyplina badawcza o nazwie „teoria fotografii”, a jedynie uprawiana jest pewna przednaukowa refleksja o fotografii, która być może w przyszłości wykrystalizuje się w postać naukową) nie ułatwiają publiczności zadania, bowiem jak dotąd nie wypracowali nawet terminologii opisu tej dziedziny twórczości. Książki o fotografii pisane są dość ciężkim, bo wieloznacznym językiem, przeważnie z nieokreślonego teoretycznego punktu widzenia. Nie istnieje coś takiego jak „ogólna teoria fotografii”. Można odnieść wrażenie, że każdy z badaczy mówi sam do siebie, opowiadając się za tym czy innym rozstrzygnięciem, zajmując jedynie jakieś stanowisko w takiej czy innej sprawie. Uzasadnienia występują najczęściej jedynie szczątkowo, sprowadzając się przeważnie do przytaczania poglądów myśliciela X czy Y, traktowanego jako guru głoszącego prawdy objawione. W polskim piśmiennictwie „teoretycznym” nie ma właściwie sporów i polemik, co jest zupełnie naturalne – nie może ich być tam, gdzie nie występuje dialog, a jedynie prezentacja monologów.
Polskie pisanie o fotografii nie doczekało się dotąd żadnego badacza, który dostrzegłby rolę „badań podstawowych”, który zebrałby i uporządkował dotychczasowy stan badań nad teorią fotografii. Taka „ogólna teoria fotografii” powinna zawierać na przykład podstawowe ustalenia terminologiczne, zbiór (listę) podstawowych problemów, którymi zajmuje się teoria fotografii, opisy swoistych procedur badawczych, określenie przedmiotu badań i wiele innych rozstrzygnięć, a nawet hipotez. Wychodząc z różnych założeń filozoficznych można w różny sposób tworzyć taką naukę. Przede wszystkim trzeba sobie odpowiedzieć na pytanie, czym ma być owa „ogólna teoria fotografii”: tworem czysto spekulatywnym („wymyślonym”) i zarazem normatywnym, czy też pewnym systemem twierdzeń mającym oparcie w empirii, czyli w tym, co do tej pory na ten temat napisano? Osobiście uważam, że lepsze jest to drugie podejście.
Mówiąc obrazowo – nie chodzi o to, aby usiąść przy biurku i „wymyślić” kolejną definicję fotografii i potem domagać się uznania jej za „obowiązującą”, ale żeby zdać sprawę z różnego użycia tego słowa w różnych kontekstach, przez różnych badaczy, w różnych okresach historycznych. Sam, jak dotąd nie przeprowadziłem gruntownych i rzetelnych badań historycznych nad tym problemem, ale nawet powierzchowna znajomość literatury przedmiotu pokazuje, że słowo „fotografia” używane było i jest, w co najmniej kilku znaczeniach. Zadaniem teoretyka fotografii jest między innymi postarać się zebrać te znaczenia i ewentualnie pogrupować z uwagi na jakieś podobieństwa.
Itd.