sobota, 6 stycznia 2018

Sanatorium – ciąg dalszy: jak to jest? (cz. 2)

Tym razem też nie wiem, czy dokończę.

Wpis właściwy:

Kiedy już mamy skierowanie – jedziemy! Radośni, ale też pełni obaw, bo w końcu to wyprawa w nieznane. Jola zrobiła reaserch po znajomkach i rodzinie (jej mama jest wielokrotnym sanatoryjnym recydywistą, więc wie wszystko), z którego wyszło, że trzeba być na miejscu jak najwcześniej, bo wtedy można dostać lepszy pokój. Początkowo był nawet plan, żeby pojechać dzień wcześniej, załatwić sobie nocleg w Sopocie i na recepcji Heliosa zająć jedno z pierwszych miejsc, ale na szczęście ten pomysł upadł, bo nie trzeba aż tak się starać. 
Od początku wiedzieliśmy, że pojedziemy autem, bo  chcemy sporo zabrać, nie ciuchów, ale innych rzeczy, np. rowery, czy skaner i negatywy z mojego archiwum (o tym szczegółowo później), bo nie chciałem „zmarnować” czasu w sanatorium – dlatego wyjechaliśmy z domu w miarę wcześnie i do Sopotu dotarliśmy około 11.00.
Na dzień dobry, trzeba zapłacić 150 zł za parking przy sanatorium, co jednak nie było drogie, bo przecież daje mniej niż 10 zł za dobę. Na recepcji dwie recepcje: normalna oraz dodatkowa, uruchomiona na dzień przyjazdu nowych kuracjuszy. Ustawiamy się w kolejce – mniej więcej godzina czekania, co to jest godzina... Siadam i sobie patrzę.
Pierwsze wrażenia: 
1. same staruchy! Czyli: jestem jednym z nich...
2. w sanatorium oczywiście obowiązuje całe polskie prawo, Konstytucja, kodeksy, ustawy, prawa człowieka, ale w jeszcze większym stopniu rozmaite „przepisy porządkowe”, „instrukcje”, „zarządzenia”, informacjach, itp. przylepiane na ścianach, drzwiach i innych widocznych miejscach.
Pierwszą tego typu kartką jest kartka o tym, że trzeba zamknąć drzwi w mini-windzie zastępującej 4-5 stopni schodów w recepcji:




Z jakiegoś powodu taką kartkę wywiesili, pomyślałem. 

Ale nic, czekamy dalej na swoją kolej w przydziale pokoju. W końcu wchodzimy. Tam dwie miłe, uśmiechnięte panie, co już dodaje nam otuchy, że będzie dobrze. Jola odważnie  deklaruje, że chcemy jak najwyżej (bo z rozmów w kolejce wiemy, że nikt tego nie chce, a my tak!), „bo normalnie mieszkamy nisko”, byle z widokiem na morze – o dziwo otrzymujemy ofertę specjalną: pokój małżeński (duży!) na ostatnim, dziesiątym piętrze, z widokiem na morze, ale „za to” bez własnej łazienki w pokoju, ta jest do wyłącznej naszej dyspozycji, ale w korytarzu – bierzemy z pocałowaniem ręki! A nawet obiecujemy „kawę” z wdzięczności, czego niestety nie spełniliśmy, ponieważ później nie spotkaliśmy tych miłych pań, a recepcja specjalna przeważnie była zamknięta. Nie wiedzieliśmy gdzie one normalnie urzędują. Dodatkowym bonusem dla nas okazało się to, że zapłaciliśmy mniej – z powodu braku łazienki w pokoju – zamiast około 1000 zł wybuliliśmy 740 zł. 
Wejście do pokoju było świetne – przed nami kilka okien, za nimi nasz kilkumetrowy balkon, a dalej – cała Zatoka Gdańska aż po Hel! Prawie nam mowę odjęło!



