poniedziałek, 8 kwietnia 2013

Moja odpowiedź na krytykę KF ze strony Krzysztofa Jureckiego


Krzysztof Szymoniak w swojej najnowszej książce pt. „Fotografioły 2. Okołofotograficzne ćwiczenia umysłowe”, Prymasowskie Wydawnictwo „Gaudentinum”, Gniezno 2013 - zamieścił m.in. rozmowę z Krzysztofem Jureckim. Ma ona świetny, bo adekwatny, tytuł: „Rzadko się mylę” (sic!).


Strona tytułowa książki Krzysztofa Szymoniaka, rozmowę z K. Jureckim poprzedza rozmowa z Anią Ignasińską-Zjeżdżałką, żoną Ireneusza Zjeżdżałki

Rozmowa poświęcona jest zarówno osobie Krzysztofa Jureckiego, jak i jego niemalże 30-letniej działalności krytycznej i kuratorskiej w obszarze fotografii. Dowiadujemy się też - co jest dla mnie odkryciem - że Krzysztof zaczynał od fotografowania, że nadal fotografuje i że być może kiedyś porzuci pisanie o fotografii i poświęci się wyłącznie fotografowaniu i wystawianiu swojej fotografii. To dla mnie spore zaskoczenie...
Nie zaskoczyło mnie za to to, co Jurecki raczył powiedzieć na temat redagowanego przeze mnie „Kwartalnika Fotografia”:

(...) Z bólem, ale zdecydowanie w roku 2010 wycofałem się z grona współpracowników „Kwartalnika Fotografia”, ponieważ poziom zdjęć i tekstów tam zamieszczanych stał się na tyle niezadawalający, że postanowiłem to uczynić. Jeśli magazyn ten lansuje takiego fotografa jak na przykład Charles Fréger czy Tomasz Gudzowaty, to moim zdaniem jest to niepotrzebne (...)”.

(...) Cóż, żyjemy w świecie pluralistycznym, a ja muszę przyjąć do wiadomości fakt, że moje idee bywają osamotnione, albo nawet przegrają w konfrontacji z twórczością pozbawioną wartości. Widać to na przykład na gruncie „Kwartalnika Fotografia”, który był zupełnie innym pismem, gdy redagował je Ireneusz Zjeżdżałka, a zupełnie innym jest obecnie, kiedy objął to Waldemar Śliwczyński. Jakiś czas temu pojawił się numer, który mógł być poświęcony wartościom i temu, co wiemy i mówimy na temat śmierci (nr 35/2010), zresztą ze słowem „śmierć” na okładce. Dl amnie był to jednak zbiór tekstów i obrazów na temat trupa. Jest tam nawet wywiad z technikiem, który uczestniczy przy sekcji zwłok. Po co? A przecież można było pokazać w tym numerze wybitne prace Grzegorza Przyborka „Thanatos”. Artysta zmierzył się z niezwykle trudnym problemem: jak wygląda śmierć? (...)”. 

Słowem: za Eryka to były czasy...

Nie będę polemizował z Krzysztofem Jureckim na temat mojego prowadzenia KF-u, nie będę niczym Jerzy Dudek w bramce Liverpoolu bronił rzutów karnych, jakie arbiter-Jurecki mi zafundował. Może zresztą strzelił nie do obrony, w samo „okienko”? Jedyne, co zrobię, to opowiem własną wersję owego odchodzenia z bólem z KF Krzysztofa Jureckiego. 

Otóż, nie wnikając w szczegóły (bo i tak dzisiaj już ich nie pamiętam), było tak, że Krzysztof proponował zawsze wiele materiałów, ale wówczas gdy mnie one nie pasowały do całości numeru, jaki chciałem stworzyć, musiały czekać na odpowiedni moment. Proponowałem w zamian napisanie czegoś, co chciałem mieć w numerze, ale Krzysztofowi nie zawsze było po drodze z moimi pomysłami. Problemem Jureckiego jest apodyktyczność i protekcjonalny ton. On lubi ferować wyroki artystyczne, one są niepodważalne i niedyskusyjne. Jest tak, a tak, bo ja, Krzysztof Jurecki tak mówię. Bo ja wiem. Z tego powodu wszelkie uwagi i korekty redaktorskie, które pojawiają się przy redagowaniu jego tekstów napotykają z jego strony na wielki opór. Dlatego też zabrał swoje zabawki z piaskownicy KF. Dzisiaj mogę już powiedzieć - nie płakałem...

