piątek, 30 grudnia 2016

Koniec przygody z poligrafią

Dzisiaj po raz ostatni przyszli do pracy pracownicy drukarni – Robert, Przemek, Krzysztof i Gosia, a także Norbert i Basia. To jest już koniec. W środę, 4 stycznia 2017 przyjadą po główną maszynę, po heidelberga, dumę naszej drukarni. Potem zabiorą CTP Heidelberga, krajarkę Polara i inne maszyny.
Żal dupę ściska...
23 lata temu, w październiku 1993, w dużej części za pieniądze z PFRON-u i za własne, łącznie za mniej więcej (przeliczając mniej więcej na dzisiejsze ceny) 20-30 tys. zł uruchomiłem drukarnię. W 50-metrowym garażu u sąsiada. Całość jej wyposażenia stanowiły dwa bardzo stare romajory, w tym jeden na chodzie, a drugi kompletny szmelc, prymitywna krajarka, kopiorama znaleziona przez mojego teścia Romana Bochnaka na złomie w Koszalinie. Jej zadaniem było drukować „Wiadomości Wrzesińskie”. Jedyny komputer w firmie to był PC-et 286 i służył jako maszyna do pisania, czyli do pisania tekstów. Skład robił nam po godzinach inny sąsiad, Jarek Wachoński, nauczyciel-informatyk w Zespole Szkół Rolniczych na wypasionym PC 386 SX w DOS-owym programie Ventura. Jarek miał też drukarkę laserową A4 firmy HP, więc dawał nam wydruki na folii. Drukarka była 300 dpi, więc na tyle mało, że zdjęć nie można było z niej  wypuszczać. W miejscach, gdzie miały być zdjęcia były puste powierzchnie – tam wlepiało się zrastrowane reprodukcje fotografii na błonach fotograficznych powstające w sposób analogowy, pod powiększalnikiem fotograficznym!
Do dziś twierdzę, że byłem w tamtym okresie wynalazcą! Może nie na miarę Leonardo da Vinci, Gutenberga czy Tomasza Edisona, ale jednak. Nigdzie nie spotkałem się z takim sposobem przygotowania do druku fotografii, jaki wymyśliłem i stosowałem. Powiem od razu – mówimy tylko o przygotowaniu do druku fotografii czarno-białej. Do koloru mojej metody nie stosowałem.
Normalnie w offsecie, w profesjonalnych (dużych, bogatych) drukarniach w erze przedkomputerowej robiło się tak, że przy użyciu nożyczek, skalpela i kleju montowało się kolumnę publikacji. Powstawał „montaż”. Potem montaż w kamerach reprodukcyjnych (jedno- lub dwu- pomieszczeniowych) był fotografowany poprzez raster na błonach graficznych w skali 1:1. Jeśli druk był jednobarwny, np. czarno-biały, to wystarczyło sfotografować raz, natomiast jeśli potrzebne były „wyciągi” barwne (CMYK), to fotografowano – za każdym razem z innym rastrem przesuniętym o 25% i o różnej barwie CMYK-wej – 4 razy. A potem te „wyciągi barwne” (w przypadku stron czarno-białych był jeden „wyciąg”) jako formy kopiowe były przenoszone na płyty offsetowe, które stawały się „formami drukowymi”. 
Były już w tamtym czasie w użyciu urządzenia, które w zasadzie działały podobnie jak dzisiejsze – nazywały się fotonaświetlarki i były urządzeniami komputerowymi, o niebo droższymi niż zwykłe drukarki laserowe. Potwornie drogimi. Zapewniały „wydruk” całej zrastrowanej strony, zarówno tekstu, jak i fotografii w rozdzielczości (1200-3600 dpi) umożliwiającej druk „fotograficzny). Szkopuł tkwił w tym, że w tamtym czasie nawet nie śmiałem marzyć o fotonaświetlarce (cena!), a przecież chciałem, ba! musiałem – mieć w gazecie zdjęcia i to dobrej jakości – dlatego przecież chciałem offsetu.
No i wymyśliłem: w miejsca wolne, gdzie nie było liter, ja wspomniałem wyżej, po prostu wlepiałem zrastrowane fotografie! Jak je uzyskiwałem? Jako się rzekło – pod powiększalnikiem. Jak? Do powiększalnika wkładałem negatyw, podnosiłem do potrzebnej wysokości, kadrowałem na maskownicy, natomiast zamiast papieru fotograficznego do maskownicy wkładałem pozytywową błonę graficzną, a na nią raster. Przyciskałem to grubą szybą i naświetlałem, a potem wywoływałem. Miałem zdjęcie na błonie, które można było wkleić w dowolnym montażu. Jakość fotografii była bardzo dobra. 