Obowiązki kuracjusza

Na wstępie, oprócz kluczy do pokoju otrzymuje się dwie kartki – Kartę pacjenta, na której odnotowuje się np. to, czy wypożyczyłeś kijki do nordic walking czy np. w porze letniej – leżaki, rowery – oraz kartkę z informacją, że tu i tu w tej i tej porze masz się zgłosić do pielęgniarki oddziałowej, która jest tam i tam. Przed wejściem do Pani Pielęgniarki wypełnisz formularz, w którym podasz wzrost i wagę, jakie leki bierzesz, na co jesteś uczulony oraz kogo upoważniasz do przekazywania informacji o Twoim stanie zdrowia. Z tym i ze skierowaniem od swojego lekarza rodzinnego (tu możesz go pisać z małej litery) wejdziesz do Pani Pielęgniarki, która coś tam pogrzebie w komputerze, zmierzy ci ciśnienie i każe ci pójść do lekarza, który jest  tu i tam w porze tej a tamtej, u nas było tak, że poszliśmy do lekarza prosto od Pani Pielęgniarki. 
Jak udało mi się zauważyć, Lekarze (lepiej zawsze ich pisać z wielkiej litery) w sanatorium do najmłodszych nie należą, raczej są to wcześni emeryci, którzy tam sobie dorabiają do emerytury. Nasza Pani Doktor nazywała się bardzo fotograficznie – Konopka! Wiesława Konopka.
Badanie trwało mniej więcej 5-10 minut, bo wszystkie nasze dane Pani Doktor miała w komputerze, więc wywiad (np. czy chodzi Pan do fryzjera, dentysty), słuchanie płuc, serca,  nie wymaga wiele czasu. „Dziękuję Panu, kartę zabiegów pod drzwi dostarczy pielęgniarka”. I faktycznie tak się stało. Poszliśmy na obiad, a pod drzwiami czekała na nas najważniejsza kartka – kartka zabiegów, czyli rozpiska dzień po dniu na 21 dni pobytu, godzina po godzinie, gdzie masz być. Nie zgub tej kartki! Masz z nią chodzić na każdy zabieg, żeby przeprowadzający ten zabieg mogli ci przystawić pieczątkę, że byłeś. Jak zgubisz kartkę, to znaczy, że na niczym nie byłeś, więc za wszystko zapłacisz!
Tym razem, w dniu pierwszym, zabiegów żadnych jeszcze nie masz, ale – jak zdążysz załatwić wszystkie formalności z Panią Pielęgniarką i Panią Lekarz – możesz iść na obiad, który wyjątkowo, tylko dla nowych, jest od 14.00. Nam się udało wszystko załatwić, idziemy. Dobre!

Posiłki o porach innych niż w domu: śniadanie 8.00, obiad 13.00, kolacja 17.30 (czasem 17.00). Stawka żywieniowa – 10 zł/osobodzień.

Zabiegi – to ponoć najważniejsze

Przed tym miałem lęki – co to może być? Jak się na różne zabiegi ubierać? co zabierać – laczki, ręcznik? Czy wypada coś dać w łapę? Jak się zachować? Nic nie wiem. Czy nie będę musiał na widok publiczny wystawiać mojego gołego ciała? Czy nie okażę się zbyt mało sprawny, czy nie narażę się na śmieszność? Bałem się. Niepotrzebnie. 
Laseroterapia dłoni – po prostu 10 minut siedzenia w samotności, w okularach ochronnych za kotarami przy „lampie”, która świeci czerwonym światłem w moją dłoń. Nic nie czujesz, zastanawiasz się, co to kurwa ma dać, bo nie czujesz żadnego jej działania.
Bicze szkockie – idziesz dowolnie ubrany, ja byłem w spodniach od dresu i w koszulce z krótkimi rękawami, slipy kąpielowe. Stajesz w gaciach 3-4 metry przed panią, która ma stanowisko do sikania wężem wodą w ciebie, trwa to 5 minut, stajesz tyłem, przodem, jednym i drugim bokiem, podnosisz też jedną i drugą nogę, żeby pani mogła sikać ci w stopy. Sikanie jest wodą ciepłą, ale też zimną, co jest najmniej przyjemne, ale „zdrowe” i podobno przygotowuje się do bycia morsem. Na koniec pani mówi „dziękuję”, zostajesz sam, możesz się wyrzeć i ubrać. Czujesz się mocno pobudzony.



cdn









Brak komentarzy:

Prześlij komentarz