Czytając rozmowę Szymoniaka z Jureckim można dostrzec pewien rys osobowości Jureckiego - wielkie ego. Ja jako pierwszy napisałem o..., ja wylansowałem tego, czy tamtą... Zrobiłem to i tamto... Myślę, choć to tylko hipoteza, że dlatego tak rozpływa się nad Erykiem-redaktorem (w kontrze do Śliwczyńskiego, ale to szczegół...), że Eryk po prostu mu ulegał i puszczał to, czego Jurecki sobie życzył. Jurecki miał na początku duży wpływ na Eryka myślenie o fotografii i o tym jak powinno się robić pismo fotograficzne. 

Jeszcze jeden cytat: 
(...) Na marginesie tylko dodam, że Bogdan Konopka w prywatnych wypowiedziach niesłusznie deprecjonuje fotografie Ireneusza Zjeżdżałki. Twierdził wręcz, że Eryk powtarzał metodę po nim i po Andrzeju Lechu. Ale jeżeli wczytamy się w Eryka teorię miejsca i nieinscenizacji tego miejsca, to między fotografiami Konopki i Lecha a fotografiami Zjeżdżałki zachodzi od razu widoczna różnica. A zachodzi ona choćby dlatego, że ani Lech, ani Konopka nigdy takiej teorii nie sformułowali. Natomiast Eryk wierzył, że każde miejsce może skumulować w sobie energię i my tę energię potem za pomocą odpowiednio zaprojektowanej fotografii (ale bez jakiejkolwiek inscenizacji, nawet bez lampy błyskowej) możemy odzyskać i przenieść na obraz fotograficzny”.

Nie wiem, śmiać się czy płakać? A czym niby różni się ta „teoria Żjeżdżałki” od tego, co od trzydziestu z górą lat mówi się i pisze w kręgu tzw. szkoły jeleniogórskiej czy „teorii” fotogenii?! Konopka, czy Lech inscenizują i używają lamp błyskowych?! Z całym szacunkiem dla Eryka i pamięci o Nim, i szacunku dla Jego dokonań, ale teoretykiem fotografii to on nie był. Umiał pięknie opowiadać o energii, uczuciach zaklętych w niektórych miejscach, które aż proszą się o sfotografowanie, o warstwach przeszłości, które osadzają się tu i tam i że powinnością fotografa jest rejestracja takich miejsc, które są blisko twojej kamery, itd. To tylko zgrabna kompilacja tego co usłyszał i wyczytał u Lecha, Konopki, Zawadzkiego, Andrzejewskiej, Nowackiego i innych ze środowiska, które go ukształtowało. Nie umniejszam Eryka, ale po prostu wkurza mnie Twoja, Krzysztof naiwność. 

Zresztą, nie mogę się też zgodzić z Twoją koncepcją wartości fotografii. Używasz tej koncepcji do oceniania twórczości fotografów. Kryterium, nie mówię, że jedynym, ale bardzo ważnym jest dla Ciebie świadomość twórcy, czyli inaczej mówiąc - samoświadomość artysty. Masz oczywiście pełne prawo do takiego poglądu, ale na miłość boską, to nie jest jedyna możliwa teoria wartości fotografii. Czy Atget miał świadomość tego co robi? Są co do tego poważne wątpliwości. Czy dzieło samo w sobie już się nie liczy, już nie wystarcza? Czy konieczna jest instrukcja obsługi, broszura informacyjna, która odkrywa świadomość artysty, aby odbiorca mógł docenić wartość fotografii? Może dlatego właśnie fotografia polska, nad czym tak ubolewasz, jest tak mało znana w świecie, bo jest po prostu niezrozumiała bez instrukcji obsługi? Może po prostu zagraniczny odbiorca ma gdzieś te wzniosłe i pseudouczone mądrości zwane przez Ciebie „świadomością artysty”? 
Fotografia jest sztuką wizualną, czyż nie? „Dziecięca choroba naukowości” - to już było i oby nie wróciło.