Postępowałem tak aż do czasu, kiedy kupiłem drukarkę HP 4, która dawało niebotyczną rozdzielczość 600 dpi. Potem do drukarni przyszły drukarki A3 o rozdzielczości 1200 dpi, prawdziwe naświetlarki filmowe 3600 dpi, aż w końcu CTP B2 Heidelberga. Maszyny drukujące i inne dochodziły, były wymieniane na lepsze. Zresztą – pod koniec XX wieku przestałem u siebie drukować „Wiadomości Wrzesińskie”, a zajęliśmy się drukiem „Kwartalnika Fotografia” i książek, także albumów fotograficznych. Nasze publikacje zdobywały nagrody, byliśmy chwaleni za jakość. Później stworzyliśmy introligatornię, która potrafiła oprawiać na twardo. 

Nasza mała drukarnia nie była jednak w stanie konkurować z dużymi drukarniami i z drukarniami internetowymi. Dlatego podjąłem decyzję o likwidacji tego działu Wydawnictwa Kropka. Smutno mi. Dzisiaj sprzedaję wyposażenie drukarni za bezcen... Na mojej półce pozostanie na zawsze mnóstwo świetnych rzeczy, jakie ten malutki zespół ludzi był w stanie wytworzyć. Jestem ogromnie wdzięczny Robertowi Kozubińskiemu, Przemkowi Nowakowskiemu, Krzysztofowi Witczakowi i Małgorzacie Krawczak (i jeszcze kilku osobom, które pracowały w drukarni w różnych latach) za te lata. To ludzie bardzo oddani poligrafii, uczciwi, pracowici, lojalni, fachowcy w swoich specjalnościach. Dzisiaj przechodzą do innych firm, czuję, że trochę ich zawiodłem jako pracodawca. Pomogłem im znaleźć nowe zatrudnienie, mam nadzieję, że nadal się przyjaźnimy. Za parę dni pobiesiadujemy wspólnie.

Nadal uważam, że poligrafia to przedłużenie fotografii. Piękny druk jest dość rzadki.

4 komentarze:

  1. Szkoda, książki fotograficzne z "Kropki" były pięknie wydane i długo stanowić będą wzorzec. Rozumiem Twój smutek, byłem (pracowałem) przy powstawaniu lokalnych gazet na pocz. lat 90. Szybko upadały - niestety nie tylko z powodów rynkowych.
    Jedne drzwi się zamykają inne otwierają. waldku, jestem pewien, że jeszcze nie raz nas zaskoczysz i wprawisz w podziw. Pozdrawiam L.
    PS. A pomysł, zaiste genialny w swojej prostocie!

    OdpowiedzUsuń
  2. Dziękuję za dobre słowa. Zamykam tylko drukarnię. Skupiam się tylko na „Wiadomościach Wrzesińskich” i na fotografowaniu. Żeby coś wydawać nie trzeba mieć własnej drukarni, tak jak nie trzeba kupować browaru, żeby się piwa napić. Ważne żeby wiedzieć, czego się chce. Na końcowy efekt poligraficzny bardzo duży wpływ ma projekt graficzny i przygotowanie do druku, a do tego nie trzeba mieć własnej drukarni; zresztą mój nadworny grafik Tomek Wojciechowski nigdy nie pracował w mojej drukarni, on ma własną pracownię (fattombo.pl). Nadal z nim współpracuję.

    OdpowiedzUsuń
  3. Fajnie się czyta te wspomnienia - aż czuć w powietrzu tamte lata :)

    OdpowiedzUsuń