26 komentarzy:

  1. Waldku,
    "Bo ja wiem. Z tego powodu wszelkie uwagi i korekty redaktorskie, które pojawiają się przy redagowaniu jego tekstów napotykają z jego strony na wielki opór. Dlatego też zabrał swoje zabawki z piaskownicy KF" - to Twoja wersja, dla mnie to nie była żadna przyczyna odejścia. Mało tego nie zauważyłem żadnej pracy redakcyjnej przy moich tekstach, poza skrótami!. Poziom pisma był tak niski, podkreślam moim zdaniem, że poprosiłem o skreślenie mojego nazwiska ze stopki i tyle. Miałem do tego prawo. "KF" życzę, aby ukazywał się dalej, a moja krytyka może coś Ci uświadomi.... Pozdrawiam Krzysztof

    OdpowiedzUsuń
  2. Pojęcie „poziomu” jest względne - dla mnie „naukowość” pisma nie jest wcale wyznacznikiem wysokiego poziomu. Według mnie pismo o charakterze eseistyczno-analityczno-syntetyczno-naukowym nie jest pismem dobrym. Oczywiście, nie mam nic przeciwko uprawianiu tego typu refleksji, ale raczej w książkach i ewentualnie w biuletynach uczelnianych. Pismo, które ma funkcjonować na wolnym rynku musi być atrakcyjne nie tylko dla teoretyków i krytyków, ale przede wszystkim dla miłośników fotografii. Twoje uwagi oczywiście przyjmuję, jako naczelny zrobiłem co mogłem, teraz już nim nie jestem. Powody mojego odejścia są jednak inne niż Twoje. Wolę fotografować niż pisać o fotografii.

    OdpowiedzUsuń
  3. absolwent WSSiP9 kwietnia 2013 03:12

    Jako absolwent WSSiP mogę co nieco powiedzieć o panu Jureckim. Aby nie mieć problemów w przyszłości (niestety - pan Jurecki bywa pamiętliwy) piszę anonimowo.

    To wielkie ego pana Jureckiego nie raz przewijało się przez zajęcia. Właściwie o samej historii fotografii dowiedzieliśmy się niewiele, pan Jurecki miał problem z logicznym poprowadzeniem wywodu poprzez lata i rozwijane teorie. Z zajęć nie pamiętam nic. Oczywiście wszyscy na nie uczęszczaliśmy, bo ci którzy tego nie robili nie mieli szans na zdanie egzaminu.

    Zdarzało się oglądać dokonania fotograficzne naszego prowadzącego. Ukrywaliśmy uśmiechy i kiwaliśmy ze zrozumieniem głową. Wszak krytykami sztuki pozostają niespełnieni artyści. I mimo iż pan Jurecki jest słabym krytykiem sztuki, to przy swoich dokonaniach fotograficznych jest orłem. Dzieci moich znajomych robią lepsze i sensowniejsze fotografie niż pan Krzysztof.

    W sumie to miałem nie pisać, ale zaczyna mi przeszkadzać poziom nienawiści siany przez pana Jureckiego. Regularnie czytuję jego bloga, ale ostatnimi czasy polega to na przeglądaniu obrazków i zdjęć natomiast teksty opuszczam. Szukam entuzjazmu i nowych odkryć, a dostaję porcję chamstwa i uszczypliwości.

    Z góry przepraszam pana Jureckiego, że napisałem to publicznie. Po prostu chyba przegiął.

    OdpowiedzUsuń
  4. Drogi absolwencie,

    Nigdy nie pokazuję swoich zdjęć na wykładach, myślę,że się podszywasz i jesteś kimś innym.

    Nie szerzę nienawiści - gdzie? Proszę wskazać. Pragnę dyskusji, ale z osobami, które podpiszą się i mają taką odwagę.

    kj

    OdpowiedzUsuń
  5. Nie znam ani Pana Jureckiego ani jego historii w ramach KF. To, co widzę w tej chwili i w tym miejscu, to słowne przeciąganie liny. zbyteczne.

    Wywiad ma to do siebie, że jest pewnego rodzaju interpretacją przemyśleń dwojga osób, skrojoną wg pytającego i odpowiadającego.

    Sama udzielałam wywiadu do tej książki, w końcu nie został opublikowany. Wiem jak trudno jest wyrazić to, co się naprawdę chce powiedzieć, tak by żaden aspekt nie został błędnie zinterpretowany i był dobrze zrozumiany. Podkreślam - to, co chce się powiedzieć!

    Czasem to co myślimy, co rodzi się w naszej głowie po solidnym fermencie, nie zawsze jest tym co powinno wychodzić z naszych ust. Każda opinia, którą wyrażamy jest czymś co wypływa z nas na podstawie pewnych doświadczeń i może wpływać na nasze otoczenie. Niestety czasem mówimy za dużo rzeczy, które są ważne tylko dla nas samych.

    Ostatnio mój dobry znajomy przypomniał mi mądrą łacińską sentencję " Aut Tace Aut Loquere Meliora Silentio "

    OdpowiedzUsuń
  6. Wywiad w książce był z pewnością autoryzowany...

    OdpowiedzUsuń
  7. Czasem autoryzacja nie wystarczy, by naprawić pewne sprawy. Czasem powie się po prostu za dużo i bez namysłu, a nieodpowiedzialnym jest wycofywać ze swoich słów. Właśnie dlatego tak istotne jest to, co mówimy.

    Swoją drogą, jak Pan ocenia swój wpływ na charakter magazynu? Niezaprzeczalnym jest, że wymagał on ogromnej pracy i uwagi, jednak ciekawi mnie to jak wyglądał dobór tematów i autorów, jak również tworzenie samej aury KF ?

    Pozdrawiam,

    OdpowiedzUsuń
  8. KF istnieje od 2000 roku. W różnych latach proces powstawania numeru był inny. Na początku, gdy naczelnym był Zbigniew Tomaszczuk, pismo było w zasadzie spektaklem jednego autora, tzn. Zbyszek przywoził teczkę z materiałami na cały numer, określał również kolejność materiałów. Pozostawiał mnie i łamaczowi wolną rękę co do postaci graficznej. Oczywiście czasem ja też załatwiałem jakiś materiał lub też sam coś pisałem. Jak Zbyszek pozyskiwał materiały od innych autorów, to do końca nie wiem, ale opierało się to na osobistych znajomościach. Za czasów Eryka było w zasadzie podobnie, tzn. wszystko opierało się na wolontariacie, bo autorzy nie otrzymywali honorariów, podobnie fotografowie, których prace prezentowaliśmy. W tym czasie pismo na tyle okrzepło i było już znane, że do redakcji zaczęły napływać z różnych stron, także z zagranicy, materiały z propozycjami opublikowania. Po jakimś czasie wytworzyła się grupa około 20 autorów, którzy jak mieli czas i ochotę, to przysyłali teksty i fotografie. W takim stanie było pismo, kiedy po śmierci Eryka ja zacząłem je redagować. Od samego początku denerwowało mnie to, że nie mam większego wpływu na to, co w piśmie się znajdzie, ponieważ byłem zdany na łaskę autorów - przysyłali, albo nie. Dlatego wprowadziłem honoraria i sam zacząłem szukać ciekawych tematów i ciekawych autorów. W końcu udało mi się przygotować kilka numerów tematycznych, tzn. z jednym tematem przewodnim realizowanym przez kilka artykułów. Były też inne artykuły i rubryki stałe, aby przyciągać uwagę również tych Czytelników, których dany temat (przewodni) nie interesował. Ta postać KF, jaką Pani zna to nie jest ideał, o którym bym marzył. Pomysłów niezrealizowanych jest znacznie więcej niż tych zrealizowanych. Nie zawsze też udawało mi się namówić autorów do napisania na temat, na którym mi zależało. Bardzo mi zależało np. żeby w numerze o Afganistanie sylwetkę Krzysztofa Millera napisał Wojciech Jagielski, który wiele lat jeździł z nim na wojny, ale niestety pan Wojciech był bardzo zajęty i nie podjął się tego dzieła...
    Ostatnie lata, zwłaszcza odkąd do naszego życia wszedł Facebook, sporo szumu wokół pisma robi nasz profil, co jest zasługą mojej córki, Aleksandry Śliwczyńskiej-Kupidury. Robi ona dla KF znacznie więcej i jeśli można mówić o aurze, to jest ona jej zasługą.
    Przez te wszystkie lata przez redakcję przewinęło się wiele nazwisk, większości osób piszących do KF nie poznałem osobiście. Eryk znał więcej osób niż ja, ale on - w przeciwieństwie do mnie - zajmował się tylko pismem. Ja głównie zajmuję się redagowaniem i wydawaniem tygodnika lokalnego „Wiadomości Wrzesińskie”, a KF to zajęcie jakby na pół etatu, głównie w weekendy... Zdaję sobie sprawę, że tak się nie da i dlatego ustąpiłem z funkcji naczelnego, chcę dać pole do popisu młodszym ode mnie. KF jest pismem starego typu, dzisiaj trzeba je robić inaczej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za rzeczową odpowiedź. Ciężko jest pogodzić własne ambicje, z oczekiwaniami innych oraz możliwościami jakie daje nam dany czas i rzeczywistość. Jedyne czego mi brakuje w KF, jeśli mogę powiedzieć, to odkrywanie nowych twarzy, nowych fotografów, którzy nie mają ani renomy ani wielkich wystaw za sobą. KF to mógłby być świetny start dla tych, co mają warsztat i zdolności, a brak im śmiałości by wyjść z tym do żywych i krytycznych ludzi.

      Pozdrawiam
      Anna

      Usuń
    2. Do tego służy m.in. „Portfolio młodych”, stała rubryka

      Usuń
  9. absolwent WSSiP10 kwietnia 2013 08:23

    A jednak czasami Pan pokazuje zdjęcia na swoich zajęciach ;)

    Ale racja - nie ma sensu ta rozmowa, bo faktycznie to takie "odbijanie piłeczki". Poza tym tak jak pisałem - nie podpiszę się nazwiskiem, ponieważ funkcjonuję na polskim rynku fotograficznym, a pan Jurecki jest pamiętliwy ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Anonimowy"
      I tym razem mijasz się z prawdą. Zdjęcia pokazuję na każdych swoich zajęciach, ale nie swoje, co świadczy aż nadto o Twojej znajomości w/w tematu. Nie będę oceniał takich wpisów, jak twoje. Powiem tylko że jest to żałosne. Tym różni się mój blog od tego. Tu każdy "anonimowo" może każdego oczernić. W imię demokracji?

      Usuń
    2. Krzysztof Jurecki Ten "anonimowy student", to ciekawe, używa argumentacji (np. "nienawiść"), jaką stosował w polemice ze mną Sławomir Tobis na kilku blogach.w kontekście oceny wystawy A. Lecha (2011).

      Usuń
  10. Znajomy podesłał mi pdf-a książki Krzysztofa Szymoniaka. Trochę poczytałem, trochę przeglądnąłem i doszedłem do wniosku, że "Fotografioły" to tytuł bardzo adekwatny do zawartości... ;)

    OdpowiedzUsuń
  11. Jeśli można zapytać, kto obejmie stery naczelnego ?
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wyjaśni się 19 kwietnia na spotkaniu z redakcją KF w Krakowie?

      Usuń
    2. Myślę, że trochę się wyjaśniło

      Usuń
  12. Jeżeli chodzi o rodział poświęcony Kolektywowi Fotograficznemu "Świetlica" (który osobiście reprezentuję), to też mam mieszane odczucia.

    OdpowiedzUsuń
  13. Rozdział opiera się na rozmowie z Bogusiem. Szkoda że Krzysztof nie skonfrontował jego punktu widzenia z resztą. Nie do końca jest tak, że musiał/musi robić wszystko sam, a reszcie kompletnie brak zapału/umiejętności do pracy. Nie raz i nie dwa proponowaliśmy mu podział obowiązków by go odciążyć, mówiliśmy mu by nie brał wiecznie wszystkiego na siebie. Tak czy inaczej, brał. W rozmowie wygląda to tak, jakby cała reszta miała wszystko gdzieś.

    Jeżeli jednak chodzi o potencjał przy działaniu Obscurem i samą kondycję Świetlicy w chwili obecnej - niestety, ale ma rację.

    OdpowiedzUsuń
  14. No i dyskusja się skończyła, a mogło być tak ciekawie, tfurczo, etc.. Prawdę mówiąc "Fotografioły" są nudne jak flaki z olejem. Tytuł jak najbardziej adekwatny (w sensie "fiołów"). Nisza niszy (tu zacytuję znajomego, co mi podesłał pdf-a). Gniezno i Prymasowskie Wydawnictwo „Gaudentinum, to coś jak PzKpv VI z uszkodzoną trakcją i rozkalibrowaną armatą 88mm...
    Śmiechu warte ;)

    OdpowiedzUsuń
  15. Odpowiedzi
    1. Wojtku, „nie zważajcie na grzechy, ale na wiarę swojego kościoła”... Krzysztof Szymoniak ma dobre intencje i spore już zasługi dla wielkopolskiej fotografii. Patrz na „zawartość informacyjną” jego tekstów. Opinie, myśli, dywagacje, komentarze (od których na razie Krzysztof ucieka, a może nie ma odwagi?) zostaw na boku.
      Na spotkaniu autorskim usłyszałem, że Gaudentinum wydało książki autora za pieniądze autora. Ot, wykonali zlecenie - właściwie drukarskie, bo Szymoniak jest polonistą, dziennikarzem-praktykiem, więc pewnie zajął się też całą stroną redaktorską.
      Krzysztof Szymoniak, na ile go znam, nie jest „kościólkowy”...

      Usuń
  16. Heh Waldku, po co za własną kasę publikować książkę w Prymasowskim Wydawnictwie Gaudentinum???
    Z powodu samej nazwy tej oficyny (nawet nie wiedząc, co mają w ofercie) można dostać - określmy to eufemistycznie - mdłości...

    OdpowiedzUsuń